Reklama

Reklama

LeBron uciekł po porażce

Numer 23 na koszulce, LeBron James zszedł z parkietu Amway Arena bez jednego słowa do kolegów z drużyny, rywali, którzy pokonali jego zespół, czekających na wywiad dziennikarzy i proszących go chwilę czasu dla płacących setki milionów stacji telewizyjnych oficjeli NBA.

Wszedł do szatni, wykąpał się, założył swoje złote słuchawki na uszy i jako pierwszy był w autobusie.

LeBron James po raz pierwszy w swojej karierze pokazał, że do prawdziwego numeru 23 bardzo dużo mu brakuje. Nie umiejętności, bo w play-offs grał tak, jak "Fruwający", ale zrozumienia faktu, że gwiazdą stajesz się wtedy, kiedy kochają ciebie nawet ci, którzy nie interesują się koszykówką.

Marketingowcy Nike muszą spalić kukiełkę Jamesa, która od miesiąca towarzyszy Kobe Bryantowi w amerykańskich reklamówkach telewizyjnych mających zapowiadać wielki finał NBA z dwoma wielkimi gwiazdami. Zastąpić go Howardem nie dadzą rady, bo "Superman" reklamuje Adidasa...

Reklama

Mieszkając w Chicago, przez 9 lat pisałem o drużynie, w której grał ciągle najlepszy koszykarz w historii tego sportu, widząc jak Michael Jordan zawsze zostawał w szatni dłużej niż wszyscy, zawsze miał czas, by przełknąć gorycz porażki i uścisnąć ręce tych, którzy wygrywali z jego drużyną, zanim pojawili się w niej Scottie Pippen, Horace Grant, Toni Kukoc czy Dennis Rodman i MJ zaczął zajmować się tylko przyjmowaniem gratulacji.

- To młody chłopak, który chyba w tym meczu zrozumiał, że wygranie mistrzostwa NBA to zadanie dla całej drużyny, a nie dla jednego, nawet wielkiego gracza. Potrzeba pierwszej piątki, chłopaków pomagających z ławki rezerwowych - mówił po meczu Rashard Lewis z Orlando.

- LeBron bardzo chciał tego mistrzostwa, jest strasznie sfrustrowany, musicie go zrozumieć, ale na pewno będzie na 110 procent OK - przekonywał zastępujący go w roli rzecznika drużyny Mo Williams, porównując reakcję LeBrona na przegraną do dziecka, które nie znalazło pod choinką tak długo oczekiwanego prezentu.

Tylko, że LeBron nie jest dzieckiem, ale biznesową maszyną, zarabiającą prawie 100 milionów rocznie. A, że będzie "OK", nie mam żadnych wątpliwości - wsiądzie do swojego "ferrari spider", popatrzy na konto i się uśmiechnie. Tylko, że obok statuetki MVP ciągle nie będzie stał puchar dla mistrzów NBA.

Jeśli rację ma Lewis, że LeBron zdał sobie sprawę podczas swoich 45 minut na parkiecie w Orlando, że nie ma drużyny, że tytuł MVP sezonu, 66 zwycięstw nic nie znaczą bez tytułu mistrzowskiego, to jego dni w Cleveland są policzone.

Kontrakt kończy mu się latem przyszłego roku i przynajmniej do tego czasu będzie miał szansę zmienić postanowienie milczenia i odmówienia swoim pogromcom choćby uścisku ręki. Będzie miał co robić - nie mniej sławny Isiah Thomas tak samo zachował się w 1991 roku, kiedy Jordan i Bulls nie dali jego Pistons wygrać w play-offs choćby jednego meczu. I nikt nigdy mu tego nie zapomniał...

Przemysław Garczarczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL