Piekło w samochodzie, było 1000 stopni. "Nie chciałem spojrzeć w lustro"
- Najgorsze było dla mnie, jak zobaczyłem, że nie mam dłoni. W pierwszej chwili pomyślałem, po co w ogóle przeżyłem. Zastanawiałem się, jak będzie teraz wyglądało moje życie - powiedział Maciej Krzysik, pilot rajdowy, który cudem przeżył wypadek na Rajdzie Nyskim w październiku ubiegłego roku, w rozmowie z Interia Sport. 41-latek wydostał się o własnych silach z płonącego samochodu, w którym temperatura dochodziła do 1000 stopni Celsjusza. W tym tragicznym zdarzeniu zginął kierowca i przyjaciel Krzysika - Artur Sękowski.

Rajd Nyski rozegrano w połowie października jako ostatnią rundę Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski w sezonie 2025.
Prowadzone przez Artura Sękowskiego auto, BMW M3, wypadło z trasy, uderzyło w drzewo i stanęło w płomieniach. 40-latek zginął na miejscu, natomiast jadący w roli pilota Maciej Krzysik zdołał uwolnić się z płonącej pułapki.
Ten śmigłowcem został zabrany do szpitala w Opolu, a stamtąd przetransportowany do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, gdzie toczyła się walka o jego życie. Dziś wraca - jak to określił - do normalności, choć tej nigdy już nie zazna. Stracił bowiem obie dłonie, ale z pomocą przyszła mu technologia.
Rajd Polski w nowym wydaniu - dwóch wielkich zwycięzców na starcie. "Liczymy na tysiące kibiców"
Maciej Krzysik: to życie jest trudne i tego nie ukrywam
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Dziewięć miesięcy temu cudem uciekł pan z płonącego samochodu po wypadku w Rajdzie Nyskim. Potem był kolejny cud, bo przeżył pan straszliwe poparzenia. Widzę jednak, że czyni pan postępy w nowym życiu, bo tak chyba można mówić?
Maciej Krzysik: - Rzeczywiście są postępy, choć może nie są one do końca takie, jakbym sobie życzył. Idę jednak do przodu. Wracam do życia. Do takiej, można powiedzieć, normalności i oby dalej tak było.
Słowo "normalność" w pana przypadku jest chyba trudne do wypowiedzenia. Pana życie dzieli się chyba na to, co było przed i po wypadku?
- To prawda. Moje życie 12 października 2025 roku zrobiło zwrot o 180 stopni. Natomiast staram się podchodzić do tego tak, że czasu nie cofniemy i trzeba się cieszyć z tego, co jest, bo zawsze mogło być gorzej. Zawsze byłem takim człowiekiem, który widział szklankę bardziej do połowy pełną i może dzięki temu też jakoś jestem w stanie te wszystkie trudności przezwyciężać. Tak mi się wydaje, że jestem w stanie. Natomiast to życie jest bardzo trudne i ja tego wcale nie ukrywam.
Powiem szczerze, że staram się być uodporniony na takie komentarze, bo co ja jestem winny, że chcę żyć normalnie? Chcę żyć normalnie, jak najbardziej się da. Oczywiście nigdy nie będę żył tak, jak żyłem do tej pory i chcę mieć chociaż namiastkę normalnego życia. Takie zachowania wobec mnie są jednak przykre
Trzeba mieć jednak silny charakter, żeby po czymś taki zebrać się do życia. Został pan przecież poważnie poparzony, ale też stracił obie dłonie. W powrocie - jak to pan określił - do normalności potrzebna była pomoc psychologa, czy sam pan sobie radził?
- Z pomocy psychologa korzystałem w szpitalu i fajnie, że ten psycholog był, ale staram się też sam radzić z sytuacją. W tej chwili akurat już nie korzystam z psychologa.
Mówił pan o tym, że nie do końca satysfakcjonują pana postępy, jakie czyni.
- Moje oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością. Mówię tutaj o protezie dłoni, jaką mam od pewnego czasu. Widziałem filmy, jak taka proteza działa i jak ludzie sobie radzą. Wydawało mi się, że założę protezę i będę jak oni. Myślałem, że większość prostych czynności dnia codziennego jest się w stanie wykonać dzięki protezie, a to nie do końca tak działa. Cieszę się, że mam tę protezę, ale jednak z tyłu głowy kołacze się zawód z nią związany. Natomiast cały czas się tego uczę i mam nadzieję, że kiedyś dojdziemy do tego momentu - i to będzie szybciej niż później - że ta proteza bardzo mi pomoże. Ona mnie cieszy, ale jest trochę tej goryczy, że to nie jest naturalne. Muszę się z tym pogodzić. I to pewnie zajmie mi trochę czasu, zanim stanie się ona kompatybilna z moim ciałem.
Nie obraża się pan jednak na protezę?
- Oczywiście, że nie. To dla mnie taki "game changer". Bez protezy to ja w ogóle nie jestem w stanie nic zrobić, a z protezą jestem w stanie samodzielnie zrobić wiele rzeczy, choć na pewno jeszcze nie wszystko. Mogę zatem zjeść, napić się, starać się ubrać, ogolić się, umyć zęby. To są takie rzeczy, których na co dzień nie doceniałem, że jestem w stanie sam to robić. Dzisiaj to są takie małe kroki, które prowadzą do sukcesu. Ten na razie jest gdzieś daleko na horyzoncie.
Ile może potrwać nauka opanowania do perfekcji życia z protezą?
- Myślę, że dobre dwa-trzy miesiące zajmie mi to, zanim w miarę sprawnie zacznę nią operować. Dalej mam te nawyki z czasu, gdy miałem dłonie. Ułożenie ręki, ułożenie barku i tak dalej. Staram się to robić tak, jak naturalnie robiłbym to dłonią, ale niestety trzeba przywyknąć do tego, że tą sztuczną dłonią trzeba to robić inaczej. Muszę się po prostu tego nauczyć. To jest nauka wszystkich czynności praktycznie od nowa.
"Zastanawiam się, co tam się stało"
Pamięta pan coś z 12 października, kiedy doszło do wypadku?
- Tak. Wszystko pamiętam i tak naprawdę zastanawiam się, co tam się stało, bo nie wiem, co się wydarzyło. W zasadzie tam była prosta droga. Natomiast tak, co do zasady, przebieg całego wypadku, całego dnia tak naprawdę do momentu tego wypadku pamiętam.
Rozumiem, że to było miejsce, w którym absolutnie nie powinno dojść do wypadku?
- Tak. Prosta droga i na niej było jedno drzewo. Uderzyliśmy w nie jednak. Samochód wpadł w poślizg najpierw moją stroną, potem odbił się w stronę kierowcy i tą stroną uderzyliśmy jedno jedyne drzewo, które tam stało.
Strasznie nieszczęśliwy splot okoliczności. Do tego auto stanęło w płomieniach, a to też rzadkość.
- Pierwsza myśl moja w ogóle, jak się ocknąłem w samochodzie, to skąd ogień? Rajdówki, co do zasady, nie zapalają się. Tak są skonstruowane. Mają bezpieczne przewody paliwowe. Uderzenie było jednak na tyle mocne i w tak niefortunnym miejscu, że po prostu ścisnęło to paliwo. Jakby sprężyło zbiornik i paliwo wlało się do środka. Zapaliło się podczas dachowania.
Był pan cały czas świadomy?
- Straciłem świadomość od uderzenia w drzewo, bo ja samego uderzenia w drzewo nie pamiętam do dzisiaj. Natomiast wiem, że z zapisów GPS wyszło, że tam prędkość była między 150 a 170 km na godzinę przy uderzeniu w drzewo. Podejrzewam, że to po prostu fizyka zrobiła swoje. Przeciążenie, było na tyle dużo, że po prostu mnie odcięło i jak samochód się zatrzymał, to płomienie mnie obudziły.
Piekło w samochodzie
Sam pan wyczołgał się z samochodu?
- Samochód leżał na moim boku, więc byłem na dole. Artur Sękowski, który był kierowcą, był nade mną. Obaj byliśmy zapięci pasami. Musiałem się wspiąć po koledze i wydostałem się z płonącego auta przez okno drzwi kierowcy. Przez dach wypadłem na pobocze. Dobiegli wtedy do mnie kibice i odciągnęli mnie od samochodu.
Wtedy, kiedy pan się wyczołgiwał z samochodu, miał świadomość, że kolega, z którym znał się pan wiele lat, nie żyje?
- Całe zdarzenie na tamten czas było dla mnie szalenie nierzeczywiste. Trochę jakbym oglądał siebie z boku. Kiedy kibice starali się mnie uratować, to krzyczałem do nich, żeby ratowali Artura. Kilka razy krzyknąłem. Miałem jednak w głowie taką myśl, że kurczę to, co teraz przeżywam, się nie dzieje. Z drugiej strony, każdy zdrowo myślący człowiek zdałby sobie sprawę, że jeśli ktoś zostanie w tym ogniu, to niestety nie przeżyje. I to były takie sprzeczne myśli w głowie. Miałem świadomość, że niestety Artur nie ma szans tego przeżyć, jeśli kibice go nie wyciągną, a z drugiej strony nie wierzyłem, że to się dzieje.
Miał pan poważne poparzenia dróg oddechowy, twarzy, kończyn. Pewnie bez specjalnego ubrania, które w tamtym momencie zdało egzamin, też nie udałoby się przeżyć?
- Nie ma co ukrywać, że kask i kombinezon zdały egzamin. Na szczęście miałem je z wyższej półki. Miały najnowsze homologacje. I to rzeczywiście uratowało mi życie. Miałem kombinezon, a jednak mam poważne poparzenia na nogach, rękach i klatce piersiowej. Temperatura płomienia paliwa, to jest około tysiąca stopni Celsjusza. W samochodzie było zatem piekło. Do tego stopnia, że mocowania foteli się stopiły.
Dłonie były całkowicie spalone. "Długo nie chciałem spojrzeć w lustro"
Trafił pan do szpitala i tam zaczęła się walka o pana życie?
- Lekarze stoczyli heroiczną walkę. Stałem tak naprawdę na straconej pozycji, a rodzina dostała informacje, że muszą być gotowi na każdą sytuację. Przede wszystkim zagrożeniem były oparzenia dłoni. One generowały zagrożenie sepsą. Do tego miałem oparzenia trzeciego stopnia dróg oddechowych. Płuca, oskrzela, krtań, tchawica, to było bardzo mocno poparzone. Było też zagrożenie perforacji tchawicy. Bardzo długo zatem utrzymywał się stan zagrożenia życia.
Można zatem mówić o cudzie?
- Tak twierdziła część personelu. Trudno mi się na ten temat wypowiadać, bo byłem w śpiączce i w sumie było mi wtedy wszystko jedno. Natomiast myślę, że coś nade mną czuwało. Czy to była opatrzność, czy coś innego? Nie wiem. Wierzę, że te prośby i modlitwy też dużo dały, bo wiem, że dużo osób modliło się o to, żebym przeżył.
Rozumiem, że nie było szansy na uratowanie dłoni?
- Nie było takiej szansy. Tak naprawdę to właśnie dłonie powodowały cały czas stan zagrożenia sepsą. Tam nie było krążenia. One były całkowicie spalone i tak naprawdę dopiero po amputacji dłoni zaczął się poprawiać stan ogólny mojego organizmu. Oczywiście zagrożenie związane z poparzeniem dróg oddechowych cały czas pozostawało, ale zagrożenie sepsą zaczęło się zmniejszać.
Obudził się pan po kilkudziesięciu dniach śpiączki w zupełnie innym świecie, w zupełnie innej rzeczywistości - bez dłoni, z poparzoną twarzą. Jak była pierwsza myśl?
- Powiem szczerze, że w pierwszej chwili nie docierało do mnie w ogóle, co się stało. Nie pamiętałem w ogóle zdarzenia, jak się wybudziłem. Dopiero lekarz mi powiedział, co faktycznie się wydarzyło. Byłem bardzo zaskoczony tym, gdzie w ogóle jestem. Najgorsze było dla mnie, jak zobaczyłem, że nie mam dłoni. W pierwszej chwili pomyślałem, po co w ogóle przeżyłem. Zastanawiałem się, jak będzie teraz wyglądało moje życie. Bardzo dużą rolę odegrali w tym momencie moi bliscy, ale też personel szpitalny. Naprawdę szacunek dla wszystkich, którzy pracują w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Tam pracują ludzie z pasją, ale też wielką empatią. Wszyscy. Bez wyjątku. Czynią tam prawdziwe cuda. Zachowują się wspaniale i każdemu dają szansę na to, by psychicznie pogodzić się z tym, co się stało.
Kiedy zobaczył się pan w lustrze pierwszy raz?
- Długo nie chciałem spojrzeć w lustro. Zdawałem sobie sprawę z tego, że skoro wyszedłem z takiego pożaru, to twarz nie będzie wyglądała dobrze. Kilka razy była u mnie pani psycholog i rozmawialiśmy o mojej sytuacji. To była jednak moja decyzja, kiedy będę chciał zobaczyć twarz. I stało się to przez przypadek. Szedłem pod prysznic i przypadkowo spojrzałem w lustro. Od wypadku minęło jednak sporo czasu i twarz nie wyglądała już tak fatalnie, jak początkowo.
Rozumiem, że trudno było wrócić do normalnego życia i poukładać sobie to wszystko w głowie.
- Nie będę udawał. Do dzisiaj to nie jest proste. Tylko staram się nie wracać do tego co było, bo tak jak powiedziałem, czasu nie cofniemy i wolę żyć do przodu i patrzeć w przyszłość. Staram się wracać do normalności, a nie zamartwiać się i biadolić: Boże nie mam dłoni, nie mam rąk i jak ja będę żył, bo to nie jestem ja. To jest bardzo trudna sytuacja i długo zajął mi proces pogodzenia się z tym, co mnie spotkało. Właściwie do końca wciąż się z tym nie pogodziłem. To nie jest jednak coś, co ograniczałoby mnie w jakimkolwiek działaniu.
"Co ja jestem winny, że chcę żyć normalnie?"
Były zbiórki. Otrzymał pan pomoc od wielu osób. Między innymi dzięki temu możliwe było sfinansowanie protezy?
- Tak. Założyłem zbiórkę na moją rehabilitację, na protezy, na proces leczenia, bo przecież to są także zabiegi związane z twarzą i bliznami na ciele. I tak naprawdę dzięki wszystkim tym osobom, które mi pomogły i wsparły mnie, byłem w stanie zorganizować tę protezę.
Są jednak osoby, które pana atakują, bo prowadzi pan samochód, a do tego kupił pan sobie nowe auto?
- Powiem szczerze, że staram się być uodporniony na takie komentarze, bo co ja jestem winny, że chcę żyć normalnie? Chcę żyć normalnie, jak najbardziej się da. Oczywiście nigdy nie będę żył tak, jak żyłem do tej pory i chcę mieć chociaż namiastkę normalnego życia. Takie zachowania wobec mnie są jednak przykre. Zawodowo zajmuję się też polityką i jestem członkiem zarządu powiatu, więc staram się być odporny na różne komentarze, bo nieraz już hejt wylewał się na mnie. Ostatnio to jednak było apogeum. Robię jednak swoje i staram się wracać do życia. Cieszę się, że są osoby, które mnie wspierają. Jest ich zdecydowanie więcej, niż tych, którzy mi zarzucają jakieś dziwne rzeczy, czy pomawiają mnie.
Rozumiem, że na zabiegi twarzy przyjdzie jeszcze czas?
- Jeśli chodzi o twarz, to cały czas trwa rehabilitacja i terapia blizn manualna, a docelowo - prawdopodobnie pod koniec roku - jak te blizny będą bardziej dojrzałe, będzie można rozpocząć typowo chirurgię plastyczną.
Był strach przed wejściem do samochodu?
- Może nie strach, ale miałem obawy i zastanawiałem się, jak ja wrócę do domu samochodem, czy nie będę miał problemu. Psychicznie wiedziałem, że dam radę. Natomiast nie wiedziałem, co będzie w praktyce. Na całe szczęście wsiadłem do samochodu, przejechałem całą drogę z Siemianowic do domu. Nie było żadnego problemu i cieszę się, że tak jest, bo wiem, że ludzie różnie reagują. Sam znam osoby, które uległy mniejszym wypadkom, a jednak mają problem i traumę z powrotem do samochodu. Całe szczęście, ze mnie to nie dotknęło. Jazda samochodem jest tak naprawdę jedną z niewielu rzeczy, które obecnie bardzo mnie cieszą.
Rozumiem, że ma pan wciąż uprawnienia?
- Tak. Przeszedłem wszelkie badania i mam nadal prawo jazdy. Nie miałem zabranych uprawnień po wypadku, więc wszystko jest legalne. Jeżdżę samochodem oczywiście dostosowanym pod moje braki. Jestem obecnie na etapie wyrabiania nowego blankietu prawa jazdy, bo poprzednie się spaliło.
Rajdy to dla pana temat zamknięty?
- Niekoniecznie. W szpitalu zakładałem, że przynajmniej raz chciałbym wrócić do rajdów, by podziękować całej rodzinie motosportu, bo tak wiele osób mnie wspierało. Słyszę wiele takich głosów, że fajnie byłoby mnie zobaczyć jeszcze na prawym fotelu. Był taki pomysł, żeby na jednym rajdzie się pojawić. Oczywiście nie w zawodach, ale na prologu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na dzisiaj to jest kwestia zamknięta. Teraz skupiam się na powrocie do zdrowia. Jak wrócę do zdrowia na tyle, że będę mógł usiąść na prawy fotel, to na pewno to rozważę.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:








![Tak wyglądały najlepsze bloki z meczu Japonia - Polska [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N1EPQFFUYBPJO-C401.webp)

![Finał: Jannik Sinner - Alexander Zverev. Wimbledon 2026. Skrót meczu [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N1EYL4GXD0WNG-C401.webp)


