Reklama

Reklama

Maciej Bydliński: Jeden trening kosztował tysiąc dolarów

Finanse są wciąż jednym z największych zmartwień najlepszego polskiego narciarza alpejskiego Macieja Bydlińskiego (AZS AWF Katowice). Podczas niedawnego zgrupowania w Nowej Zelandii jeden dwugodzinny trening zjazdu kosztował tysiąc dolarów.

- Nasz roczny budżet wynosi około 300 tysięcy złotych. Na szczęście Atomic zapewnia mi sprzęt, za który nie musimy płacić. Jest to 15 par nart, których na stałe używam, nie wliczając testowych, oraz cztery-pięć par butów. Koszt tego wszystkiego to ok. 60 tys. złotych. Na sześciotygodniowym zgrupowaniu w Nowej Zelandii płaciliśmy po 1 tys. dol. za jeden dwugodzinny trening zjazdu. Trzeba było zjeżdżać z innymi, aby rozkładać koszty. Stąd nasza współpraca z kobiecą reprezentacją Kanady - powiedział 26-letni Bydliński na wtorkowej konferencji prasowej w warszawskiej siedzibie Eurosportu.

Reklama

Alpejczykowi daleko jeszcze do sukcesów sportowych i popularności na miarę Adama Małysza czy Justyny Kowalczyk, ale i tak jego sztab wygląda imponująco.

- Głównym trenerem jest Słowak Vlado Kovar, drugim szkoleniowcem jego rodak Branislav Bizik, odpowiedzialny także za serwis nart. Z kraju naszych południowych sąsiadów pochodzi też specjalista od treningu mentalnego Marek Travniczek, współpracujący również z czołowymi hokeistami NHL. W teamie są również fizjoterapeuta Krzysztof Ruszkiewicz, trener przygotowania siłowego Michał Wilk, zajmujący się zajęciami gimnastycznymi Michał Starzyński, a także fizjolog Miłosz Czuba i menedżer Marcin Szafrański - dodał.

Ze względu na koszty, na poszczególne zawody Pucharu Świata wraz z Bydlińskim będą jeździły dwie-trzy osoby z teamu.

- Oszczędzamy na czym się da, aby tylko starczyło pieniędzy. We wspomnianej Nowej Zelandii mieszkaliśmy nie w hotelach, tylko znacznie tańszych hostelach, sami sobie gotowaliśmy. Ale warunki do pracy na wysokości 1500-2000 metrów mieliśmy znakomite, tam przecież jest zima, więc to odzwierciedlenie prawdziwych warunków, inny śnieg niż na lodowcu. Ścigaliśmy się na trasach spreparowanych wodą, przypominających lodowisko. Jednego dnia potrafiliśmy pokonać po 1100 bramek treningowych. To bardzo dużo - podkreślił.

Bydliński liczy na udane występy przede wszystkim w superkombinacji.

- Mam nadzieję, że regularnie będę plasował się w czołowej dziesiątce Pucharu Świata. Mocno poprawiłem się w zjeździe, w slalomie też widać progres. Potrzebuję dobrych wyników, aby z wielką wiarą pojechać na igrzyska do Soczi. Ktoś powie, że 30. miejsce to żaden wyczyn, ale dla nas, narciarzy alpejskich, znalezienie się w tym gronie jest ważne. W naszym środowisku jeśli ktoś jest 31., to się nie liczy, ale już oczko wyżej sporo zmienia, także to, że zawodnik pojawia się w telewizji, a sponsorzy to doceniają... Żałuję, że kiedyś nieodpowiednio byłem uczony elementów techniki i gdzieś w głowie nawyki się zakodowały - stwierdził narciarz.

Przygotowania do nowego sezonu Bydliński zaczął nie tylko od zajęć "oczyszczających" ze złych przyzwyczajeń, ale i od zabiegów lekarskich.

- Najpierw usunięta została jedna ze śrub w kości piszczelowej, która była złamana. Teraz mam większy komfort, nie ma już takiego ucisku w bucie w okolicy kostki. Druga sprawa to laserowa korekcja wady wzroku w CM Mavit w Warszawie. Widzę już jak zdrowy człowiek. Jazda w soczewkach przy 150 km/godz nie należała do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych, bo one latały, trzeba było mrugać oczami, zaklejać gogle. Koniecznie trzeba dobrze widzieć, zwłaszcza w słabym świetle - ocenił.

Po kilku obozach w Polsce, wyjechał do Nowej Zelandii, gdzie mógł skoncentrować się na konkurencjach szybkościowych.

- Dwadzieścia osiem z trzydziestu dni było idealnych - lód i słońce. Nie obyło się bez startów kontrolnych, wygrałem klasyfikację generalną Pucharu Kontynentalnego Australii i Nowej Zelandii - powiedział Bydliński, który opuszcza inauguracyjne zawody PŚ w ten weekend w Soelden, ale wystartuje niebawem w kolejnych imprezach - w Stanach Zjednoczonych.

- Cel na ten sezon, jak mówiłem, to awans na stałe do najlepszej 30 w PŚ, chciałbym pokusić się też o pozycje w okolicach 20 w slalomie bądź supergigancie na igrzyskach. Mocno skrzydła podcięła nam ubiegłoroczna kradzież sprzętu o wartości 250 tys. złotych. Ale dzięki pomocy Polskiego Związku Narciarskiego i sponsorów udaje się w miarę profesjonalnie szykować do sezonu olimpijskiego. Do najlepszych dużo nam jednak brakuje. Zresztą takie potęgi jak Austriacy w ogóle nie chcą słyszeć o wspólnych treningach. Ale patrząc na Czechów czy Słowaków, bo z nimi powinniśmy się porównywać, my wcale nie mamy tak źle - dodał reprezentant Polski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje