Reklama

Reklama

Niezwykła historia 94-letniej Barbary Grocholskiej-Kurkowiak, uczestniczki Powstania Warszawskiego i dwukrotnej olimpijki

- Rzeczywiście jest tak, że my wiemy, co to jest wojna (chwila ciszy). Jak miasto, kochane miasto, potrafi raptem w ciągu kilku dni przestać istnieć. I kochani ludzie przestają istnieć... Należy w zarodku tłumić złość i chęć odegrania się. Zawsze niech górę bierze dobroć - mówi w rozmowie z Interia 94-letnia Barbara Grocholska-Kurkowiak, 25-krotna mistrzyni Polski w narciarstwie alpejskim, dwukrotna olimpijka (Oslo 1952 i Cortina d’Ampezzo 1956), sanitariuszka z czasów Powstania Warszawskiego (ps. "Kuczerawa") i wrażliwa poetka. Cztery lata temu nestorka polskiego sportu została uhonorowana Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Artur Gac: Kilka lat temu, gdy byłem u Pani w odwiedzinach, jeszcze trochę pospacerowaliśmy wokół Pani domku. Dzisiaj jeszcze zażywa Pani aktywności?

Barbara Grocholska-Kurkowiak: - Niestety, dobre już nie wróci. Od pewnego czasu jeżdżę na wózku, a teraz jeszcze, jakby było mało, jestem po złamaniu nogi.

Jak to się stało?

- Ponieważ na wózku jestem niepełnosprawna, to córka zawsze mi powtarza, żebym sama nie brała się za czynności i rzeczy, które mogą być niebezpieczne. A ja, gdy ona poszła pobiegać, pojechałam do łazienki chcąc sama umyć sobie głowę. Wjeżdżając zaklinowałam wózek, stanęłam przy wannie i wtedy noga mi się poślizgnęła, a w rezultacie uderzyłam w koło od wózka. Od razu wiedziałam, że coś sobie zrobiłam. Ledwo z powrotem wyskrobałam się na wózek, a jak córka wróciła, to od razu zawiozła mnie do szpitala. Okazało się, że złamałam obie kości ciut powyżej stawu skokowego, przy samej kostce.

Reklama

No to ładnie Pani "wycudowała".

- Okropnie, bo teraz już w ogóle jestem dziad.

Czyli cały czas daje znać o sobie niepokorna dusza i charakter sportowca, bo przecież ma Pani świadomość, że już nie należy siłować się w pojedynkę.

- (długi śmiech) Właśnie, właśnie.

Trafiła Pani na wózek, bo "siadły" Pani nogi?

- Nie, nogi nie były powodem. Jakiś czas temu musiałam przejść operację biodra. I przy tej okazji, przebywając w szpitalu, podnosząc nogę nabawiłam się jeszcze jednego złamania. Właśnie te przygody unieruchomiły mnie na wózku, ale jakiś czas temu jeszcze na nim przynajmniej poruszałam się porządnie. A teraz, po złamaniu nogi, nic sama nie mogę robić. I to jest beznadziejne.

To standardowy "pojazd", czy sterowany elektrycznie?

- Zwykły, stary, dostałam go po kimś. Napędzam go tradycyjnie, siłą rąk.

Mam przyjemność rozmawiać z najstarszą żyjącą olimpijką w Małopolsce, wszak ma Pani już 94 lata. Pozwoli Pani zatem, że od razu zapytam: jaki jest przepis na długowieczność?

- To chyba zasługa pozostałości po sporcie i Powstaniu Warszawskim. Człowiek zawsze musiał być świadomy tego, co robi i to jeszcze, na szczęście, pozostało. Cieszę się bardzo, że jeszcze mogę normalnie rozmawiać i się nie zapominam.

Jest to szalenie cenne, że pamięć ciągle Pani dopisuje.

- Oczywiście w porównaniu do tego, jaką pamięć miałam kiedyś, na pewno jest trochę gorzej. Wszystkich historii z pewnością nie pamiętam z detalami jak kiedyś. Powiedziałabym, że póki co jest u mnie po japońsku, czyli "jako-tako".

Jak często wracają u Pani wspomnienia z czasów uprawiania sportu? Takie niewymuszone żadnym pytaniem, ot po prostu: nagle, w jakimś momencie, przypominają się Pani te tak miłe sercu historie.

- Wie pan, zdarzyło mi się to właśnie niedawno, gdy trafiłam do szpitala. Chciałam odejść myślami od bólu oraz tego, co mnie spotkało i przeniosłam się do przeszłości. Znajdowałam się tak jakby w Kuźnicach i szłam w góry, bo w młodości lubiłam wszelkie możliwe wyprawy. Przeważnie wspinałam się sama, bo nie miałam do tego kompana. I dopiero po wejściu w góry przychodziły mi do głowy wszystkie sprawy startów i sportu.

Jest w tym coś logicznego. W sporcie, który Pani uprawiała, trzeba było najpierw, tym bardziej w owych czasach, fizycznie wejść z nartami na odpowiednią wysokość i dopiero wtedy można było myśleć o zjeździe.

- Właśnie tak. Powiem panu szczerze, że jeśli już konkretnie wracam do zawodów, to chyba najmilej wspominam igrzyska w Oslo. Był to mój pierwszy start olimpijski i właściwie, można tak powiedzieć, wszyscy z Polski byliśmy tam surowi, to znaczy nie tak nadzwyczajnie przygotowani. Może nawet niespecjalnie przeżywałam start, bo jakoś dopiero później zaczęła mi towarzyszyć mocna świadomość, że w końcu startuję na olimpiadzie. Czyli biorę udział w czymś cudownym i mogę reprezentować cały mój kraj. Tymczasem do rywalizacji przystąpiłam trochę z marszu. Nawet gdy po slalomie specjalnym podeszłam do tablicy wyników, po czym powiedziałam do trenera: "Wujku, ja jestem chyba czternasta". Na co on, czyli trener Jan Lipowski, odparł: a co ty mówisz (śmiech). W ogóle się nie spodziewał, że można będzie zająć miejsce tuż za pierwszą dziesiątką. Zupełnie nie dawał temu wiary.

To obrazuje skalę Pani wyniku, wszak koleżanki i koledzy z polskiej reprezentacji, czyli inni narciarze alpejscy, nawet nie zbliżyli się do Pani rezultatów.

- To prawda, byłam szalenie szczęśliwa. A dodam, że jeszcze lepiej było w zjeździe, w którym zajęłam 13. miejsce.

Zaakcentowała Pani szalenie ważną rzecz, uważam cenną w kontekście całej swojej kariery. Otóż przy okazji igrzysk w Oslo nie do końca docierała do Pani ranga imprezy, dzięki czemu też nie pojawiła się dodatkowa presja. Tymczasem pamiętam kilka naszych rozmów, podczas których szczerze Pani przyznawała, że patrząc całościowo na karierę często zamieniała się Pani w kłębek nerwów, przez co bardzo trudno było utrzymać koncentrację na samym starcie.

- Zgadza się. Ale popatrzmy, jak dzisiaj wygląda opieka wokół sportowców, którzy mają do dyspozycji psychologa i to często niejednego. Myślę sobie, że to musi szalenie pomagać. Ja nie znałam żadnych metod radzenia sobie ze stresem i sama kombinowałam, co by tu zrobić, żeby przesadnie nie denerwować się już na starcie. I na przykład świetnie pamiętam, zwłaszcza u nas na Nosalu, jak stałam na starcie, skąd przy ładnej pogodzie hen daleko widziałam wioski oraz zabudowania. Patrzyłam i myślałam sobie, co tam robią ludzie, jak żyją i czym aktualnie się zajmują. A nawet wyobrażałam sobie, że też tam jestem i razem z nimi wykonuję bieżące czynności. Wszystko po to, żeby oderwać myśli od startu i zdenerwowania. Tym autentycznie się uspokajałam, wydawało mi się, że jestem bardziej skupiona i jadę "lżejsza" do mety. Niestety ta metoda nie zawsze działała, nie za każdym razem udawało mi się okiełznać nerwy.

To ogromnie trudna sztuka. Nic więc dziwnego, że dzisiaj psychologowie odgrywają coraz większą rolę, a sportowcy już nie mają obaw, że przyznanie się do współpracy z takim fachowcem jest czymś krępującym.

- Byłoby znakomicie, gdybym wówczas miała kogoś takiego. Poza tym, myślę sobie, że na pewno też Powstanie Warszawskie siedziało we mnie. Naturalnie nie myślałam o tym, ale pewna nerwowość wynikała z przeżycia tego wszystkiego. A do tego jeszcze ten późniejszy okres naszego komunizmu również był bardzo trudny. Wie pan, ja na przykład nigdy nie rozmawiałam z moimi koleżankami i kolegami o powstaniu. Nigdy.

Dlaczego?

- Dlatego, że człowiek wiedział, że słuszność tego całego zrywu poddawana jest w wątpliwość. Ciągle coś było źle, mówiono, że podjęto niewłaściwe decyzje. Przez to, tak naprawdę, człowiek wcale nie był dumny ze swojego udziału w powstaniu, a w wielu sytuacjach wręcz bał się o tym mówić, czy nawet przyznać.

Aż trudno przyjąć do wiadomości Pani słowa, ale znając debatę wokół zasadności tego największego zrywu niepodległościowego, jestem w stanie to sobie wyobrazić. Natomiast nie potrafię sobie wyobrazić co musiała Pani czuć, narażając jako sanitariuszka swoje życie, a przy tym kierując się najszlachetniejszymi pobudkami, gdy trzeba było słuchać takich głosów.

- Po prostu miałam w sobie tyle honoru i poczucia, że działałam w dobrej sprawie, iż nawet nie chciałam się z tym konfrontować. Dla nas było to nadzwyczajne, że możemy walczyć o Polskę, a nastał czas, gdy niespecjalnie można było mówić o tym publicznie i trzeba było uważać, żeby w najgorszym razie nie skończyć w więzieniu. Tak sobie teraz myślę, że te wydarzenia z jednej strony mogły nadszarpnąć moje nerwy, a z drugiej strony człowiek wydawał się dużo mocniejszy o takie przeżycia. W porównaniu do tych kolegów i koleżanek, którzy ze mną startowali, może to też dawało mi przewagę, bo byłam mocno zahartowana życiowo.

Jest coś w tym, że to wszystko, co tu i teraz źle na nas wpływa, zapewne powoduje, że długofalowo człowiek staje się odporniejszy i bardziej hardy.

- Szczególnie, że nam, uczestnikom powstania, naprawdę towarzyszyło przeświadczenie, że walczymy w jak najlepszej sprawie. A do tego trzeba było odwagi i zdecydowania. Te doświadczenia z pewnością kształtowały charakter i osobowość.

Co warte podkreślenia, akurat nikt z Pani najbliższej rodziny udziału w powstaniu nie przypłacił najwyższą ceną.

- Tak, to naprawdę nadzwyczajne. A przecież niemal całe moje rodzeństwo, poza trójką braci, brało w nim udział. Najmłodszy miał 14 lat. Przede wszystkim ojciec działał w pełni konspiracji, cały czas bardzo aktywnie walcząc o Polskę. A mama, mimo iż miała w domu dziesięcioro dzieci, poprzez "Żegotę" starała się, jak można było, pomagać Żydom. Wszyscy byliśmy bardzo zaangażowani w walkę o wolność i dobro. Ojciec zawsze nam mówił: "pamiętajcie, że mama jest święta". A później ja mówiłam, że to dzięki mamie wszyscy przeżyliśmy. Nie wiem, jaką trzeba było mieć psychikę, żeby to wszystko wytrzymać. Wiedząc, że nasz ojciec cały czas jest w stu procentach narażony na to, że w każdej chwili może zginąć. A my-dzieci, w większości zaangażowane w działalność konspiracyjną, chodziliśmy na zbiórki. Uważam, że mama musiała być piekielnie mocna i bardzo dzielna, żeby się nie załamywać, tylko cały czas iść do przodu.

Czy później, gdy ten straszny czas minął, a Pani już stała się osobą dorosłą, była okazja, aby bardzo szczerze, tak od serca, porozmawiać z mamą na te tematy?

- Właściwie to wszystko było dla nas tak normalne, bo przecież mówiło się o tym na co dzień... Jednak zawsze żałowałam, że nigdy później nie było takiej sposobności, abyśmy wszyscy razem usiedli i powspominali. Co było, jak było i tak dalej... Natomiast tamte czasy nie były łatwe, ja też wcześnie wyjechałam do Zakopanego, gdzie - można tak powiedzieć - odizolowałam się od tych tematów. A później zachorował ojciec. Koniec końców rzeczywiście nie doszło do tego, abyśmy wspólnie "przerobili" wspomnienia oraz to wszystko spisali.

Czy Pani rodzeństwo wciąż żyje?

- Tak, jeszcze nas troszkę zostało. W Warszawie mieszkają dwie siostry oraz najmłodszy z braci. A drugi, rok młodszy ode mnie, też uczestnik powstania, żyje we Francji. Biedny jest po udarze, ale pozostaje bardzo dzielny i ciągle stara się robić, co w jego mocy, ale jest mu bardzo trudno. Ma przedobrą i przemiłą żonę, która cały czas mu pomaga, ale widzę, jak brat teraz tęskni za Polską. Non stop dzwoni do mnie, siostry lub bratowej, żeby zapytać nas o różne rzeczy, które nie bardzo pamięta. Obserwuję, jak ogromnie ważna dla niego jest ta nasza Polska.

Gdyby był na siłach, to myśli Pani, że z dnia na dzień przeniósłby życie do Polski?

- Może by się nie przeprowadził, bo jednak tam ma żonę oraz dom, ale w każdym razie bardzo brakuje mu polskiego otoczenia.

To wspaniałe, że ma Pani jeszcze czwórkę rodzeństwa.

- Naturalnie, to coś cudownego.

Wspomniała już Pani o przeprowadzce do Zakopanego, gdzie klimat miał Pani pomóc w walce z astmą.

- Rzeczywiście, tę chorobę miałam od urodzenia. I można powiedzieć, że w Zakopanem dolegliwości właściwie mi przeszły. Przeprowadziłam się tutaj ze zburzonej Warszawy, w której nie było gdzie iść do szkoły, a w Kuźnicach funkcjonowało Liceum Gospodarstwa Domowego, noszące nazwisko mojej ciotki, które jeszcze przed wojną miało nadzwyczajną renomę.

I w stolicy polskich Tatr, mówiąc wprost, po prostu się Pani zakochała.

- Naprawdę, ogromnie! Jak tylko przyjechałam po raz pierwszy i zobaczyłam góry, to od razu niesamowicie mnie pociągnęło, żeby się wspinać. Tak samo było z nartami, bo bardzo szybko zrobili nam kurs, gdzie przez dwa lata miałam bardzo dobrego trenera. Pewnego razu powiedział mi tak: "słuchaj, ty jesteś zdolna do nart. Ja muszę zapisać cię do klubu". Mnie się wydawało, że do klubu to zapisuje się dzieci, a nie stare baby (śmiech). Natomiast zareagowałam entuzjastycznie i poczułam się doskonale, bo narty bardzo mnie cieszyły. A do sportu to chyba od urodzenia miałam smykałkę. Bardzo dużo skakałam i biegałam, tak że nawet później startowałam w zawodach lekkoatletycznych podczas Spartakiad w Warszawie. To było już w czasie, gdy jako narciarka przeszłam z SNPTT Zakopane do CWKS Legii, jako że wojsko chciało mieć u siebie najlepszych zawodników.

Żartobliwie użyła Pani określenia "stara baba" i faktycznie - Pani debiut przypadł na 1948 rok, gdy miała Pani już 21 lat. Jednak, co jeszcze bardziej warte podkreślenia, w prestiżowych zawodach o Puchar Kolei Linowych zajęła Pani trzecie miejsce.

- Te zawody były wspaniałe, bo start był z Kasprowego Wierchu, a meta w Kuźnicach. Bardzo podobała mi się trasa, a dopingowała nas jedna z córek Franciszka Bujaka, pierwszego zakopiańskiego uczestnika Zimowych Igrzysk Olimpijskich (Chamonix 1924 rok - przyp. AG). Te dziewczyny były dla nas wzorem i wydawało mi się, że jeżdżą najlepiej. Zawsze miały najznakomitszy sprzęt, bo Franciszek posiadał fabrykę nart. Teraz przypomniała mi się pozycja narciarska, w jakiej pokonywałyśmy trasę. Tak naprawdę w ciągu całej kariery dopiero pod sam koniec zaczęłam przybierać aerodynamiczną pozycję, która pozwalała jechać szybciej.

O Pani życiu po zakończeniu kariery sportsmenki też świadczy szereg nagród, m.in. przyznany w 2009 roku prestiżowy medal Kalos Kagathos ("Piękni i Mądrzy"). Otóż między innymi oddała się Pani twórczości poetyckiej, którą jeszcze pod koniec sportowej aktywności zainaugurowała Pani nagrodzoną pracą pt. "Slalom gigant" (1965 rok). A później przyszły tomiki wierszy.

- Tych moich wierszy wcale nie jest tak dużo, bo po zakończeniu kariery skupiłam się na pracy w charakterze trenera, więc nie miałam zbyt wiele czasu, żeby spokojnie usiąść, pomyśleć i przelać twórczość na papier. Po prostu jakoś tak z biegiem lat raptem przyszła myśl, żeby pisać.

Najpierw pisała Pani do szuflady, aż w końcu pojawiła się osoba, która Panią ośmieliła, by z wierszami wyjść do ludzi.

- Owszem, chodzi o mojego byłego trenera, Tomka Gluzińskiego. A później bardzo mi pomógł pan Krzysztof Zuchora, zresztą poeta i człowiek Polskiego Komitetu Olimpijskiego, który bardzo dopingował mnie w tej aktywności. To była przyjemna zachęta.

Choćby w tomiku "Zawisnąć w locie" wiele wierszy jest dla Pani bardzo osobistych.

- To prawda. Część jest związana ze sportem, z nartami i ukochanymi górami. A inne po prostu z życiem, dziećmi i wnukami.

Zdaję sobie sprawę, że to dla Pani bardzo emocjonalny temat. Jak choćby pewien wiersz, poświęcony wnukowi.

- Jest to dla mnie bardzo osobiste. Często było tak, że jeśli coś bardzo przeżywałam, to wtedy mogłam to zamknąć w słowach. Emocje i duże przeżycia przelewałam na twórczość.

Zdarza się Pani do któregoś wiersza co jakiś czas wracać?

- Właściwie rzadko. Najczęściej, gdy rozmawiam z wnuczkami, bo do niektórych były kierowane wiersze. Wtedy zaglądam do tomiku i posyłam im konkretny wiersz, żeby może któraś z wnuczek zastanowiła się, czy też nie chciałaby pisać. Mnie kiedyś to też nie przyszłoby do głowy. Choć przecież już mój ojciec pisał wiersze. I pamiętam, gdy kiedyś przeczytał pierwszy mojego autorstwa, po czym odparł: "zdaje mi się, że ty lepiej piszesz ode mnie" (uśmiech). Ojciec autentycznie pisał bardzo dużo wierszy, ale właściwe tylko do szuflady.

Jest w Pani twórczości szczególny dla mnie wiersz, jedyny Pani pióra, w którym mierzy się Pani z tematyką powstania pod tytułem: "A my nie zginęliśmy". Przytoczę fragmenty, początek i koniec:

A my nie umarliśmy

trafieni

ani od zbłąkanej kuli

która się o nas otarła

nie wiadomo dlaczego

właśnie my

i co mieliśmy zrobić

z darowanym życiem

(...)

stoimy naprzeciw młodych

wyprężonych

w galowych mundurach

ale to my przygarbieni

wiemy

*

Wtedy byłam za szybą

jakbym nie znała łez

Dzisiaj drżę

żeby nigdy więcej

- Tak, właśnie mi go pan przypomniał... Rzeczywiście jest tak, że my wiemy, co to jest wojna (chwila ciszy). Jak miasto, kochane miasto, potrafi raptem w ciągu kilku dni przestać istnieć. I kochani ludzie przestają istnieć... Ważne jest to, do czego ciągle nawołuje papież Franciszek, czyli miłość do każdego człowieka. Nawet wtedy, gdy nie jest on do mnie najmilej nastawiony, należy starać się go zrozumieć, tłumiąc w zarodku złość i chęć odegrania się. Zawsze niech górę bierze dobroć.

Niech te słowa jak najgłośniej wybrzmią. Chcę Pani serdecznie podziękować.

- To ja bardzo panu dziękuję za to, że zmotywował mnie pan do tej rozmowy. Pan razem z moją córką, która też przekonała mnie, że warto. Po prostu wydawało mi się, że jestem już tak daleko od wszystkiego i nic właściwego nie potrafię powiedzieć.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy