Reklama

Reklama

Marcin Gortat: Jestem przeszczęśliwy, że trafiłem do Los Angeles

Od nowego sezonu Marcin Gortat będzie grał w Los Angeles Clippers. To czwarty klub w NBA polskiego koszykarza, który przyznał w rozmowie z PAP, że pierwszy raz zmiana barw sprawiła mu tyle radości. "Jestem przeszczęśliwy, że trafiłem do Los Angeles" - powiedział.


Jak pan zareagował na to, że został zawodnikiem Clippers?
- Jestem przeszczęśliwy, że trafiłem do Los Angeles. Zawsze marzyłem, żeby mieszkać i grać w tym mieście, a od kiedy jestem z Alicją (aktorką Bachledą-Curuś - PAP) zależało mi na tym jeszcze bardziej. Po sezonie powiedziałem mojemu agentowi, że jeśli doprowadzi do mojej wymiany z klubem z LA, to postawię mu w Polsce pomnik. Zadzwonił do mnie w środę w nocy i zapytał, kiedy mu prześlę możliwe lokalizacje, żeby sobie jakąś wybrał. Zatkało mnie ze szczęścia, ale też ze smutku, bo opuszczam Washington Wizards po pięciu latach. Nigdzie nie grałem tak długo i już na pewno nie zagram, bo moja kariera powoli dobiega końca.

Taka nagła zmiana klubu nie jest kłopotliwa?
- Oczywiście, że jest. Jestem w trakcie organizowania moich tradycyjnych campów w Polsce, których kulminacją będzie wielki mecz charytatywny mojej drużyny z ekipą Wojska Polskiego 21 lipca w Łodzi. Muszę jednak teraz wyjechać do Los Angeles na badania lekarskie, a także zmienić niemal cały branding. Zdjęcia, banery, plakaty, które w jakiś sposób nawiązują do Wizards, trzeba wymienić. Do tego dochodzi znalezienie nowego domu i przeprowadzka na drugi koniec USA. To jednak i tak o wiele lepsza sytuacja niż ta z 2010 roku. Wówczas już w trakcie sezonu w grudniu Orlando Magic oddali mnie do Phoenix Suns. Miałem raptem kilka dni na ogarnięcie wszystkiego, teraz do startu sezonu zostały ponad trzy miesiące.

A czy z powodów czysto koszykarskich ta zmiana panu odpowiada?
- Odejście z Wizards już od jakiegoś czasu wisiało w powietrzu. W jakimś sensie się wypaliłem w tej drużynie. Sztab szkoleniowy szukał innych rozwiązań, praktycznie bez środkowego na parkiecie. Clippers nie wydają się iść tą drogą. Oczywiście nie wiem w tym momencie, ile będę czasu spędzał na parkiecie, bo rozmowy na ten temat dopiero mnie czekają, ale jestem podekscytowany i pełen nadziei. Doc Rivers to świetny trener, który ma na koncie mistrzostwo. To dla mnie nowy początek. Po telefonie od agenta czułem się trochę jakbym na nowo został wybrany w drafcie. Dwie wcześniejsze zmiany klubu raczej mnie przybijały, nie wiedziałem, jak sobie z tym radzić, a teraz po prostu się cieszę.

Przez pierwsze trzy lata był pan ważną postacią Wizards, ale później się to zmieniło. Wpływ miało na to przyjście trenera Scotta Brooksa?
- Częściowo na pewno tak. Rozmawiałem z nim na ten temat kilkakrotnie i nie mam mu niczego za złe. To jest jego decyzja, do której miał pełne prawo. On nie przyszedł do tego klubu, żeby usatysfakcjonować wszystkich zawodników, tylko po to, żeby stworzyć drużynę, która będzie wygrywała. Miał taką wizję, a mnie pozostawało się dostosować, co nie zmienia faktu, że bardzo mnie to bolało. W pierwszym sezonie pracy Brooksa jeszcze nie było tak źle, ale w drugim moja rola już bardzo mocno została zredukowana. Zaczęły się pojawiać opinie w mediach, że się skończyłem, ale ja wiem, co potrafię. Jak miałem osiągać takie same statystyki, skoro grałem mniej?

Będzie pan za czymś z Waszyngtonu tęsknił?
- Bardzo zżyłem się z tym miastem, nawet z jego korkami. Poza tym Wizards są organizacją bardzo sprzyjającą zawodnikom. Jeżeli przylatywała do mnie grupa dzieci z Polski, to klub zawsze za darmo udostępniał dla nich bilety, wspomagał gadżetami moją fundację czy campy. Mieć takie wsparcie to naprawdę coś pięknego. Niesamowitą osobą jest też właściciel klubu Ted Leonsis. Jeśli jakiś zawodnik chciał się dokształcać w wakacje, kończyć jakieś kursy, to on je finansował.

Reklama


Najlepsze statystyki osiągał pan w Phoenix Suns ze Steve'em Nashem w składzie. To rzeczywiście był najlepszy okres kariery?
- On nie był najlepszy, on był najcudowniejszy. Pomijając wyniki czysto sportowe, nauczyłem się tam profesjonalizmu, dżentelmeństwa, etyki pracy. Ze Steve'em to była naprawdę dobra szkoła życia. Jest niesamowitym człowiekiem.

W marcu minęło 10 lat od pana pierwszego meczu w NBA. Jak bardzo zmieniła się liga przez ten czas?
- Drastycznie i to w wielu aspektach. To, że pod wpływem Golden State Warriors zmienił się styl gry, w którym teraz preferowani są zawodnicy rzucający z dystansu, widać gołym okiem. Niesamowicie jednak zmieniło się podejście klubów do szukania młodych talentów oraz analiza statystyczna zawodników. To, co teraz sztaby szkoleniowe analizują, chwilami nie mieści mi się w głowie. Brakuje już chyba tylko informacji o tym, jak często każdy chodzi do toalety. Dzisiaj niemal w każdym meczu NBA jakiś zawodnik ustanawia w czymś rekord, np. ten jest pierwszym, który w 17 minut trafił tyle a tyle rzutów i miał ileś tam asyst. Przecież to absurd. W ostatecznym rozrachunku liczy się tylko jedna sprawa - czy drużyna wygrała, czy przegrała.

Przeciwko, którym koszykarzom gra się panu najtrudniej?
- Kiedyś był to Shaquille O'Neal, a teraz DeMarcus Cousins i wciąż Dwight Howard. Oni są piekielnie dobrzy, to prawdziwe bestie. Jeśli chodzi o warunki fizyczne są po prostu olbrzymi. W porównaniu do nich jestem skromnych rozmiarów i braki muszę nadrabiać sprytem, zwinnością, cwaniactwem. Czasem aż żałuję, że nie dysponuję lepszym rzutem i atletycznością.

Pana obecny kontrakt jest ważny jeszcze rok. Pojawiają się już myśli o zakończeniu lub kontynuowaniu kariery?
- Jest za wcześnie, aby o tym mówić. W tym momencie psychicznie czuję się tak, że chciałbym wypełnić tę umowę i koniec. To się jednak może zmienić. Zobaczymy, w jakiej roli będą mnie widzieć Clippers. Miałbym też o czym myśleć, gdyby pojawiła się oferta z klubu mającego realne szanse walki o mistrzostwo.
 
Czegoś pan żałuje w trakcie kariery w NBA?
- Na pewno nie mogę powiedzieć - trenowałbym ciężej, bo zwyczajnie nie byłem już w stanie. Czasem może tylko tego, że bardziej nie walczyłem o swoje. Turecki koszykarz Hedo Turkoglu, którego poznałem na początku kariery w Orlando Magic, zwykł mawiać: "usta miej zamknięte, ale oczy i uszy szeroko otwarte, wtedy najlepiej się na wszystkim wychodzi". I ja taki byłem. Oczywiście, nie miałem złej kariery, nie mam powodów do narzekań, ale kto wie, czy mogło być jeszcze lepiej.

Rozmawiał: Wojciech Kruk-Pielesiak (PAP)

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Gortat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje