Reklama

Reklama

Kings przerwali passę Wolves

"Leśnym Wilkom" z Minneapolis nie udało się przedłużyć zwycięskiej passy do sześciu meczów. W niedzielnym wieczór podopieczni Flipa Saundersa przegrali bowiem na własnym parkiecie z Sacramento Kings 84:94.

Goście, którzy wystąpili w Target Center osłabieni brakiem kontuzjowanych Chrisa Webbera oraz Peji Stojakovicia, poradzili sobie z zawsze groźnym rywalem, odnosząc dziewiątą wygraną w ostatnich jedenastu pojedynkach.

Pod nieobecność dwóch czołowych graczy, ciężar gry w drużynie z Sacramento wziął na siebie Brad Miller, zdobywając 27 punktow i zapisując na swoim koncie 15 zbiorek. Nie ustępowali mu także gracze obwodowi - Cuttino Mobley (23 pkt) i Mike Bibby (21 pkt). - Jeśli mamy jakieś osłabienia, to inni wypełniają lukę - stwierdził Bibby.

Reklama

Ekipa z Sacramento wygrała w Target Center zaledwie po raz trzeci w ostatnich 15 wizytach na tym obiekcie w sezonie regularnym.Kevin Garnett uzyskał 21 punktów i dodał 13 zbiorek oraz siedem asyst dla Wolves, którym wyraźnie brakowało energii w niedzielny wieczór. Nie podobało się to publiczności, która charakterystycznym dla amerykańskich hal buczeniem skwitowała występ swoich ulubieńców.

Serię trzech porażek z rzędu zakończyli Lakers, wygrywając we własnej hali z Bobcats 101:90. Caron Butler i Chucky Atkins zdobyli po 20 punktów dla zwycięzców, a Primoz Brezec uzyskał 15 "oczek" i zaliczył 10 zbiorek dla zespołu z Charlotte, który w 20 rozegranych do tej pory meczach wyjazdowych triumfował tylko raz.

Drużynie z Los Angeles pomogła obecność Kobe'ego Bryanta, na razie w roli kibica. Lider "Jeziorowców" leczy bowiem skręconą kostkę (od momentu jego kontuzji 13 stycznia Lakers mają bilans 4-4) i nie może występować na parkiecie. Gospodarze mieli jeszcze jedno osłabienie - z powodu infekcji żołądkowej w domu musiał zostać ich szkoleniowiec Rundy Tomjanovich i zespół poprowadził Frank Hamblen, który jako jedyny pozostał na ławce Lakers ze sztabu szkoleniowego Phila Jacksona.

Braterski pojedynek braci Van Gundy zakończył się zwycięstwem Stana. Jego Heat wygrali na własnym parkiecie z Rockets prowadzonymi przez Jeffa 104:95. Kłopoty z faulami spowodowały, że Shaquille O'Neal spędził na parkiecie jedynie 27 minut, ale 15 punktów środkowego ekipy z Miami okazało się wystarczające, tym bardziej, że formą błysnął Dwyane Wade. Rozgrywający gospodarzy zakończył mecz z dorobkiem 30 punktów, 8 zbiórek i sześciu asyst. Liderem zespołu z Houston był oczywiście Tracy McGrady - 28 punktów.

Kolejne, piąte zwycięstwo odnieśli Phoenix Suns, którzy pokonali na wyjeździe Toronto Raptors 123:105. Tradycyjnie w szeregach "Słońc" błyszczał Amare Stoudemire, który uzyskał 27 pkt. O trzy mniej dołożył Joe Johnson. Suns prowadzą w Konferencji Zachodniej, a ich ostatnia seria pięciu zwycięstw jest imponująca. W każdym z nich uzyskiwali powyżej 110 punktów, a w czterech nawet więcej niż 120 pkt.

Po raz ostatni Suns zdobyli 120 punktów w czterech kolejnych spotkaniach w sezonie 1992/93. W trzech pozostałych spotkaniach zwycięstwa były odnoszone z dużą różnicą punktów.

Zobacz wyniki oraz zdobywców punktów w meczach z 30 stycznia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL