Przerażające wyznanie Kubicy. Wspomniał o śmierci, wiedzieli tylko nieliczni
Kapitalnie w wyścigach długodystansowych odnalazł się Robert Kubica. Polak zaledwie kilka lat po debiucie ma już na koncie choćby zwycięstwo w legendarnych 24-godzinnych zmaganiach Le Mans. Ponadto regularnie plasuje się w czołówce klasyfikacji generalnej. Kto wie jednak, czy dłużej nie pojeździłby w F1, gdyby nie koszmarny wypadek rajdowy z 2011 roku. Krakowianin znów wrócił do najgorszych chwil w swoim życiu. Tym razem w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim. I ujawnił nowe dla kibiców fakty.

Pomimo, że od przykrych scen we Włoszech minęło już ponad piętnaście lat, mnóstwo Polaków do dziś doskonale pamięta wydarzenia z lutego 2011. Lekarze walczyli wtedy nie tylko o uratowanie kariery Roberta Kubicy, ale też o jego życie. Krakowianin trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami po tym, gdy barierka ochronna wbiła się w samochód kierowany przez naszego rodaka. Błyskawicznie przeprowadzono operację, która zakończyła się sukcesem. Później gwiazdor wielokrotnie wracał jeszcze na stół.
Dla wielu fanów to wręcz cud, że 41-latkowi udało się wrócić do motorsportu. I to w wielkim stylu, bo za nim cały sezon w Formule 1. Ale nie byłoby tego bez ciężkiej pracy Polaka. Ten stopniowo z roku na rok odsłania coraz więcej kulisów. Kolejną porcję nowych faktów przedstawił we wczorajszej wizycie w "Kanale Zero" u Krzysztofa Stanowskiego. Obaj szybko poruszyli wątek wypadku na Półwyspie Apenińskim. "Uważam, że kiedy spotykasz się face to face, przytulasz się do śmierci, i ją trzymasz przez dłuższy okres, to potrzeba siły. I to zmienia człowieka. Zmienia podejście do rzeczy" - wyznał Robert Kubica.
Jakkolwiek to brzmi, sportowiec radził sobie wtedy bez psychologa. "Nikt nie wiedział, że dam radę samemu. W ogóle mało kto wiedział, co się działo. Oczywiście bliscy mi bardzo pomogli, zwłaszcza w tym pierwszym okresie, operacyjnym. Wjeżdżałem wtedy na stół operacyjny i wyjeżdżałem po kilkunastu godzinach. Dla mnie to była chwila. Ja się budziłem w łóżku i nie wiem ile minęło, a moje operacje były kilkunastogodzinne. Nie wyobrażam sobie bycia na zewnątrz. Powiem coś ekstremalnego, ale łatwiej być operowanym, niż mieć osobę bliską tobie, która jest operowana. Według mnie..." - dodał.
Kubica do dziś nie potrafi tego wytłumaczyć. Chodziło o prawą rękę
Najgorszy rozdział w karierze 41-latka zakończył się nie tylko na wygranej walce o życie. "Mój mózg nie akceptował prawej dłoni. To nie jest fajne uczucie. Odrzucał ją po prostu. Nie da się tego wytłumaczyć. Przez 7-8 miesięcy nie mogłem nawet ruszyć jednym palcem. Później zrobiłem jakiś tam progres dzięki ciężkim godzinom rehabilitacji. Następnie przyszła kolejna operacja, która miała polepszyć sytuację. Obudziłem się i to się cofnęło. Znowu człowiek musiał przechodzić przez to samo" - ujawnił Kubica.
W końcu, dzięki ogromnemu uporowi Polaka, doszło do przełomu. Nagrody przyszły na torach wyścigowych. Może i Krakowianin definitywnie odpuścił Formułę 1, lecz jak wspominaliśmy na wstępie, robi furorę w zmaganiach długodystansowych. Nasz rodak jest obecnie wicemistrzem świata w elitarnej klasie Hypercar. Ponadto za kilka miesięcy postara się o drugi triumf z rzędu w 24h Le Mans.













