Reklama

Reklama

Didier Cuche: Soelden to wymagający początek sezonu

Jeden z najlepszych narciarzy alpejskich ostatnich lat Szwajcar Didier Cuche uważa inauguracyjne zawody Pucharu Świata w Soelden są bardzo wymagające. Po zakończeniu kariery w 2012 roku nie rozstał się ze sportem, jest m.in. ekspertem telewizyjnym.

W sobotę odbędą się tu pierwsze zawody w sezonie - slalom gigant kobiet z udziałem Maryny Gąsienicy-Daniel. W niedzielę w tej konkurencji będą rywalizowali mężczyźni, bez reprezentantów Polski.

- Gigant w Soelden jest wymagający z paru powodów. Po pierwsze trasa jest tu dosyć trudna, a po drugie zawodnicy nie są jeszcze w rytmie startowym. Wszyscy są jednak bardzo podekscytowani, po długich treningach w końcu czują prawdziwą adrenalinę - powiedział Cuche, który wygrał tu w 2009 roku. W tym roku będzie komentatorem Eurosportu.

Reklama

Mistrz świata z 2009 roku i wicemistrz olimpijski z 1998 w supergigancie podkreśla duże znaczenie inauguracyjnych zawodów. - Jeśli ktoś znajdzie tu się w trójce czy piątce, nabierze pewności siebie, która będzie procentowała w dalszej części sezonu. To bardzo pomaga.

Za faworytów niedzielnej rywalizacji uważa wielokrotnego zwycięzcę z Soelden Amerykanina Teda Ligety'ego i broniącego Pucharu Świata Austriaka Marcela Hirschera. - Ligety czuje się tu świetnie, a Hirscher bardzo się przed tym sezonem wzmocnił fizycznie. O zwycięstwo może także walczyć któryś z Francuzów - prognozuje.

Cuche nigdy nie zdobył Pucharu Świata - raz był drugi i pięciokrotnie trzeci. Ma za to cztery małe "Kryształowe Kule" za zjazd i po jednej za gigant i supergigant. W karierze wygrał 21 zawodów, w tym pięciokrotnie uważany za najtrudniejszy na świecie zjazd w Kitzbuehel. Był tam najlepszy także w 2012 roku, dwa miesiące przed zakończeniem kariery.

- Zrezygnowałem nie dlatego, że miałem kontuzję, czy byłem w słabej formie. W Kitzbuehel widziałem dużo bardzo poważnych wypadków i po prostu uznałem, że już wystarczy tego ryzyka. Tak postanowiłem i nigdy tego nie żałowałem. Nie tęsknię za startami - zapewnił Szwajcar.

Po raz ostatni wystąpił w finałowych zawodach PŚ 2012 w Schladming. Zrobił wówczas niespodziankę swoim kibicom zjeżdżając w stroju narciarskim sprzed kilkudziesięciu lat. - Wszyscy się zastanawiali skąd go wziąłem, ale odpowiedź jest prosta - wypożyczyłem z muzeum. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak wielki technologiczny postęp nastąpił w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Dlatego nawet nie próbuję przewidywać, jak będzie wyglądało narciarstwo alpejskie za pięćdziesiąt lat - powiedział.

Po zakończeniu kariery nie zerwał ze sportem. Jest przedstawicielem wielu znanych marek, testuje sprzęt narciarski, współpracuje z Eurosportem. - Komentowanie w telewizji to świetna zabawa. Lubię opowiadać ludziom o tym sporcie - zaznaczył.

W przyszłości nie wyklucza pójścia w ślady kilku znanych narciarzy i spróbowania sił w sporcie motorowym. - Na torze czuje się adrenalinę na podobnym poziomie, jak w narciarstwie alpejskim. Chciałbym kiedyś pójść w tym kierunku.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje