Reklama

Reklama

Alpejskie MŚ. Andrzej Bachleda-Curuś: Dwa talenty i... spory dół

"Jest mi naprawdę przykro, że w dalszym ciągu pojawiają się w tej dyscyplinie tylko pojedyncze talenty, a reszta to po prostu spory dół" - tak kondycję polskiego narciarstwa alpejskiego przed rozpoczęciem MŚ ocenia dwukrotny olimpijczyk Andrzej Bachleda-Curuś.

Jedyny polski zdobywca medali w alpejskim czempionacie liczy jednak na dobry występ Polek w rozpoczynających się w poniedziałek we włoskiej Cortinie d'Ampezzo mistrzostwach świata. Główna impreza sezonu potrwa do 21 lutego.

Maryna Gąsienica-Daniel wystąpi w kombinacji alpejskiej (8 lutego supergigant i slalom), supergigancie (9 lutego), slalomie gigancie równoległym (16 lutego) oraz slalomie gigancie (18 lutego), a debiutująca w imprezie tej rangi Magdalena Łuczak wystartuje tylko w slalomie gigancie.

"Od lat pojawiają się tylko ze dwa talenty, a potem jest większy lub mniejszy dół. Co gorsza te diamenciki bywały źle prowadzone, a co za tym idzie ich możliwości zostały zaprzepaszczone. Nie możemy sobie na to pozwolić, bo przecież bez zaplecza jedno czy dwa nazwiska, które mają coś do powiedzenia na arenie międzynarodowej nie zbudują całej dyscypliny" - powiedział Bachleda-Curuś.

Reklama

Dodał, że takie właśnie przemyślenia skłoniły go w 2010 roku do powołania wraz ze spółką Tauron Polska Energia projektu, który miał wspierać młodych narciarzy. Czy to się udało?

"Myślę, że tak. Pracowaliśmy z grupą alpejczyków urodzonych w latach 1994-99 i akcja z rozwijała się całkiem nieźle, chociaż nie powiem, szło po grudzie. No bo tak po prawdzie wszedłem na czyjeś poletko, miałem przeważnie inne pomysły niż ci, którzy wtedy z tą młodzieżą pracowali w jakiejś tam klubowej rutynie" - wspominał olimpijczyk z Grenoble (1968) i Sapporo (1972).

W rywalizacji organizowanej w ramach programu pojawiały się m.in. Maryna Gąsienica-Daniel i Magdalena Łuczak, które dziś z powodzeniem startują w Pucharze Świata i Europy, będą też reprezentować Polskę na MŚ w Cortina d'Ampezzo.

"To właśnie takie diamenty, u których oby nie popsuto szlifu. Maryna od początku miała w sobie "to coś" i żmudną, ciężką pracą dochodziła do tego, co jest dziś. Magda natomiast trenowała wtedy indywidualnie dużo wyjeżdżając chociażby do Włoch. I na szczęście, można powiedzieć, bo dało jej to jakąś tam przyzwoitą bazę" - zauważył Bachleda-Curuś dodając, że program zakończył się dość gwałtownie w 2016 roku.

"Przyszły pewne zmiany, o których nie chcę tu mówić, ale patrząc dziś już z boku, nie żałuję tych lat, bo przecież w ogromnej liczbie zawodów startowało po kilkaset uczestników. Część z nich nadal jeździ zawodniczo odnosząc większe lub mniejsze sukcesy, a o to właśnie mi chodziło" - podkreślił.

Byłego alpejczyka bardzo cieszy dobry sezon Gąsienicy-Daniel.

"Naprawdę świetny! Uważam więc, że na tych mistrzostwach podium jest w jej zasięgu. Oczywiście przy tym przysłowiowym łucie szczęścia, który musi towarzyszyć umiejętnościom - jeżeli i ono będzie przy niej i zaliczy po oba przejazdy, to na świetne miejsca ją stać" - ocenił medalista MŚ (brązowy w Val Gardenie, 1970 i srebrny St. Moritz, 1974).

Zauważył także: "A może i miejsce zawodów będzie miało tu jakieś znaczenie? No bo przecież jej cioteczna babka Maria Gąsienica-Daniel-Szatkowska właśnie w Cortinie d'Amprezzo podczas igrzysk olimpijskich w 1956 roku miała trzeci czas pierwszego przejazdu slalomu. Ona niestety została wtedy zdyskwalifikowana, ale wierzę, że tym razem będzie inaczej".

Wracając do idei tworzenia programów we współpracy z PZN, czy też pozazwiązkowych Bachleda-Curuś w dalszym ciągu uważa, że każde takie działanie ma sens. Tak jest jego zdaniem np. z akcją "Polski Mistrz" utworzoną w ubiegłym roku przez Grupę PKL, Polski Fundusz Rozwoju i Polski Związek Narciarski.

"Dobrze, że coś znów drgnęło. Może nazwa jest na wyrost, bo trzeba całych lat wyławiania i odpowiedniego prowadzenia, żeby można było nazwać kogoś mistrzem, ale najważniejsze, że i ci bardzo jeszcze młodzi mają wreszcie wsparcie w PZN, świetną bazę jaką jest np. Szczawnica. Tylko się cieszyć, wykonywać właściwie tę jakże niezbędną robotę od podstaw i pilnować, żeby rozwój zawodnika szedł w dobrym kierunku. I może to dziwnie zabrzmi, ale czasem po prostu... nie przeszkadzać" - podkreślił.

Według zdobywcy pierwszego medalu MŚ dla Polski w konkurencjach alpejskich, każdy taki program nie tylko pomaga w szkoleniu, ale i wnosi jeszcze jedną godną uwagi wartość - nie dosyć, że odciąża rodziców, to daje szkoleniowcom większą swobodę i wzmacnia ich autorytet.

"Narciarstwo tanie nie jest, więc te działania pozaklubowe pozwalają na pracę z tymi, którzy być może mają talent, a nie mogli do tej pory sami rozwijać kariery. No i skoro nie ma uzależnienia od finansowania szkolenia przez rodziców, to młodzież odczuwa większy respekt i zwyczajnie słucha wszystkich poleceń trenera, a dyscyplina w tak ciężkiej pracy ma niebagatelne znaczenie" - zakończył Bachleda-Curuś.

Joanna Chmiel



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL