Reklama

Reklama

Ambitne plany Marcina Gortata

O minionym sezonie, przyszłości w zawodowej lidze NBA, a także oczekiwaniach związanych z wrześniowymi mistrzostwami Europy w rozmowie z INTERIA.PL opowiada środkowy Orlando Magic, Marcin Gortat.

INTERIA.PL: Włodarze z Florydy wyrównali ofertę z Dallas. Jest Pan takim przebiegiem sprawy zdziwiony?

Marcin Gortat: - Trochę tak, ale nie ma co się martwić. Na Florydzie jest dobry klimat do koszykówki, wspaniała drużyna, koszykarze. Będziemy nadal walczyć o najwyższe cele, może nawet ponownie o mistrzostwo, a więc czego chcieć więcej? Mój menedżer zadzwonił do mnie w nocy poinformował o całej sprawie i tyle...

- Wiem, że włodarze klubu mają wobec mnie pewne plany. Jakie konkretnie? Tego na razie nie wiem. Wiem tyle, że nadal jestem w czołowej drużynie NBA. Przynajmniej przez 90 dni, bo wtedy będzie można dokonywać różnego rodzaju wymian. A wymiana z moim udziałem wcale nie jest wykluczona. Zobaczymy jak to się wszystko potoczy. Do wszystkiego podchodzę z pokorą i spokojem.

Reklama

Czuje się Pan zawiedziony takim rozwojem wydarzeń?

- Troszeczkę, tak. Wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej. Była szansa większego rozwoju, spędzania większej ilości minut na parkiecie, bo naprawdę w tym wszystkim nie chodzi o pieniądze. Chodzi o mój rozwój, progres umiejętności. Zostaję w Orlando, gdzie będę grał mniej, ale nie zrezygnuję z walki o każdą minutę na boisku. Na Florydzie też jest dobra drużyna. Zobaczymy co będzie. Z jednej strony bardzo się też cieszę, bo uniknę przeprowadzki, i całego zamieszania z tym związanego. Po prostu przyjadę, przygotowany, po - mam nadzieję - udanych mistrzostwach Europy. I będę znów walczył, dawał z siebie wszystko. Jak zawsze zresztą. Powinno być dobrze.

Światowe agencje zacytowały Pana, że "niestety" zostaje Pan na Florydzie... Nie boi się Pan reakcji fanów Magic?

- Nie, bo to bardzo wspaniali ludzie, którzy rozumieją sytuację. Wiele razy z nimi rozmawiałem, spotykałem się. Powtarzali mi za każdym razem: "Idź tam, gdzie będziesz mógł grać więcej". Podkreślali, że jeśli zostanę, też będzie wspaniale. Myślę więc, że nie mam się czego obawiać. Powiedziałem: "niestety", bo grać będę tylko dziesięć minut, a nie czterdzieści.

A o swojej roli w drużynie coś Pan już wie?

- Nie, jeszcze nie. Podejrzewam, że będzie ona taka sama jak w zakończonym sezonie. Dochodzą mnie też pomału słuchy, plotki, że mogę być próbowany jako silny skrzydłowy. Jak to będzie rzeczywiście? Życie pokaże, niebawem się przekonam. Ja muszę grać tam, gdzie mi trener będzie kazał. Ja w roli silnego skrzydłowego? Nie widzę problemu. Muszę tylko odpowiednio potrenować, i przyswoić sobie pewne nawyki związane z występami na tej pozycji.

"Na razie jestem tylko koszykarzem, który utrzymał się w NBA. Wszystko wywalczył sam, choć momentami rzucano mu kłody pod nogi. I mam nadzieję, że dopiero pokażę, na co mnie naprawdę stać. Chcę osiągnąć wiele nie tylko na boisku, być także człowiekiem sukcesu w biznesie. I tworzyć organizacje, które będą pomagać ludziom". Może Pan te słowa bardziej rozwinąć, uchylić rąbka tajemnicy, co Pan dokładnie planuje?

- Uczą nas takiego podejścia w NBA. Uczą, by niemałe przecież pieniądze jakie zarabiamy wydawać mądrze i z głową przede. Kariery jakie mamy, status na jaki pracujemy upoważnia nas do wielu rzeczy, ale też zobowiązuje do działania. Działania dla ludzi. Powtarzają mam, że wszystko to, co robimy, jak działamy, powinniśmy wykorzystywać w odpowiedni sposób. Wiele jest przecież koszykarskich legend, które są bankrutami, siedzą w więzieniu. Ja jestem szczęśliwy, spełniło się moje marzenie. Teraz jest więc pora pomóc trochę innym, biedniejszym od siebie. Musze też podziękować tym, którzy we mnie wierzyli, zaufali mi.

- Mam wspaniałych przyjaciół, którzy mi pomagają, wspierają moje działania. Dbają też w pewien sposób o moją dalszą przyszłość. Mamy wiele pomysłów, myślę, że chociaż cześć z nich uda się zrealizować. Na pewno niebawem powstanie fundacja, która będzie pomagać wszystkim ludziom, którzy będą tego potrzebowali. Mamy już mnóstwo zapytań na ten temat, telefonów. Trzeba więc działać.

- Ewentualną pomoc przy fundacji zaproponowała też NBA. Powiedzieli tylko, że mam im powiedzieć o co chodzi, i w czym mogą mi pomoc. A wtedy jeśli będzie taka możliwość na pewno mi pomogą. Chcę zostać człowiekiem sukcesu na parkiecie, ale też poza nim. Chcę stworzyć rzeczy rozpoznawalne i charakterystyczne dla mojej osoby. Jednak dziś jest za wcześnie, by o tym wszystkim mówić tak szeroko. Jest wiele możliwości działania. Chcę przede wszystkim, by z moich działań w miarę jak najszersze grono Polaków miało pożytek. Chcę być w pewnym sensie instytucją, wzorem dla innych osób.

Na brak pieniędzy nie będzie Pan przez kilka lat, a może nawet do końca życia narzekał, ale czy nie boi się Pan, że "woda sodowa" uderzy Panu do głowy?

- Absolutnie nie. Jeśli, by tak było, to na pewno są pewne osoby, które, by szybko mnie ochrzaniły, skierowały na odpowiednie tory. Ja muszę dbać o swoją markę, reputację. Pewne rzeczy się zmienią, bo ulegnie poprawie mój bytowy standard, i to znacznie. Ale tak musi być. Przecież ja na Florydzie nie mogę mieszkać w kawalerce, czy małym mieszkaniu? Samochód też muszę mieć w miarę przyzwoity. Przyzwoity, a nie dla szpanu, bo szpan mi zupełnie nie jest do niczego potrzebny. Pewnego standardu życia od zawodowego koszykarza w USA się wymaga. Tak to wszystko, co powiedziałem wcześniej można skrócić.

Na co stać - Pana zdaniem - reprezentację Polski w nadchodzących mistrzostwach Europy?

- Myślę, że stać na bardzo wiele. Powiem nawet więcej, zupełnie szczerze, stać moim zdaniem nawet na wywalczenie medalu. Dlaczego? Przede wszystkim mamy atuty własnych parkietów, wspaniałych kibiców, którzy na pewno nas wspomogą. Mam nadzieję, że to wszystko będzie procentowało z meczu na mecz. Przede wszystkim jednak mamy ciekawy zespół. Mamy znane, ograne nazwiska nawet w Europie. Chociażby Filipa Dylewicza, Macieja Lampego, Szymona Szewczyka. Ostatnio okazało się, że dołączy do nas David Logan.

- Także potencjał, umiejętności są spore. Ogólnie jest fajna ekipa. Jeśli tylko się zgramy, solidnie przetrenujemy okres przygotowawczy, to moim zdaniem jest szansa na medal. Ze swojej strony mogę obiecać już dzisiaj, że zrobię wszystko, by meczu nie przegrać. No przynajmniej na moim obszarze boiska, czyli pod koszem. Jestem gotowy zatrzymać każdego gracza, który będzie wchodził pod kosz.

To jest Pana zdaniem przełomowy rok dla polskiej koszykówki?

- Tak, oczywiście. Też tak uważam. Gwarantuje, że jeśli w Mistrzostwach Europy zajdziemy daleko, czyli zdobędziemy medal wiele się zmieni. Zmieni się zdecydowanie na lepsze. Nie chodzi tu konkretnie o moje nazwisko, o grę w NBA. Każdy z dziennikarzy może się przyczynić do rozwoju koszykówki, wiele też od was wszystkich zależy. Każdy z was buduje polską koszykówkę, każdy z was wspominając cokolwiek o baskecie buduje jego siłę w naszym kraju. Jeśli tak ma się stać za moją sprawą, to super, ja też się będę z tego cieszył. Tylko, że nie wszystko zależy od mojej osoby. Wiele możemy zrobić wszyscy razem. A nie Marcin Gortat pojedynczo.

Jak Pan ocenia promocję mistrzostw Europy w Polsce. Czy europejscy zawodnicy z NBA wiedzą o imprezie w Polsce?

- Jeśli chodzi o europejskich graczy w NBA, to wiedzą o tym. Często pytają, gdzie jest Polska, jak tu się żyje, mieszka. Wiedzą, ale prawdę powiedziawszy nie za wiele. Ja staram się to troszkę zmienić. Chociażby takimi spotkaniami jak dzisiaj. Na ile to pomoże? Nie mam pojęcia, ale trzeba działać. Impreza jest mało promowana, bo mało jest ludzi, którzy chcą pomoc. Z tego, co wiem nie wiele jest też środków na samą promocję.

- Podejrzewam, że jakaś ofensywa promocyjna ruszy tydzień, dwa przed turniejem. Jaki da efekt? Pożyjemy, zobaczymy. Reklam żadnych na trasie z Warszawy do Łodzi, z Łodzi do Poznania, będąc szczerym nie widziałem. Nie wiem jak turniej promowany jest w telewizji, bo praktycznie od mojego przyjazdu nie włączyłem jeszcze telewizora. Nie należy się jednak załamywać. Trzeba działać.

Rozmawiał: Łukasz Klin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL