Cleveland Cavaliers znaleźli sposób na Stephena Curry'ego

Zakończony w nocy z niedzieli na poniedziałek tegoroczny finał NBA przejedzie do historii. Cleveland Cavaliers pokonali faworyzowanych Golden State Warriors 4-3 zostając pierwszą drużyną, która w decydującej o mistrzostwie serii play-off odrobiła straty od stanu 1-3. - Kluczowe było powstrzymanie Curry’ego - ocenia były reprezentant Polski Jacek Łączyński.

Maciej Gaweł: Jakbyś ocenił poziom tegorocznych finałów, wszystkie siedem spotkań? Emocje były do samego końca, a co z samą grą?
Jacek Łączyński: - To były różne mecze. Pierwsze spotkania były dość zaskakujące, bo raz jedna drużyna wygrywała wysoko, raz druga. W pewnym momencie wydawało się jednak, że obrońcy tytułu przełamali Cleveland, bo było 3-1. To zresztą znamienny wynik - pierwszy raz w historii zdarzyło się, żeby ktoś wygrał finał wyciągając ze stanu 1-3. Kolejne mecze były już bardziej wyrównane, końcówki bardziej zacięte. Decydował atak oraz gwiazdy, czyli w tym wypadku Kyle Irving i LeBron James. Oni zgasili Kyle'a Thompsona i Stephena Curry’ego. Wydaje mi się, że wygrała koszykówka bardziej wszechstronna, w tym sensie, że punkty były zdobywane z różnych miejsc na boisku, spod kosza, gdzie była olbrzymia przewaga Cleveland, ale również za trzy punkty. A zespół Warriors właściwie ograniczył się do rzutów trzypunktowych. W siódmym meczu gdyby nie Draymond Green, który trzymał wynik, być może do emocjonującej końcówki by nie doszło.

Ostatni mecz był popisem LeBrona Jamesa, który zaliczył triple-double. Ten zawodnik miał coś do udowodnienia, zwłaszcza fachowcom, którzy jednogłośnie wybrali Curry’ego na MVP sezonu zasadniczego. LeBron się odegrał?
- Tak. Rywalizacja była ogromna, nawet trochę iskrzyło między nimi w kilku spotkaniach. Ja nie jestem jakimś ogromnym fanem LeBrona, bo jestem i zostanę fanem Michaela Jordana, to był wybitny gracz. Ale LeBron naprawdę jest wielkim zawodnikiem i bardzo prawdopodobne, że drugiego takiego nie będzie przez wiele, wiele lat. On jest wszechstronny. W finałowym spotkaniu rzuca tyle punktów, zbiera, asystuje, otwiera podaniami pozycję partnerom, w najważniejszych momentach to właśnie on bierze grę na siebie. Uważam, że LeBron jest bardziej wszechstronny niż Curry. W finale bardzo mi się podobał również Irving, to jest gracz, który potrafi wszystko. Choć oczywiście Curry’emu nic nie można zarzucić...

Ale właśnie, co się z nim stało. Bo jednak w finałach był to zupełnie inny zawodnik i mecze w jego wykonaniu wyglądały zupełnie inaczej.
- Przede wszystkim nie wiemy jak wyglądały sprawy zdrowotne, fizyczne, bo ci zawodnicy o tym nie mówią. Pewnie były tam jakieś mikrourazy, które nakładają się na koniec sezonu i nie pozwalają do końca pokazać swoich umiejętności. Ale to jednak chyba nie była główna przyczyna, zresztą on sam mówił o tym w wywiadzie. LeBron i spółka mieli jednak pomysł na Curry’ego, bardzo dużo przekazywań. Pokazują to również statystyki, że był mniej skuteczny, miał więcej strat niż asyst. Powiedział, że nie wie, dlaczego decydował się na rzuty za trzy punkty a nie na penetrację, otwieranie wolnych pozycji kolegom albo szukanie punktów z linii rzutów wolnych po faulach. Na pewno nie był sobą, zatracił pewność siebie i na miarę swoich możliwości zagrał może w jednym meczu. A gdy przyszły te najważniejsze spotkania, w których wszyscy na niego liczyli, na pewno zawiódł.

Ta jego słabość przeszła na zespół?
- Nigdy nie można powiedzieć, że jedna osoba jest przyczyną porażki, bo to jest gra zespołowa. Oczywiście cały zespół patrzył na niego i widział niepewność, straty naprawdę nie wiadomo z czego wynikające czy takie siłowe rzuty. To pokazało słabość Curry’ego, wręcz nieprawdopodobną. Ktoś, kto oglądałby go pierwszy raz, w tej decydującej akcji, ten rzut, kiedy została minuta do końca a zespół przegrywa trzema punktami, to na pewno nie powiedziałby, że to jest jakiś wybitny gracz. I nie chodzi tylko o umiejętności, ale też decyzje, myślenie o tym co się dzieje na boisku.

Co nam zostanie w pamięci z tego sezonu?
- Na pewno będziemy pamiętać od strony statystycznej rekord Chicago Bulls pobity przez Warriors, którzy wygrali 73 mecze sezonu zasadniczego. Chociaż w społecznościówkach widzę jak się śmieją Pippen z Jordanem - "My zdobyliśmy mistrzostwo, a wam mimo rekordu to się nie udało".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje