Reklama

Reklama

Maciej Bydliński: Kitz to historia zwycięstw i upadków

W ten weekend w Kitzbuehel alpejczycy będą rywalizowali w najbardziej prestiżowych zawodach Pucharu Świata. Wśród nich Maciej Bydliński, dla którego góra Hahnekamm (Koguci Grzebień) to "magiczne miejsce" - historia wielkich zwycięstw i upadków.

Czym zawody w Kitzbuehel są dla narciarstwa alpejskiego?

Maciej Bydliński: Są najbardziej prestiżowe w cyklu Pucharu Świata. Cała bogata historia zwycięstw i upadków legend narciarstwa sprawia, że od lat jest to magiczne miejsce, wywołujące u masowo przybywających kibiców oraz zawodników dodatkowy dreszczyk emocji. Weekend w Kitz przypomina najlepiej zorganizowane zawody na poziomie mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. Ich koszt to 6,5 mln euro, a przychody wynoszą 37 mln euro. Te liczby uświadamiają, że jest to gigantyczne przedsięwzięcie i narciarskie święto.

Reklama

Pokonanie trasy Streif chyba każdemu sprawia olbrzymią satysfakcję...

- Zwycięstwa przy publiczności rzędu 30-60 tys. muszą cieszyć szczególnie, bo nigdzie indziej narciarz nie jest tak szanowany, jak właśnie tu. Ale nieważne, czy startujesz później, czy wcześniej, czy jesteś pierwszy, czy czterdziesty - sam fakt, że wystartowałeś, by pokonać najtrudniejszą trasę świata, wzbudza uznanie ludzi świadomych skali wyzwania oraz prędkości, z jaką poruszają się narciarze-szaleńcy. Mniej wtajemniczonym polecam obejrzeć film nakręcony przez Amerykanów pt. "Thin line", obrazujący tematykę zjazdów, szczególnie tych na Streifie.

Ile razy miał pan okazję startować w zjeździe w Kitzbuehel, jakie są pana wspomnienia?

- W zjeździe startowałem dwukrotnie. Raz zaliczyłem brzydki upadek w połowie trasy, ale poza rozerwanym kombinezonem i drobnymi stłuczeniami nic się nie stało. Rok temu ukończyłem zjazd, który w połączeniu ze slalomem dał mi dziewiąte miejsce w kombinacji alpejskiej, zastąpionej w tym roku przez superkombinację.

Dlaczego Streif jest taki trudny?

- Trasa jest bardzo wymagająca w początkowej fazie, gdzie z pionowego startu w niecałe 3,5 s osiąga się prędkość 100 km/godz., po czym z jeszcze większą trzeba skoczyć ok. 50-70 metrów ze ściany o nachyleniu prawie 90 stopni. Bardzo trudna jest też końcowa część z mocnymi kompresjami, rozbitym w dziury trawersem oraz szusem do mety przy 140 km/godz. W tym miejscu kilkunastu zawodników zakończyło kariery po brzydkich upadkach.

W których konkurencjach wystąpi pan w ten weekend? Czy nie obawia się pan, że z powodu wysokich temperatur zawody mogą zostać odwołane?

- Chcę wziąć udział w superkombinacji, składającej się z supergiganta i nocnego przejazdu slalomu, choć zawody są poważnie zagrożone ze względu na wiosenną pogodę. Helikoptery co trzy minuty zwoziły śnieg na trawers hausbergkante, gdzie było widać trawę. Austriacy robią jednak wszystko, co w ich mocy, aby zawody mogły się odbyć, chociaż musieli już zmienić program.

Czy w przyszłości mamy szansę na polski triumf w Kitzbuehel?

- W Polsce do pewnego wieku da się wyszkolić podstawy u młodych zawodników. Konkurencja jednak ma znacznie lepsze możliwości pod względem różnorodności stoków do treningu. Przygotowanie profesjonalnego zawodnika u nas w kraju prawie w ogóle nie wchodzi w grę. I póki co w Polsce nie ma ośrodka narciarskiego, który mógłby taki trening zagwarantować. Raz, że stoki są łatwe, a dwa, trzeba posiadać sprzęt do iniektowania wody w śnieg tak, aby zrobił się lód, czyli stworzyć optymalne warunki, w których odbywają się zawody na najwyższym poziomie.

Czy w tej sytuacji doczekamy się kiedyś alpejczyka na najwyższym światowym poziomie?

- Alpejczyka na światowym poziomie nie da się w stanie stworzyć z dnia na dzień. U nas brakuje zawodników oraz systemu ich szkolenia. Jak zawsze w polskim sporcie, musi się ktoś znaleźć na miarę Adama Małysza czy Justyny Kowalczyk, który z niczego zrobi wielki wynik i przetrze szlaki następnym, aby dyscyplina mogła się rozwijać. W narciarstwie alpejskim jest to szczególnie trudne. Mam nadzieję, że doczekam takich czasów, ale nie będzie to szybko.

A jak pan trafił do tego sportu?

- Całe moje rodzeństwo oraz ojciec to byli dobrzy zawodnicy, którzy zarazili mnie narciarstwem. Zacząłem w wieku trzech lat, a w pierwszych zawodach wystartowałem, gdy miałem 10 lat, zajmując drugie miejsce. Pamiętam, że jeździłem wtedy na zbyt krótkich nartkach, kije, które trzymałem w rękach, były wyższe ode mnie, a w kombinezonie prawie utonąłem. Inni rówieśnicy mieli za sobą kilka lodowców przed sezonem, świecące kombinezony i mocno zdenerwowanych trenerów z faktu, że jakiś śmieszny chłopak wygrał z ich pociechami.

Na jakim poziomie zorganizowania jest polska kadra?

- Za poziom zorganizowania kadry jest odpowiedzialny Polski Związek Narciarski, który powołał dwóch zawodników do kadry A oraz dwie zawodniczki do kadry młodzieżowej. Są to bardzo wąskie grupy szkoleniowe, bez zaplecza kadr juniorskich. Jeśli chodzi o mnie, to PZN stworzył mi optymalne warunki przygotowań do Soczi. Na pewno nasze przygotowania odbiegają od rywali z krajów alpejskich, ale można powiedzieć, że na przestrzeni kilku lat poprawiło się i jesteśmy bliżej niż dalej.

- Najważniejszym motorem napędowym w narciarstwie jest rywalizacja między zawodnikami na wysokim poziomie podczas treningów. U nas tego brakuje i myśląc o przyszłości trzeba się zastanowić, do którego z krajów wyżej notowanych można byłoby się przyłączyć na wspólny przedsezonowy trening. Są też pojedynczy bardzo dobrzy narciarze w Czechach i na Słowacji. Myślę, że zjednoczenie sił z naszymi sąsiadami i stworzenie międzynarodowej grupy byłoby dobrym pomysłem na szybsze doścignięcie czołówki.

Raczej trudno się spodziewać, aby wygrywał pan z najlepszymi. Co pana motywuje do dalszej pracy przy tej świadomości?

- Nie zastanawiam się nad tym. Po prostu wykonuję swoją pracę jak najlepiej i z każdym rokiem robię postęp. To mnie napędza i motywuje. Wierzę w swoje niewykorzystane dotychczas możliwości. Szukam, zmieniam, poświęcam więcej czasu na trening mentalny, który ma duże znaczenie w naszej dyscyplinie. Od pewnego czasu pracuję z dobrymi trenerami, którzy również wierzą, że razem możemy osiągnąć dobre wyniki.

Czy miał pan chwile zwątpienia w sens uprawiania tej dyscypliny?

- Tak. Cztery lata temu miałem bardzo nieprzyjemny sezon, do którego nie chcę wracać, by nie rozdrapywać ran. Powiedziałem wtedy, że daję sobie jeszcze dwa lata na osiągniecie wyniku, który będzie mnie satysfakcjonował. Zmienił się trener, a mi po ośmiu latach przerwy udało się zdobyć punkty Pucharu Świata.

Zbliżają się igrzyska w Soczi. Czy zna pan tamtejsze trasy?

- Będąc w Soczi dwukrotnie mieliśmy okazję jeździć po trasach olimpijskich podczas Pucharu Świata i Pucharu Europy. Narciarstwo alpejskie ma to do siebie, że każda trasa jest inna. Ta w Soczi jest bardzo wymagająca, a sił brakuje już w połowie. Trasy konkurencji szybkich należą do najtrudniejszych na świecie, a technicznych też są trudne, ale w alpejskim cyklu zdarzają się cięższe.

Na co pan tam liczy?

- Na konkretne miejsce nie chcę się nastawiać, bo to nie pomaga. Startować będę w zjeździe, superkombinacji, slalomie i supergigancie. Igrzyska to dla sportowca nagroda za ciężko wykonywaną pracę. Chcę traktować ten start jako możliwość pokazania się z jak najlepszej strony, sprzedania swoich umiejętności.

Rozmawiał Kryspin Dworak

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy