Reklama

Reklama

Szafrański: Za mało pieniędzy dla narciarstwa alpejskiego

Polskich narciarzy alpejskich próżno szukać w czołówkach poważnych zawodów. - Bo jest na to za mało pieniędzy. PZN ma chronioną pozycję, bo są dobre wyniki w skokach i w biegach, i nikt nie będzie się starał nic na siłę zmieniać - mówi nasz były olimpijczyk Marcin Szafrański.

W Vail i Beaver Creek w Stanach Zjednoczonych rozgrywane są mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim. W zawodach biorą udział Maryna Gąsienica-Daniel i Maciej Bydliński, których nie ma co szukać wśród najlepszych.

Polska czeka na medal mistrzostw świata 41 lat, w 1974 roku ostatni krążek zdobył Andrzej Bachleda-Curuś, który zajął drugie miejsce w Sankt Moritz.

Filip Jastrzębski: Dlaczego polska kadra na mistrzostwach świata liczy tylko dwoje zawodników?

Marcin Szafrański: - Uważam, że to jest niedobra decyzja Polskiego Związku Narciarskiego. Reprezentacja Polski składa się z kilku finansowanych zawodników, nie są to wielkie pieniądze, ale jednak się je wydaje. Moim zdaniem Bydlińskiemu i Gąsienicy-Daniel miejsca się należą, ponieważ Maciek zjechał ostatnio świetnie w Kitzbuehel i jest jedynym zawodnikiem, który nawiązuje walkę z najlepszymi i ociera się o czołówkę, Maryna jest trochę słabsza, ale to jest dziewczyna, która ma sporo przed sobą i jest bardzo dobra technicznie.

Reklama

Uważam, że obok Bydlińskiego i Gąsienicy-Daniel do Stanów Zjednoczonych powinien pojechać także Michał Jasiczek, bo to jest bardzo rozwojowy zawodnik i dobry slalomista, powinna także wystartować Karolina Chrapek. Ona nie miała kiedy zrobić kwalifikacji i to jest skandal, ponieważ PZN przyznał limity i trzeba było wywalczyć punkty Pucharu Europy i Pucharu Świata. Chrapek zdecydowała się na start w Pucharze Europy. Dużo zawodów było odwołanych, ponieważ w grudniu nie było śniegu. Karolina świetnie jeździła w zawodach Nor-Am, a w Pucharach Europy po prostu nie miała możliwości zdobycia punktów. A przecież widać, że jest przygotowana dobrze. Były jakieś komentarze, że nie mogą popuszczać, że jeśli kogoś puszczą, to drugi będzie krzyczał. Uważam jednak, że tych czworo zawodników powinno wystartować w Beaver Creek, dlatego mam złe zdanie o decyzjach PZN.

Miejsca Polaków są dosyć odległe. Rzadko zdarza się, że reprezentant Polski w narciarstwie alpejskim nawiązuje kontakt z najlepszymi. Dlaczego tak słabo idzie "Biało-czerwonym"?

- Głównie jest to wina naszej cechy narodowej, czyli brak współdziałania i organizacji. Myślimy o tym, co będzie w tym i przyszłym roku, a tu trzeba budować kadrę na 10 lat. To nie może być kadra dwuosobowa, gdzie dwóch szalonych rodziców sponsoruje swoje dzieci i one jeżdżą lepiej lub gorzej, tylko to musi być szerokie szkolenie i piramida. Obserwowałem ostatnio zawody dzieciaków. Tam startuje czasem 600 dzieci, które są zainteresowane jazdą na nartach. Oczywiście to są na razie tylko zainteresowania rodziców, bo to są pięciolatki, ale to jest ogromna baza, aby później próbować motywować i budować piramidę. Do tej kadry, która będzie się składała z kilku zawodników, a nie pojedynczo jeżdżących Jasiczka czy Bydlińskiego, chociażby finansowo się to nie opłaca.

Polski Związek Narciarski potrafi dobrze dofinansować skoki narciarskie czy biegi. Na narciarstwo alpejskie daje za mało pieniędzy?

- Tak, tam jest po prostu za mało pieniędzy. Na przykład Maciej Bydliński wcześniej jeździł z dwoma trenerami, a do Beaver Creek pojechał tylko z jednym. Dla porównania inni, z którymi on ma rywalizować, mają po dziesięciu trenerów w swoim sztabie. Trener Bydlińskiego jest zarówno szkoleniowcem, jak i serwisantem, więc to jest mniej profesjonalne podejście. Oczywiście chodzi o pieniądze. Tak naprawdę z logiem PZN-u i przy dobrym działaniu myślę, że dałoby się załatwić finansowanie bez problemu. To musi być prowadzone tak jak firma, a nie jak związek, który do nikogo nie należy. Z drugiej strony PZN ma dość chronioną pozycję, bo są dobre wyniki w skokach i w biegach i nikt nie będzie się starał nic na siłę zmieniać. Narciarstwo alpejskie jest dyscypliną, w której startuje 12 tysięcy zawodników z licencją. Ja nic nie ujmuję skoczkom, ale to jest zupełnie inna stawka, poziom przygotowań, to jest dużo wyżej wyśrubowane od sprzętu po logistykę.

Być może, aby znalazły się w końcu pieniądze dla narciarstwa alpejskiego w Polsce, potrzebny jest najpierw jakiś wynik.

- To zawsze tak wygląda. Gdyby Maciej Bydliński jakimś cudem zjechał na piąte albo trzecie miejsce, to stałby się bohaterem narodowym, noszony byłby na rękach i zaraz witałby się z nim prezydent. Nie możemy jednak tej sprawy załatwiać od tyłu. Najpierw trzeba się przygotować i zrobić wszystko jak należy, a dopiero potem będzie wynik z tej grupy, która się nawzajem wspiera.

- Jeśli ja miałbym podjąć szybką decyzję, jak pokierować polskim narciarstwem, to moim zdaniem Maciej Bydliński mógłby pociągnąć pięciu innych młodszych, 15- czy 16-latków, którzy by go naśladowali i mogliby z nim trenować. Nikt nie da im szansy trenowania z dobrym zawodnikiem, a Bydliński ma szansę trenowania z najlepszymi, bo ma już swój poziom. PZN powinien podpiąć pod niego sześciu utalentowanych juniorów i to już byłaby jakaś reprezentacja. To wymaga jednak logistyki, organizacji i kasy. Ja myślę jednak, że są pieniądze i chętni sponsorzy. Jazdę na nartach w Polsce deklaruje cztery miliony ludzi, to jest jeden z najbardziej popularnych sportów obok kolarstwa.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama