Polak cudem uniknął śmierci. "Lekarze dali mi drugie życie"
W październiku życie rodzin Artura Sękowskiego i Macieja Krzysik zmieniło się bezpowrotnie. Samochód, którym panowie rywalizowali w Rajdzie Nyskim, wypadł z trasy, uderzył w drzewo i stanął w płomieniach. Kierowca zginął na miejscu, a pilot z poważnymi obrażeniami trafił do szpitala. 41-latek niedawno zakończył okres hospitalizacji, a teraz opowiedział o swojej nowej codzienności dziennikarzom portalu "WP SportoweFakty".

Sporty motorowe dostarczają ogromnej dawki emocji kibicom, jednak należą do najniebezpieczniejszych dyscyplin sportowych. Choć przepisy dotyczące bezpieczeństwa stale się zmieniają i coraz większy nacisk kładzie się na to, aby maszyny były odporniejsze na wszelkiego rodzaju uszkodzenia, nadal dochodzi do wielu wypadków, w których kierowcy odnoszą poważne obrażenia, a czasami nawet tracą życie.
W ubiegłym roku do dramatycznych zdarzeń doszło na polskiej ziemi, podczas Rajdu Nyskiego. Na odcinku specjalnym nr 6 "Stary Las", pomiędzy miejscowościami Polski Świętów a Sucha Kamienica, załoga BMW M3 z numerem 112 wypadła z trasy i uderzyła w drzewo. Samochód w oka mgnieniu stanął w płomieniach, a na miejscu zginął kierowca, Artur Sękowski. 40-latek był znanym i cenionym zawodnikiem, którego nazwisko od lat kojarzyło się kibicom z pasją i bezkompromisową jazdą. Nic więc dziwnego, że jego śmierć wstrząsnęła całym środowiskiem motorsportowym.
Maciej Krzysik wydostał się z płonącego samochodu, przeżył wypadek w Rajdzie Nyskim. "To był cud"
W wypadku ciężko ranny został także pilot Artura Sękowskiego, Maciej Krzysik. Mężczyzna wydostał się z płonącego pojazdu i próbował samodzielnie ugasić płonący na nim kombinezon. W stanie ciężkim trafił wówczas do szpitala, gdzie spędził kilka tygodni w śpiączce farmakologicznej. Lekarze zmuszeni byli do ostateczności - amputowano mu obie dłonie. Po kilku miesiącach hospitalizacji 41-latek wreszcie opuścił szpital, a teraz udzielił pierwszego większego wywiadu od czasu tragicznego wypadku.
"Czuję się coraz lepiej. Rytm szpitalny jest specyficzny, a w domu jak w domu. Cały czas działam. Tutaj wszystko dzieje się szybciej. Obecnie mam rehabilitację domową, ale planuję udać się ambulatoryjnie albo stacjonarnie na dalsze zabiegi. Na pewno potrzebowałem jednak chwili spokoju po szpitalu, by trochę odżyć" - wyznał w rozmowie z portalem "WP SportoweFakty".
Przed Krzysikiem jeszcze wiele tygodni rekonwalescencji i kilka poważniejszych zabiegów. Ma od jednak nadzieję, że ostatecznie uda mu się wrócić do normalnego życia. "Słowo lekarzy jest dla mnie najważniejsze. Dali mi drugie życie. Do życia zawodowego i funkcjonowania w społeczeństwie chcę wrócić tak szybko, jak to będzie możliwe. To mnie napędza i to też jest forma terapii. Ze względów psychologicznych ważne jest, abym wrócił do tego, co robiłem. Nie wiem, kiedy to będzie możliwe. Moje myślenie życzeniowe to kwiecień-maj, ale zobaczymy, co lekarze powiedzą" - oznajmił.
Mimo ogromnego dramatu, 41-latek wcale nie wyklucza powrotu do rajdów samochodowych. Jak stwierdził, chciałby w ten sposób oddać hołd Arturowi Sękowskiemu, który w porównaniu do niego nie przeżył wypadku w Rajdzie Nyskim. Tego dnia, gdy udzielana mu była pomoc, Krzysik błagał o to, aby ktoś ruszył na pomoc jemu przyjacielowi. "Byłem przytomny na tyle, żeby samemu wyjść z wraku rajdówki. To był cud. W pojeździe był ogień. Na tyle dużo, że nie widziałem Artura. Odpiąłem pasy, zamknąłem oczy i po ciemku wyszedłem przez boczne okno kierowcy. Przeturlałem się po ziemi i krzyczałem do kibiców, by zajęli się Arturem. Niestety, żar był na tyle duży, że nie udało się" - przyznał.








