Trenował skoki, później zauważył go Kubica. Historyczny wyczyn 20-letniego Polaka
- Pamiętam sytuację, kiedy miałem 15 lat i mój tata musiał brać pożyczki, żebym mógł dokończyć sezon. Do dziś je spłaca. Byliśmy naprawdę w trudnym momencie i pojawiały się pytania, czy to w ogóle ma sens - wyznaje Tymek Kucharczyk, który teraz jako pierwszy Polak ściga się na amerykańskich torach. Choć ma już na koncie pierwsze zwycięstwo, przeprowadzka do USA była dla niego skokiem na głęboką wodę. W przeszłości próbował sił w innych dyscyplinach, m.in. w skokach narciarskich w jednym klubie z Kacprem Tomasiakiem oraz grywał na tych samych kortach co Maja Chwalińska. W rozmowie z Interią opowiada o kulisach swojego sportowego życia.

Natalia Kapustka, Interia Sport: Debiut na owalu już za tobą. Jak z perspektywy kilku dni oceniasz ten start?
Tymek Kucharczyk, kierowca wyścigowy: To było dużo bardziej skomplikowane, niż wydaje się z zewnątrz. Ostatecznie są tylko dwa zakręty, dwa łuki, ale ilość pracy, zaangażowania i wiedzy potrzebnej do tego, żeby odpowiednio ustawić samochód i żebym czuł się komfortowo na takim obiekcie, jest naprawdę ogromna. To wymaga dużego doświadczenia. Mój główny cel na ten weekend był prosty - przejechać jak najwięcej okrążeń, ukończyć cały wyścig i zebrać jak najwięcej doświadczenia na kolejne starty. Ogólnie wydaje mi się, że owale albo się kocha, albo nienawidzi. Na razie jestem gdzieś pośrodku, bo zawsze chcę więcej, a dziewiąte miejsce nie jest wynikiem, który mnie satysfakcjonuje. Mimo to był to bardzo pozytywny weekend. Dużo się nauczyłem, wspólnie z zespołem wyciągnęliśmy wiele wniosków i mam nadzieję, że wrócimy mocniejsi na kolejną rundę.
Patrząc na to, co udało ci się osiągnąć do tej pory w Stanach Zjednoczonych, na pierwszy plan wysuwa się zwycięstwo w wyścigu w Indianapolis. Jaką pierwszą myśl miałeś w głowie, gdy przekroczyłeś linię mety?
- Pierwszym uczuciem była ulga. To był bardzo długi wyścig, który momentami zdawał się nie mieć końca. Patrzyłem na liczbę pozostałych okrążeń i choć za każdym razem ubywało jedno, miałem wrażenie, że trwa to wieczność. Była więc duża ulga, że wreszcie dobiegł końca. Z drugiej strony czułem ogromną radość i dumę. Choć była to dopiero szósta runda sezonu, miałem wrażenie, że na to zwycięstwo czekałem bardzo długo. Wcześniej miałem kilka okazji, ale tym razem udało się wszystko doprowadzić do końca i sięgnąć po wygraną. Czułem też dużą dumę z mojego zespołu, inżyniera i mechaników. Wszyscy wkładają mnóstwo serca w to, żebym jak najlepiej odnalazł się w tym nowym środowisku. Samochód za każdym razem jest świetnie przygotowany, więc dobrze było odwdzięczyć się za ich pracę właśnie w taki sposób. Widziałem też na trybunach kilka polskich flag. To zwycięstwo było również dla moich sponsorów i kibiców, którzy zarywają noce, żeby oglądać moje wyścigi. To naprawdę coś wyjątkowego. W pewnym sensie było to moje podziękowanie dla wszystkich ludzi, którzy poświęcają swój czas, energię i serce, żebym mógł ścigać się na drugim końcu świata.
Historyczny triumf Kucharczyka. Polak podbił legendarny tor
A co to zwycięstwo dało tobie osobiście? Większą pewność siebie czy może jeszcze większy apetyt na kolejne sukcesy?
Apetyt na pewno wzrósł. Kiedy wygrywasz, starasz się pracować jeszcze ciężej, bo strach przed tym, że nie uda się powtórzyć sukcesu, bywa nawet większy niż chęć ponownego zwycięstwa. To ciekawe uczucie - po prostu nie chcesz go stracić. Dlatego kolejna runda była dla mnie tak frustrująca. Znowu przekonałem się, jak to jest być trzecim, a nie pierwszym. Prawda jest jednak taka, że takie zwycięstwo zawsze działa bardzo pozytywnie, szczególnie w nowym środowisku i w pracy z nowymi ludźmi
- To sygnał, że jesteśmy w miejscu, w którym naprawdę możemy osiągać dobre rezultaty. Jednocześnie za każdym razem, kiedy wyjeżdżam na tor, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Poziom rywalizacji jest tutaj bardzo wysoki i nikt nie odpuszcza, więc nie jest łatwo. Z drugiej strony, taki pozytywny impuls w postaci zwycięstwa czy dobrego wyniku daje dodatkową motywację i napędza do jeszcze cięższej pracy.
To zwycięstwo pozwoliło ci sprawdzić się także w nieco innej roli. Jak na to patrzysz? Łatwiej jest gonić rywali czy bronić pozycji lidera?
- Zawsze wolałem gonić, ale patrząc na to, jak wyglądają wyścigi w tym roku, myślę, że łatwiej jest zakwalifikować się z przodu, a później kontrolować tempo, utrzymywać przewagę i zarządzać swoim wyścigiem. Wyprzedzanie nie jest łatwe, dlatego prowadzenie i kontrolowanie sytuacji z pierwszej pozycji jest stosunkowo prostsze niż walka z drugiego czy trzeciego miejsca. To zwycięstwo pokazało jednak przede wszystkim, że potrafię wygrywać. Nie zapomniałem, jak się to robi. To był trudny wyścig. Przez cały weekend mieliśmy bardzo dobry samochód, choć przez cały dystans odczuwaliśmy dużą presję ze strony rywali. Dla mnie najważniejsze było to, że wykonałem swoją pracę dobrze. Kluczowe okazało się pierwsze okrążenie, a później udało mi się wytrzymać presję, nie popełnić żadnego błędu i utrzymać dobre tempo. Pokazałem, że potrafię zarówno przebijać się przez stawkę, jak i jechać na czele oraz kontrolować wyścig.
Jak wygląda pod tym względem stawka? W jakim wieku są twoi rywale?
- Większość moich rywali jest w podobnym wieku, to głównie moi rówieśnicy. Są też młodsi kierowcy, mający około 18 lat, ale nie brakuje również starszych zawodników w wieku 24-25 lat. Ogólnie jest to seria juniorska, dlatego większość kierowców jest jeszcze bardzo młoda. Wszyscy starają się przede wszystkim zdobywać doświadczenie i rozwijać się, aby w przyszłości awansować do kolejnego szczebla, czyli IndyCar.
Przed startem masz jakieś rytuały albo talizmany, które pomagają ci się przygotować do wyścigu?
- Mam swoje rytuały, techniki oddechowe i różne sposoby przygotowania mentalnego, które zawsze stosuję przed startem. Na przykład z moim operatorem kamery zawsze gramy w kamień, papier, nożyce. Co ciekawe, jeśli przegram, to zazwyczaj dobrze idzie mi na torze. Nie powiedziałbym jednak, że jestem przesądny. Ogólnie staram się wprowadzić siebie w taki stan mentalny, który w danym momencie będzie dla mnie najlepszy. Jeśli jestem zbyt pobudzony, próbuję się uspokoić. Jeśli z kolei brakuje mi energii, staram się bardziej zmobilizować i przygotować do walki. Wiele zależy od tego, jak się czuję danego dnia, ale faktycznie mam kilka swoich nawyków i rytuałów, z których regularnie korzystam przed wyścigami.
Nietypowa misja Polaka w USA. Na torze promuje historię kraju
Jeśli chodzi o akcenty związaną z Polską, to niedawno wystartowała też akcja "Great Poles". Skąd wziął się ten pomysł i na czym dokładnie polega ten projekt?
Pomysł narodził się po to, żeby bardziej zaangażować kibiców i jednocześnie przybliżyć historię Polski ludziom w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że to bardzo ciekawy projekt, ponieważ podczas każdego weekendu wyścigowego na moim bolidzie pojawia się inna wybitna postać z polskiej historii. Na pierwszym owalu był to Kopernik. To był całkiem zabawny akcent, bo przecież ścigaliśmy się po torze, na którym cały czas jeździ się w kółko, a Kopernik doskonale kojarzy się z obiektami poruszającymi się po orbitach. Na kolejną rundę przygotowujemy już następną postać
- To miejsce na bolidzie jest oczywiście przeznaczone dla sponsorów, a ponieważ cały czas pracujemy nad budżetem i szukamy nowych partnerów, pojawił się pomysł, by wykorzystać je właśnie w taki sposób. Myślę, że projekt spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem, a przy okazji pozwala dotrzeć do większej liczby osób i w pewnym sensie je edukować.
Jak w praktyce wyglądało przeniesienie się do Stanów Zjednoczonych? Od kiedy tam jesteś i jak długo planujesz jeszcze zostać?
Jestem tutaj od marca, więc minęły już ponad trzy miesiące. Plan jest taki, żeby zostać do końca sezonu, czyli do września. Oczywiście była to duża zmiana. Kiedy przeprowadzasz się do innego kraju, a tym bardziej na inny kontynent, jest mnóstwo rzeczy, z których wcześniej nie zdajesz sobie sprawy. Musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości i przyzwyczaić do wielu nowych sytuacji. Jeśli mam być szczery, mam sporo szczęścia do ludzi i podobnie było tym razem. Na swojej drodze spotkałem wiele życzliwych osób, które wyciągnęły do mnie pomocną dłoń i bardzo pomagają mi odnaleźć się w nowym miejscu. Mieszkam w kompleksie apartamentów, w którym mieszka również wielu kierowców. Niedaleko mieszka też mój inżynier, więc ani przez chwilę się tutaj nie nudziłem. Cały czas coś się dzieje. Teraz jestem w Chicago, mam kolejne spotkania sponsorskie i medialne, więc ciągle jestem w ruchu i staram się jak najlepiej poznać Amerykę
- Ostatecznie traktuję ten czas jako świetną lekcję życia. Jestem tutaj sam, co również ma swoje plusy, bo daje mi pewną niezależność. To po prostu bardzo ciekawy etap w moim życiu. Są też rzeczy, do których wciąż się przyzwyczajam. Choćby jedzenie - dieta i to, co na co dzień jada się w Stanach, mocno różnią się od tego, do czego przywykłem w Polsce. Trochę tęsknię za polską kuchnią. Poza tym jednak bardzo mi się tutaj podoba. Lubię ten styl życia, a także to, że ludzie są bardziej otwarci, wyluzowani i chętni do rozmowy. To coś, co naprawdę przypadło mi do gustu.
Sam też musisz zajmować się gotowaniem i zakupami?
- Tak, uczę się gotować. "Gotuję" to może trochę za duże słowo, ale staram się. Nie jest to łatwe - kilka prób wyszło całkiem dobrze, kilka trochę gorzej, ale idzie do przodu. To duża zmiana, bo wcześniej zazwyczaj gotowała moja mama, więc trochę mi tego brakuje. Ale jednocześnie to taki moment, w którym jestem tutaj sam i muszę nauczyć się wielu rzeczy oraz po prostu dorosnąć do pewnych obowiązków.
Szczególnie na początku miałeś chyba taką szybką "szkołę życia" - mam na myśli choćby podróże kamperami, gdzie wiele rzeczy trzeba było załatwić samemu i nie zawsze wszystko szło po twojej myśli.
- O tak, zdecydowanie. Chociaż szczerze mówiąc, to nie do końca był jeden z moich ulubionych pomysłów - raczej jakbym miał wrócić do kampera, to bym się dwa razy zastanowił. Ale jednocześnie nie zawsze takie doświadczenia są komfortowe, a mimo to dużo uczą. Myślę, że każdy 20-latek, który ma okazję wyjechać z domu i doświadczyć życia w taki sposób, tylko na tym zyskuje. Nawet jeśli w danym momencie wydaje się to trudne czy nie do końca potrzebne, to w przyszłości zostawia po sobie ślad i działa w pozytywny sposób.
Błysk młodego Polaka. Z marszu wszedł na podium
Półtora miliona dolarów w tle. Kucharczyk opowiedział o kulisach ścigania w USA
Jeśli chodzi o twoją karierę, to czy wyjazd do Stanów był dla ciebie takim momentem postawienia wszystkiego na jedną kartę?
Myślę, że w moim przypadku co roku jest trochę takie podejście "wszystko albo nic", bo życie kierowcy wyścigowego nie jest łatwe. To bardzo kosztowny sport, a żeby rozwijać się jako młody kierowca, potrzebne są ogromne środki, których moja rodzina nie ma. Dlatego często na koniec sezonu pojawia się pytanie: co dalej? I zazwyczaj wygląda to tak, że jeśli pojawia się jakaś szansa, to po prostu trzeba ją wykorzystać i spróbować wycisnąć z niej maksimum. Podobnie było w tym roku. Pojawił się pomysł startów w Stanach, pojechałem na testy, później podpisaliśmy kontrakt i to był w zasadzie skok na głęboką wodę - bez dużego przygotowania, bez znajomości środowiska i bez kontaktów. Trzeba było się szybko odnaleźć, bo sezon w USA zaczyna się bardzo wcześnie, już na początku marca, więc nie było czasu na wymówki - tylko nauka, zbieranie doświadczenia i maksymalne wykorzystanie tego, co mam
- Ale jeśli mam być szczery, czuję się dobrze w takich warunkach. Lubię sytuacje, w których trzeba szybko się adaptować i działać nieszablonowo. W takich momentach zazwyczaj czuję się najmocniej. Ogólnie bardzo dobrze się tu odnajduję. Uważam, że wyjazd do Stanów był dobrym ruchem - sportowo to priorytet, ale ważne jest też to, żeby czerpać z tego frajdę. I w moim przypadku te dwa elementy są.
Wspomniałeś o budżetach i finansach - jak to wygląda w praktyce? Czy kierowca sam musi szukać części finansowania?
- To zależy od kierowcy i jego sytuacji - za każdym razem wygląda to trochę inaczej. Prawda jest taka, że każdy kierowca musi wnosić budżet do startów, szczególnie w seriach juniorskich. Niezależnie od tego, czy mówimy o mnie, Maxie Verstappenie czy Lance'ie Strollu - w każdym przypadku ten budżet jest potrzebny. W takich seriach jest to trudne, bo rozpoznawalność kierowców i świadomość kibiców jest zazwyczaj niska, więc ciężko jest znaleźć sponsorów. To największy problem na tym poziomie - wsparcie finansowe jest ograniczone, a często starty muszą pokrywać rodzice z własnej kieszeni. Ja miałem na tyle szczęścia, że dzięki różnym okazjom, jak wygrane stypendium, a także zainteresowaniu zespołów, udawało mi się przechodzić kolejne szczeble. Zawsze w jakiś sposób, czasem trochę "psim swędem", trafiałem na kolejne szanse. Jestem w pełni świadomy, że bez wsparcia sponsorów nie byłoby mnie tutaj. Nie miałbym możliwości ścigania się i byłbym po prostu zwykłym chłopakiem z Łodygowic. Dzięki sponsorom mogę podróżować i rozwijać się w tym sporcie.
Budżety są ogromne - w przypadku sezonu IndyNXT mówimy o kosztach rzędu około półtora miliona dolarów. To bardzo duże kwoty, ale jednocześnie realne do zebrania. W stawce jest 24 innych kierowców i każdy z nas w jakiś sposób musi znaleźć finansowanie. Ja również staram się je pozyskiwać i kontynuować swoją drogę w tym sporcie
Jeśli dochodzi do uszkodzenia bolidu, to kto pokrywa koszty? Jak wygląda też kwestia twojego wyposażenia i ubioru kierowcy?
- Pod względem uszkodzeń bolidu wszystko pokrywam ja, czyli de facto moi sponsorzy. Niezależnie od tego, czy ktoś we mnie uderzy, czy popełnię błąd i coś uszkodzę, te koszty i tak są po mojej stronie. Dla porównania: przednie skrzydło kosztuje około 15 tysięcy dolarów, podobnie tylne. Jeden element zawieszenia wraz z drążkami i resztą komponentów, to mniej więcej 10 tysięcy dolarów. To są naprawdę duże kwoty, dlatego staram się popełniać jak najmniej błędów i minimalizować ryzyko uszkodzeń. Jeśli chodzi o garderobę, to nie ma tu nic szczególnego - kilka czarnych koszulek, szorty i tyle. Większość to oczywiście rzeczy wyścigowe, które są dużo bardziej zaawansowane i kosztowne. Sam kask kosztuje około 5 tysięcy dolarów. Mam współpracę z Arai Americas, który udostępnił mi kask. Dodatkowo płaci się za jego malowanie. Do tego dochodzą kombinezon, rękawiczki, buty oraz ognioodporna bielizna. Część tego sprzętu jest zapewniana przez zespół w ramach kontraktu, ale jeśli zsumować całość, to sprzęt kierowcy wyścigowego kosztuje w granicach 10 do 12 tysięcy dolarów.
Czy widzisz siebie w Stanach jeszcze przez kolejny rok, czy raczej myślisz już o kolejnym kroku w karierze?
- Zobaczymy. Myślę, że dla mnie naturalnym krokiem byłoby przejście do IndyCar. Jeśli dobrze sprawdzę się w tym sezonie Indy NXT, dostanę dobre oferty i uda się znaleźć odpowiedni budżet, to chciałbym zostać w Stanach i przenieść się do tej dużej serii. To byłby dla mnie bardzo ważny krok, także historycznie - nie było jeszcze Polaka w wyścigu takim jak Indy 500, więc byłaby to ciekawa historia i jednocześnie kolejny etap mojego rozwoju. To też szansa na pokazanie się szerszej publiczności i potencjalnie zespołom z F1. W Indy NXT jest też system stypendialny - za wygranie sezonu można otrzymać prawie milion dolarów na przejście do IndyCar, co bardzo pomaga w realizacji tego kroku. Dlatego staram się maksymalnie wykorzystać ten sezon, wygrywać wyścigi i jak najlepiej się pokazać.
Trenował skoki narciarskie w jednym klubie z Kacprem Tomasiakiem
Chociaż kojarzymy cię głównie z motorsportem, to w twojej historii pojawiały się też skoki narciarskie. Jak wyglądała ta przygoda?
- Nie ma się czym szczególnie chwalić - mój rekord życiowy to pewnie około pięciu metrów. Spróbowałem tego jakoś w wieku 7-8 lat, kiedy po prostu pojechałem na skocznię niedaleko mojego miasta. Tam trenował też m.in. Kacper Tomasiak, którego kojarzę z klubu. Dla mnie to była po prostu forma spróbowania czegoś nowego. W dzieciństwie rodzice zachęcali mnie, żebym próbował różnych sportów i aktywności. Od najmłodszych lat jeździłem na gokartach, ale równolegle grałem w piłkę nożną, chodziłem na lekkoatletykę, startowałem w biegach, skoku w dal, próbowałem też skoków narciarskich. Do tego dochodziła muzyka - pianino, gitara. Miałem sporo różnych zajęć i możliwości, żeby sprawdzić, co mnie najbardziej interesuje. Skoki narciarskie były jedną z takich zimowych zajawek. Zawsze oglądaliśmy je z rodziną - w weekendy siadało się i oglądało konkursy. W końcu stwierdziłem, że też chcę spróbować. Do tego od dziecka lubiłem narty i całkiem nieźle sobie na nich radziłem, więc pomyślałem: czemu nie. W okolicy, jakieś 15 minut od mojego domu, był klub Klimczok Bystra, gdzie stawiałem pierwsze kroki. Tam trenowałem i skoki, i ogólną sprawność fizyczną. To było fajne doświadczenie i dobre przygotowanie do późniejszego sportowego życia.
Ile lat trenowałeś skoki narciarskie?
- Myślę, że to był mniej więcej jeden sezon. Później zacząłem się ścigać na wyższym poziomie we Włoszech i wtedy naturalnie część takich dodatkowych aktywności zaczęła znikać. W pewnym momencie trzeba było to trochę odciąć, też ze względu na ryzyko kontuzji czy urazów. Im bardziej rozwijałem się w motorsporcie i przechodziłem na wyższe szczeble, tym mniej takich dodatkowych rzeczy robiłem. Więc skoki narciarskie to był w moim przypadku tylko jeden sezon.
A śledzisz jeszcze, co dzieje się w skokach narciarskich?
Oczywiście, jak najbardziej. Teraz, kiedy jestem w Stanach i nie ma sezonu zimowego, mam nawet trochę więcej okazji, żeby to śledzić. Oglądam większość konkursów w sezonie, oglądałem też igrzyska olimpijskie. Fajnie było zobaczyć m.in. Kacpra, który został trzykrotnym medalistą olimpijskim. Pamiętam, jak zaczął startować w zeszłym sezonie - wtedy tata powiedział mi po jednym z konkursów: "Pamiętasz Kacpra, razem trenowaliście w klubie?". A ja szczerze mówiąc nawet nie kojarzyłem tego aż tak dobrze. Nasza relacja była raczej luźna, bardziej na zasadzie wspólnego klubu niż bliższej znajomości. Tym bardziej teraz fajnie się na to patrzy i widzi, jak bardzo różnymi drogami potoczyły się nasze kariery
Na koniec tego wątku skoków - muszę zapytać o twojego ulubionego skoczka narciarskiego.
- Śmialiśmy się ostatnio z moim operatorem kamery, że moje jedzenie przedwyścigowe to na przykład kromka chleba z masłem orzechowym, a Adam Małysz z bananami - więc coś tam na pewno jest na rzeczy. Ale jeśli myślimy o skokach narciarskich w Polsce, to pierwsze skojarzenie zawsze będzie jedno: Adam Małysz. Myślę, że Małysz ma też swoją historię z motorsportem, startował w Rajdzie Dakar, więc to też ciekawy łącznik. W ogóle wydaje mi się, że jest sporo skoczków, którzy w jakiś sposób zahaczają o motorsport. Znam też kilku zawodników, jak Paweł Wąsek czy Jakub Wolny, z którymi zdarza się, że ścigamy się na gokartach. Mamy kontakt i w miarę się znamy. Jeśli jest okazja, na przykład na torze w Trincu w Czechach, który jest niedaleko ode mnie i ich baz treningowych, to czasem się spotykamy i jeździmy razem. To jest właśnie ciekawe, że skoki narciarskie i motorsport w jakiś sposób się przenikają i często się ze sobą łączą
Amerykański sen młodego Polaka. Popis na legendarnym torze. Pierwsza wygrana stała się faktem
Kubica dostrzegł jego talent. "Mocno napędził moją karierę"
Kolejnym krokiem była edukacja - jak wyglądała przy tak intensywnym ściganiu i łączeniu różnych sportów?
- Tak, to też było dość niestandardowe, szczególnie jak na dzisiejsze czasy. Przez cały okres edukacji chodziłem normalnie do szkoły stacjonarnej - przez podstawówkę i później liceum. Nie było to łatwe, bo większość weekendów spędzałem poza domem. Zwykle wyglądało to tak, że wyjeżdżałem w środę wieczorem, nie było mnie czwartek, piątek, sobotę i niedzielę, a w niedzielę wracałem późno w nocy. W poniedziałek rano normalnie szedłem do szkoły. Zdarzały się semestry, gdzie frekwencja wynosiła nawet około 30%. Miałem jednak dużo szczęścia do ludzi - dyrekcja i nauczyciele byli bardzo wyrozumiali i wspierający, więc nie miałem większych problemów z łączeniem szkoły i sportu. Moim obowiązkiem było oczywiście nadrabianie zaległości: sprawdzianów, kartkówek i materiału. To nie było proste, bo często byłem "do tyłu" z bieżącym materiałem - kiedy inni pisali aktualne rzeczy, ja nadrabiałem wcześniejsze. Ale udawało mi się to łączyć. W domu była też jasna zasada: jeśli zawalam szkołę, to nie ma ścigania się. Więc musiałem sobie w szkole radzić. I nie chcę się chwalić, ale zazwyczaj dawałem radę - miałem dobre wyniki, w podstawówce świadectwa z paskiem, w liceum jedną z wyższych średnich w klasie.
A przyszłościowo myślisz o studiach?
- Myślę, że na pewnym etapie jak najbardziej. Na razie trudno mi to jeszcze dokładnie zaplanować w kontekście czasu i kalendarza, ale kiedy wszystko trochę się uspokoi, chciałbym do tego wrócić i spróbować podjąć studia. Moja mama zawsze powtarza, że wyścigi są super i będziemy mnie w tym wspierać, ale warto mieć też plan B. Wynika to głównie z tego, że motorsport jest bardzo kosztowny i nie zawsze wszystko zależy od ciebie. Gdyby budżet nie był ograniczeniem, pewnie mógłbym skupić się wyłącznie na ściganiu, ale rzeczywistość jest inna, więc trzeba myśleć też o alternatywach. Dlatego edukacja jest dla mnie czymś w rodzaju zabezpieczenia na przyszłość.
W twojej karierze ważnym momentem było też spotkanie z Robertem Kubicą, który zaprosił cię do zespołu Kubica Kart. Jak wspominasz pierwsze spotkanie z nim?
- Pierwsze spotkanie było dość specyficzne, ale mam z niego dobre wspomnienia. To była dla mnie bardzo duża rzecz. Bycie właściwie jedynym Polakiem z mojego pokolenia wybranym przez Roberta było czymś wyjątkowym i czułem się bardzo wyróżniony. Myślę, że jako 13-latek trudno było wtedy w pełni to zrozumieć i docenić, ale z perspektywy czasu widzę, że Robert mocno napędził moją karierę. W dużej mierze dzięki niemu wzrosła też moja rozpoznawalność w środowisku motorsportowym - zaczęło się o mnie więcej mówić, że jest młody kierowca, którego Robert zauważył i zaprosił do zespołu. Robert od zawsze był dla mnie mentorem. Od kiedy pamiętam, chciałem jeździć jak on. Kiedy zaczynałem w kartingu i jeździłem do Włoch, tata pokazywał mi jego nagrania - jak jeździł, jak operował autem. To zawsze robiło na mnie duże wrażenie i w pewnym sensie inspirowało mój styl jazdy. Z czasem, kiedy miałem z nim bliższy kontakt, dostawałem też od niego rady i wskazówki. To był dla mnie bardzo ważny okres rozwoju. Myślę, że to był moment przełomowy w mojej karierze - taki, w którym zrozumiałem, że trzeba się już na serio skupić na pracy, bo jestem na wysokim poziomie, nawet jeśli to jeszcze był karting. Robert bardzo mi w tym pomógł i umożliwił mi starty. Przez dwa lata jeździłem u niego praktycznie za darmo i mogłem się rozwijać w międzynarodowym kartingu, co było dla mnie ogromną szansą.
Czy była jakaś jedna konkretna rada od Roberta Kubicy, którą szczególnie zapamiętałeś i która została z tobą do dziś?
- Ciężko wskazać jedną konkretną radę, bo tych wskazówek było sporo. Dotyczyły głównie samego ścigania - na przykład oszczędzania opon, ustawień, ale też bardziej codziennych rzeczy, jak choćby to, jak wykorzystać czas i aplikacje na telefonie, żeby były pomocne w rozwoju. Dostawałem od niego różne materiały, linki i narzędzia, które miały mi pomagać w koncentracji czy analizie przejazdów. Ale myślę, że najważniejsze nie była jedna konkretna rada, tylko jego podejście i przykład, który dawał. Robert swoją postawą i osiągnięciami pokazał mi przede wszystkim, że w motorsporcie nie można się poddawać. I to są chyba dwie najważniejsze rzeczy, które mi po nim zostały - konsekwencja i wiara w to, co się robi.
Patrząc na tą całą drogę obecnie przeżywasz jeden z najlepszych okresów w karierze. Ale czy były też momenty, w których twoja sportowa przyszłość stała pod znakiem zapytania?
- Co roku. Tak naprawdę co sezon kończyłem z pytaniem: "co dalej?". W takich momentach najtrudniej było znaleźć motywację, żeby dalej trenować, iść na kolejną siłownię, wysłać kolejnego maila do sponsorów czy po prostu robić swoje. To nie jest łatwe, bo często masz poczucie, że jesteś już na takim poziomie, gdzie kolejne drzwi powinny się same otwierać. Ale motorsport jest sportem bardzo skomplikowanym i w dużej mierze niezależnym od ciebie - i niestety też dość niewdzięcznym.
Pamiętam sytuacje z młodszych lat, kiedy miałem 15 lat i mój tata musiał brać pożyczki, żebym mógł dokończyć sezon. Do dziś je spłaca. Byliśmy naprawdę w trudnym momencie i pojawiały się pytania, czy to w ogóle ma sens - czy warto iść dalej, skoro cała rodzina ponosi tak duże koszty, nie tylko finansowe, ale też emocjonalne. Mam dwóch młodszych braci i wiem, że to też miało na nich wpływ, bo wiele rzeczy było podporządkowanych mojej karierze. W takich momentach trudno zachować pełną równowagę i nie myśleć tylko o sobie, ale staram się o tym pamiętać i być jak najbardziej pokorny. W sporcie na tym poziomie nie jest łatwo
- Często słyszy się też o trudnych historiach, jak chociażby Maja Chwalińska, która mówiła, że zmagała się z depresją. Zresztą to ciekawy wątek, bo mieszka w Bielsku-Białej, a ja jako dziecko grałem w tenisa na tych samych kortach, gdzie ona trenowała. I to pokazuje, jak cienka jest granica w sporcie - czasem wszystko się sypie, a potem wystarczy jeden dobry weekend, jeden sukces i nagle jesteś z powrotem na fali. Dlatego bardzo jej kibicuję i trzymam kciuki, żeby dalej się rozwijała i wykorzystywała swoje szanse.
Na sam koniec, żeby zakończyć rozmowę trochę bardziej pozytywnie - trzy rzeczy, za którymi tęsknisz z Polski i chciałbyś je "przenieść" do Stanów. I w drugą stronę: trzy rzeczy ze Stanów, za którymi będziesz tęsknił, kiedy wrócisz do Polski?
- Jedzenie - to na pewno. Już o tym wspominałem, ale brakuje mi go tutaj w Stanach. Moja mama i jej gotowanie to jest zupełnie inny poziom, to bardzo ważna rzecz dla mnie. Szkoda też, że rodzina jeszcze ani razu nie przyleciała - fajnie byłoby, gdyby zobaczyli, jak tu żyję i jak to wszystko wygląda. Oraz spokój, tradycja, rutyna, którą miałem w Polsce. Trochę mi tego brakuje - tej stabilności codziennego życia. Jeśli chodzi o rzeczy ze Stanów, które chciałbym przenieść, to na pewno ten lifestyle - to, że ludzie są bardziej wyluzowani. W takim środowisku łatwiej się rozwijać i po prostu czuć się swobodnie. Podoba mi się też mentalność, szczególnie to, że młodzi kierowcy z potencjałem są tutaj bardziej wspierani i "pielęgnowani" niż w Europie. No i może to zabrzmi zabawnie, ale Twinkies - takie typowo amerykańskie, słodkie przekąski, ultra przetworzone, ale dobre. (śmiech) A trzecia rzecz… powiedziałbym: wyścigi i więcej torów. Po prostu więcej możliwości ścigania się - w Polsce by się to bardzo przydało.











![Polacy rozbili USA. Mocny koniec fazy zasadniczej Ligi Narodów [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2G68Q4CCRV3P-C401.webp)



