Reklama

Reklama

Bezczelny obywatel świata czeka na NBA. Oto Jeremy Sochan

"Bądź bezczelny" - usłyszał młodziutki Jeremy od swojej mamy Anety, kiedy zaczynał przygodę z koszykówką. Kilka lat później wydaje się, że była to całkiem niezła rada, bo już nieco starszy Jeremy staje u progu życiowej szansy. Został wybrany z numerem "9" przez San Antonio Spurs i może zagrać w NBA.

- Mama zawsze mówiła mi, bym był trochę bezczelny, przewidywał grę na dwa kroki do przodu. Czuję to, że działając w ten sposób mogę wejść w głowę innych zawodników, co sprawi, że będą grali gorzej. W NBA są przykłady takich zawodników - Draymond Green, Patrick Beverley, Jrue Holiday i wielu innych. Wierzę, że mogę być kimś takim w przyszłości - mówi Sochan, cytowany przez The Athletic.

Ale po kolei.

Koszykarska rodzina

Sochan dorastał w Anglii, kraju znanym z wybitnych sportowców w wielu dyscyplinach, niekoniecznie jednak w koszykówce. Jego mama grała w uczelnianej drużynie z Oklahomy, a po ukończeniu szkoły rodzina przeprowadziła się do Southampton. Tam sześcioletni Jeremy rozpoczął treningi, chociaż nie unikał też innych dyscyplin. Wspomina, że bywał bramkarzem w szkolnej drużynie, gdzie zdarzyło mu się też grać w rugby. - Czego się nie dotknął - czy to były zapasy, czy biegał, skakał w dal, czy grał w piłkę nożną, co trwało bardzo długo - jego mama mu kibicowała i dawała mu wolną rękę. W końcu Jeremy sam zdecydował - wybrał koszykówkę - opowiadała w rozmowie z TVP Sport Lucyna Sochan, babcia zawodnika.

Reklama

Trudno aby jego wybór był inny, skoro oboje rodziców grało w basket, a w sport zaangażowani byli mocno także jego dziadkowie. Dziadek, Juliusz Sochan, był znanym koszykarskim działaczem, między innymi kierownikiem sekcji koszykówki AZS AWF Warszawa (1970-79), a w latach 1976-81 prezesem Warszawskiego Okręgowego Związku Koszykówki, potem wieloletnim dyrektorem Polskiej Organizacji Turystycznej w Sztokholmie. - Mąż cieszył się, wierzył, że wnuk będzie koszykarzem. Koszykówka była jego pasją, zaszczepił ją też córce Anecie, więc wspierał Jeremy'ego, jak my wszyscy - wspomina dalej pani Lucyna.

Pan Juliusz nie doczekał niestety sukcesów wnuczka. Zmarł w 2014 roku, kiedy Jeremy miał 11 lat.

Powrót do Stanów

Sochan rozwijał się w Anglii, a dzięki paszportowi mamy mógł grać w juniorskiej reprezentacji Polski. W 2019 poprowadził kadrę U-16 do zwycięstwa w mistrzostwach Europy dywizji B, samemu zostając MVP turnieju. To zaowocowało przenosinami za ocean, do liceum La Lumiere w Indianie. 

- Zawsze marzyłem aby grać w college`u, uważam, że zawodnicy mogą się lepiej pokazać w Stanach. Chciałem też kontynuować edukację, a w USA można to świetnie połączyć z grą - tłumaczy.

Sam siebie określa jako obywatela świata. Kiedy ludzie pytają go skąd jest, odpowiada z reguły, że to dobre pytanie. A następnie poświęca kilka minut na wytłumaczenie swojej zawiłej historii. Dużo krócej zajęło mu odpowiedzenie na pytanie o grę w narodowych barwach, w zasadzie to nie było nigdy nawet pytanie, bo od początku wiedział, że chce reprezentować jedne barwy. W lutym 2021 roku, jako niespełna 18-latek, został najmłodszym zawodnikiem w historii seniorskiej reprezentacji Polski. Teraz ma nadzieję, że uda mu się zagrać na wrześniowym EuroBaskecie.

Niedługo po debiucie w kadrze trafił do Baylor, by zagrać swój pierwszy sezon na poziomie uczelnianym. Kilka miesięcy gry w NCAA utwierdziło go w przekonaniu, że nadszedł odpowiedni moment, by zgłosić się draftu. Urósł nie tylko fizycznie, ale też pod względem gry. Poprawił obronę i zbiórki, popracował też nad rzutem.

Urodzinowy chłopak

Lista drużyn potencjalnie zainteresowanych wyborem Sochana jest długa, co na każdym kroku podkreślają amerykańscy dziennikarze zajmujący się NBA, którzy stworzyli nawet bardzo sympatyczne porównanie, że "gra Jeremy`ego zmienia się nieustannie jak kolor włosów na jego głowie". To buduje jego wyrazistość jako zawodnika, co też jest ważne w rozwijaniu kariery w NBA. Ma także mocne zaplecze, bo współpracuje z agencją Tandem Sports, reprezentującą chociażby Ja Moranta, a w przeszłości współpracująca z Timem Duncanem czy Grantem Hillem.

Po części za sprawą agencji Sochan pod koniec maja wziął udział w Draft Combine, sesji treningowej połączonej z możliwością rozmów przedstawicieli klubów z zawodnikami, których te mogą potencjalnie wybrać w drafcie. O ile przez większość zajęć siedzieli oni w ciszy przyglądając się ćwiczeniom, tak po zakończeniu jednego z nich po hali rozniosło się głośne "Dajesz, urodzinowy chłopaku!" wykrzyczane przez któregoś z działaczy.

Właśnie po tej sesji Jeremy prawdopodobnie musiał zainwestować w mocnego powerbanka, bo telefon mógł się nie zatrzymywać. Wpisując w wyszukiwarkę "Jeremy Sochan draft" moglibyśmy zagrać w małe bingo i odhaczać kolejne kluby, na temat których znajdziemy newsy łączące ze sprowadzeniem Polaka.

Hype wokół Polaka podniosła jeszcze mocniej ostatnia informacja o tym, że został on oficjalnie zaproszony do tzw. "green roomu", czyli miejsca, gdzie w jednym miejscu siedzą zawodnicy będący w czołówce kandydatów do wyboru. W skrócie, śmietanka.

Sam Jeremy podchodził do tego jednak bardzo spokojnie, twierdząc przytomnie, że najlepszym wyborem będzie klub, gdzie po prostu będzie miał możliwość spędzenia jak największej liczby minut na parkiecie. Bo kiedy się na nim pojawi, będzie już wiedział co robić.

- Mama zawsze powtarzała mi, że najważniejsza w grze jest skuteczna defensywa i jeśli w niej się będzie wszystko zgadzać, to ofensywa przyjdzie sama. Trzymam się tej myśli cały czas - tłumaczy.

Jako swoje wzory z parkietów NBA podaje Mikala Bridgesa z Phoenix Suns czy Jimmy`ego Butlera z Miami Heat, jednak na pierwsze miejsce wybija się Draymond Green z Golden State Warriors. Tutaj możemy wrócić do wspomnianej na początku bezczelności, bo Green to uosobienie tego stwierdzenia, tak zresztą też postrzega go Sochan.

Widać między nimi podobieństwa. Nie muszą rzucać kilkudziesięciu punktów, ale potrafią świetnie bronić i wchodzić pod skórę przeciwnikom. Obaj potrafią wyczuć, kiedy rywal zaczyna się irytować i zrobić z tego użytek dla zespołu. - On po prostu jest, nigdzie się nie ukrywa i zawsze będziesz go widzieć na parkiecie - opisuje Greena Sochan.

O ile życiowo wybrał koszykówkę ponad piłkę nożną, tak kiedy przychodzi do gry z padem w ręce, FIFA góruje nad grami o NBA. Jest fanem Arsenalu, w Polsce ściska kciuki za Legię Warszawa, bo obecnie w stolicy mieszkają mama, babcia i ciocia.

W kibicowskim życiu nie miał w ostatnich miesiącach może za wiele chwil do radości, ta jednak przyszła 23 czerwca. Bezczelny obywatel świata trafił do NBA i nie chce tam być tylko ciekawostką.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL