Reklama

Reklama

Heat przegrał z Knicks, 50 punktów Anthony'ego

Koszykarze Miami Heat, którzy jeszcze niedawno myśleli o poprawieniu rekordu wszech czasów NBA pod względem najdłuższej serii zwycięstw, znowu przegrali. Tym razem zespół z Miami, grający bez swojej największej gwiazdy LeBrona Jamesa uległ New York Knicks 90:102.

Najskuteczniejszym graczem meczu był Carmelo Anthony, który rzucił aż 50 punktów dla New York. Zarówno Heat, jak i Knicks mają już zapewniony udział w fazie play off. 

Lider nowojorczyków wyrównał swój rekord, uzyskując 50 punktów po raz trzeci w karierze. Granicę tę we wtorek osiągnął w ostatniej akcji spotkania, 16 sekund przed końcową syreną.

Anthony spędził na boisku 40 minut. W tym czasie trafił 18 z 26 rzutów z gry, w tym 7 z 10 "za trzy", a także siedem z ośmiu wolnych. - Czułem się dobrze - skomentował skromnie bohater wieczoru.

Reklama

Entuzjastycznie jego występ ocenił natomiast trener nowojorczyków Mike Woodson. - Był niewiarygodny. Grał z taką pewnością, że ani przez moment nie pomyślałem, iż możemy dziś przegrać - powiedział.

50 punktów to trzeci najwyższy indywidualny dorobek w tym sezonie. 54 punkty zdobył Stephen Curry z Golden State Warriors, a 52 - Kevin Durant z Oklahoma City Thunder.

Ekipa z Miami wyjątkowo "leży" Anthony'emu. W tym sezonie w trzech spotkaniach rzucił jej 112 pkt, czyli średnio 37,3 w meczu.

Gospodarze wystąpili bez trzech podstawowych zawodników, w tym dwóch największych gwiazd i najlepszych strzelców zespołu - LeBrona Jamesa, który narzeka na ból ścięgna oraz leczącego uraz kostki Dwyane Wade'a. Podobna kontuzja uniemożliwiła występ Mario Chalmersowi.

Pod ich nieobecność liderem drużyny był środkowy Chris Bosh - 23 punkty, sześć zbiórek i cztery asysty.

Knicks, choć wygrali po raz dziewiąty z rzędu, z bilansem 47-26 nie mają szansy dogonić Heat (58-16). Muszą natomiast obawiać się depczących im po piętach koszykarzy Indiana Pacers (38-27).

Ważne zwycięstwo w walce o miejsce w play off odnieśli Los Angeles Lakers, którzy pokonali Dallas Mavericks 101:81. Obie drużyny znajduję się obecnie tuż "pod kreską" na Zachodzie, choć "Jeziorowcy" mają identyczny bilans (39-36) jak plasująca się na ósmej pozycji ekipa Utah Jazz.

Do wygranej poprowadził gospodarzy Kobe Bryant, który po raz 19. w karierze zanotował tzw. triple-double - zdobył 23 punkty oraz miał po 11 zbiórek i asyst.

- To był dla nas szczególnie ważny mecz. Sezon zasadniczy wchodzi w decydującą fazę, a my mamy zadanie do wykonania - przyznał Bryant, który w dwóch ostatnich wygranych spotkaniach na ławce rezerwowych odpoczywał łącznie przez... 79 sekund.

We wtorek mógł liczyć na wsparcie środkowego Dwighta Howarda - 24 punkty i 12 zbiórek. Świetne statystyki miał też Earl Clark - 17 punktów, 12 zbiórek i pięć bloków.

- Jesteśmy zdesperowani. Wszyscy są świadomi sytuacji i cieszę się, że gracze stają na wysokości zadania - podkreślił trener gospodarzy Mike D'Antoni, który nie mógł skorzystać w tym spotkaniu z 39-letniego rozgrywającego Steve'a Nasha. Kanadyjczyk ma wrócić na boisko w piątek.

W przerwie meczu pod dach hali Staples Center powędrowała żółta koszulka Lakers z numerem "34". W ten sposób klub uhonorował długoletniego środkowego Shaquille'a O'Neala i zastrzegł jego numer. Na honorowym miejscu zawisła tuż obok "32" Magica Johnsona.

W ostatnim wtorkowym meczu Chicago Bulls przegrali z Washington Wizards 86:90.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama