Reklama

Reklama

Alpejski PŚ - nowy sezon pod znakiem powrotów, dwoje Polaków w Soelden

Pod znakiem wielkich powrotów zaczyna się nowy sezon alpejskiego Pucharu Świata. Na stokach znów pojawią się Amerykanie Lindsey Vonn i Bode Miller, Szwajcar Beat Feuz czy Finka Tanja Poutiainen. Pierwsze zawody w weekend w Soelden, z udziałem dwojga Polaków.

Najdłuższą, bo aż półtoraroczną przerwę w startach miał 36-letni Miller, pięciokrotny medalista igrzysk i dwukrotny zwycięzca klasyfikacji generalnej PŚ. Poważnej kontuzji lewego kolana doznał w lutym 2012 roku w Soczi, gdzie za kilka miesięcy znów chce walczyć o olimpijskie podium. Do tej pory wygrał 33 imprezy pucharowe.

Reklama

- Wielu ludzi mu kibicuje, włącznie ze mną, ponieważ dzięki jego niekonwencjonalnym pomysłom rywalizacja w PŚ nabiera kolorytu - przyznał najlepszy polski alpejczyk Maciej Bydliński (AZS AWF Katowice), który opuszcza inaugurację na austriackim lodowcu.

W sobotę kobiety będą rywalizować w slalomie gigancie, a następnego dnia w tej samej konkurencji pojadą mężczyźni. Wśród zgłoszonych są Agnieszka Gąsienica-Gładczan (AZS AWF Katowice) i Michał Kłusak (AZS Zakopane).

Poza Millerem, na narciarskie stoki wracają też m.in. Vonn, choć dopiero za miesiąc, Poutiainen, Austriaczka Marlies Schild, Feuz i Norweg Kjetil Jansrud, a także były mistrz świata w zjeździe Austriak Klaus Kroell.

- Vonn będzie znów w czołówce, ma niesamowitą przewagą nad innymi zawodniczkami. Jej główne rywalki to Niemka Viktoria Rebensburg i Austriaczka Anna Fenninger. Trudniej prognozować, jeśli chodzi o panów, bo jest większa konkurencja. Trzymam kciuki za mego przyjaciela Chorwata Ivicę Kostelica. Miał mnóstwo kontuzji, ale mam nadzieję, że jeszcze skubnie jakiś medal na igrzyskach - dodał Bydliński.

Polak opuszcza zawody w Soelden i fińskim Levi (slalom - 16 listopada), bowiem koncentruje się na amerykańskiej części cyklu - kanadyjskie Lake Louise (30 listopada-1 grudnia) i Beaver Creek w USA (6-8 grudnia).

- Nie mam póki co szans znaleźć się w "30" w gigancie, dlatego nie wystartuję w Soelden. Nie mogę sobie pozwolić, by jechać na dwa dni do Austrii i praktycznie je stracić. Muszę ten czas poświęcić na treningi konkurencji szybkościowych. I w Kanadzie, i w USA będę rywalizował w zjeździe oraz supergigancie. To ważne również ze względu na przyszłoroczne mistrzostwa świata, które odbędą się za oceanem" - przyznał.

W tym roku narciarze mają jeszcze zaplanowane grudniowe zawody w Val d'Isere (Francja) oraz włoskich miejscowościach: Val Gardenie, Alta Badia i Bormio.

- Nie wracam do Europy, lecz zostaję z moimi słowackimi trenerami w USA, gdzie będę brał udział w Pucharze Ameryki Północnej we wszystkich konkurencjach. To będzie drugi, po sześciu tygodniach zgrupowania w Nowej Zelandii, bardzo długi okres przygotowawczy do imprezy głównej, jaką są igrzyska. Łącznie za oceanem spędzę pięć tygodni. Wszystko jest tak ułożone, abym był w najwyższej formie w styczniu i lutym. Przed olimpiadą czekają mnie jeszcze starty m.in. w Zagrzebiu, Wengen, Kitzbuehel i Schladming - poinformował Bydliński.

W poprzednim sezonie w klasyfikacji generalnej PŚ zwyciężył Austriak Marcel Hirscher.

- Pokazał, że dwoma konkurencjami można wygrać cały cykl. Na pewno konkurencja podpatrzyła, jak on to zrobił. Kto go pokona? Może Amerykanin Ted Ligety, który poprawił się w konkurencjach szybkich, bo dotąd bardzo dobrze spisywał się zwłaszcza w gigancie - ocenił Bydliński, który w gronie alpejczyków z USA widzi faworytów także igrzysk w Soczi.

- Amerykanie współpracują z Rosjanami, dlatego mają możliwość trenowania na trasach olimpijskich. Z drugiej strony kadra Rosji ćwiczy w najlepszych ośrodkach za oceanem, gdzie w ubiegłym roku nie mogła się dostać nawet Tina Maze, najlepsza alpejka sezonu... - dodał 26-letni narciarz pochodzący ze Szczyrku.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje