DTM Trophy. Jan Kisiel: Adrenalina napędza moje życie
- Czego się spodziewałem w tym roku? Mistrza. Bardzo chcieliśmy jechać po tytuł, dążymy do tego co sezon. W zeszłym roku byłem wicemistrzem Europy, choć miałem tyle samo punktów co zwycięzca. To była tragiczna sytuacja. W tym roku sięgnąłem po bezpieczne drugie miejsce. Pierwsze było poza zasięgiem - mówi w rozmowie z Interią wicemistrz serii DTM Trophy, Jan Kisiel. 26-letni kierowca opowiedział także o szczegółach swojej współpracy z Robertem Kubicą i zdradził, dlaczego spóźnił się kiedyś na ich wspólny wywiad oraz wspomniał o koszmarnej kraksie, w której doszczętnie rozbił swój samochód.

Tomasz Brożek, Interia: W minionym sezonie zostałeś wicemistrzem serii DTM Trophy. Mógłbyś na samym początku wyjaśnić, czym różni się ona od flagowej serii DTM?
Jan Kisiel, kierowca wyścigowy: - Przede wszystkim samochodami. W serii DTM są one całe zbudowane z włókna węglowego, u nas dotyczy to tylko 25 procent części - przedniej maski oraz elementów błotnika. Nie mamy też takiej mocy w autach. Jeździmy w kategorii GT4. DTM to dla mnie samochody turystyczne rodem z Formuły 1 - najszybsze, co może być.
DTM Trophy to absolutna nowość. W tym roku oglądaliśmy debiut tej serii w kalendarzu. Czy twoim zdaniem był to debiut udany?
- To zdecydowanie bardzo ciekawa, fajna seria, w której startują różnorakie samochody: aston martin, toyota supra, mercedes amg, porsche cayman, na jednej rundzie był również ktm... Co przyjemne, ścigamy się "u stóp" najsłynniejszej serii wyścigowej z wieloletnią tradycją. W normalnych okolicznościach na tor przyjeżdża 10-20 tysięcy kibiców. W tym roku znaleźliśmy się jednak w wiadomej sytuacji. Szkoda, że nie było fanów. To niezwykle medialny puchar. W minionym sezonie w namiocie obok stacjonował Robert Kubica, często go odwiedzałem, rozmawialiśmy sobie. Oby seria DTM Trophy wciąż trwała, bo - jak wiemy - już wchodzi w życie elektryczny DTM i wszystko zmierza w tę stronę.
Drugie miejsce w klasyfikacji generalnej to dla ciebie wykonanie założonego planu czy przekroczenie przedsezonowych oczekiwań?
- Już w 2015 roku ścigałem się u boku DTM w serii Audi TT Cup i na koniec zdobyłem pierwsze miejsce. Czego się spodziewałem w tym roku? Mistrza. Bardzo chcieliśmy jechać po tytuł, dążymy do tego co sezon. W zeszłym roku byłem wicemistrzem Europy, choć miałem tyle samo punktów co zwycięzca. To była tragiczna sytuacja. W tym roku sięgnąłem po bezpieczne drugie miejsce. Pierwsze było poza zasięgiem.
W zasadzie śmiało można przyznać ci pierwsze miejsce, jeśli chodzi o kategorię "reszta stawki". Triumfator cyklu Tim Heineman wydawał się bowiem nieosiągalny, jak gdyby rozgrywał własny sezon - i na jego koniec zgromadził pokaźną przewagę. Ty zdobyłeś 165 punktów, podczas gdy on 275.
- Tak, rozgrywał swój sezon. My byliśmy w tym roku trochę pogubieni na oponach firmy Hankook. Samochód przez długi czas był bardzo, bardzo nadsterowny. Gdy ustabilizował się jego tył, pojawiały się problemy z podsterownością na wolnych zakrętach. Tim zasłużył sobie na tytuł, to na pewno. W kwalifikacjach zdobywał wysokie pozycje, więc nie musiał walczyć w największym "kotle" od trzeciego do siódmego miejsca. Poza tym jest bardzo w porządku, dobrze mi się z nim ścigało.
Nie zdołałeś odnieść zwycięstwa w żadnym wyścigu, ale też nie spadłeś nigdy poniżej piątej lokaty. To świadczy o ogromnej regularności, a ta jest chyba podstawą w świecie motosportu?
- Oczywiście. Podczas 18 lat ścigania niemal wszystkie serie, w których brałem udział, to puchary. Nie jestem kierowcą typu endurance. Już gdy byłem młodszy i wsiadłem do samochodu, od razu chciałem wygrywać, a to często kończy się kontaktem lub wyjazdem na żwir. To był sprytny sezon. Niestety, sypały się kary. W DTM i DTM Trophy byli ci sami sędziowie. My jednak byliśmy traktowani jako seria juniorska, więc byliśmy jeszcze bardziej pod ostrzałem głównego sędziego. To często skutkowało stratą wielu pozycji przy różnych zdarzeniach. Na Nuerburgringu dla przykładu spadłem z trzeciego miejsca na 14. Przyprawiło nam to dużo stresu na koniec sezonu. Ostatnia runda na Hockenheim była jednak szczęśliwa i udało się zdobyć wicemistrza nawet bez konieczności udziału w ostatnim wyścigu.
Czego zabrakło, by w którymkolwiek z wyścigów stanąć na najwyższym stopniu podium? Można znaleźć jedną przyczynę?
- Doskwierał nam przede wszystkim ograniczony budżet. To zablokowało nam możliwość odbywania testów przed daną rundą wyścigową. Automatycznie zostawały nam dwa półgodzinne treningi, podczas których trzeba jeszcze zjechać na korektę ciśnień i zmienić ewentualnie ustawienie skrzydła, co zabiera około 10 minut. Było więc bardzo mało jazdy.
Mieliśmy mieć nawet duży, wspólny wywiad w ITR jako dwaj Polacy w serii, ale nie udało się go przeprowadzić, bo wylądowałem u sędziego, odbębniając jakąś karę i spóźniłem się 30 minut
Na trybunach były pustki, ale wielu polskich kibiców emocjonowało się występami Roberta Kubicy w serii DTM. Pan także cieszył się ich zainteresowaniem i wsparciem?
- Śledziłem branżowe portale, na których czytałem, że dostarczam dużo emocji. O zainteresowanie kibiców było trudniej ze względu na puste trybuny. Bardzo chciałem, żeby się pojawili. Była bowiem wielka szansa, żeby wystartować z Robertem w zasadzie w jednej serii, bo na padoku staliśmy obok siebie. To na pewno byłoby bardzo medialne i pozwoliłoby pozyskać nowych sponsorów w Polsce. W tych czasach oczywiście wszystko odbywało się z internecie. Czytałem tam wiele, wiele ciepłych słów na swój temat. Były omawiane różne akcje, bo nie oszczędzaliśmy w tym roku samochodu, żeby naprawdę jechać na mistrza. Części i lusterka się sypały, a to zawsze przyjemnie się ogląda z perspektywy kibica.
Wróćmy na chwilę do Roberta Kubicy. W czasie minionego sezonu istniała jakakolwiek współpraca między wami? Jak wyglądał wasz kontakt?
- Rozmawialiśmy dużo o sędziach, bo Robert ma w tej kwestii wieloletnie doświadczenie. Mieliśmy mieć nawet duży, wspólny wywiad w ITR jako dwaj Polacy w serii, ale nie udało się go przeprowadzić, bo wylądowałem u sędziego, odbębniając jakąś karę i spóźniłem się 30 minut. Podczas tego wywiadu na pewno moglibyśmy oficjalnie więcej porozmawiać. Poza tym przed wyścigami życzyliśmy sobie powodzenia i dużo się śmialiśmy. On podchodzi do wyścigów z wielkim luzem. To jego pasja i zdecydowanie to potwierdzam. Wasza znajomość sięga jeszcze czasów jazdy w gokartach?
- Tak. W zasadzie ja zaczynałem wtedy, gdy on kończył.
A jak wyglądają twoje relacje z resztą stawki? Pomiędzy zawodnikami istnieje ogromna rywalizacja? W świecie motosportu można znaleźć przyjaciół?
- Rywalizacja w tym roku była niezwykle okrutna, co widać po roboczogodzinach mechaników, bez których na pewno nic by się nie udało. Była - krótko mówiąc - rozróba. W zasadzie przyjaźni raczej nie ma, bo różne numery kierowców w średnim wieku - około 30 lat - bywały często nieprzewidywalne, co rodzi różne emocje. Natomiast z Timem Heinemanem od początku złapałem niezłą relację. Jeździliśmy tym samym samochodem i rozmawialiśmy o tym, co robić, by być szybszym - na przykład na którym biegu pokonywać poszczególne zakręty. Wszystko utrudnia też COVID. Są maseczki, nikt nie chodzi, nie ma rozmów. Każdy skupia się na sobie.
Adrenalina napędza moje życie. Gdy pierwszy raz byłem na torze wyścigowym, miałem 30 dni. Nieustannie szukam wrażeń. Jestem pilotem śmigłowców, co dostarcza wielkiej frajdy i uczy ogromnej odpowiedzialności. Latem jeżdżę na nartach wodnych. W moich planach jest start w mistrzostwach Polski w slalomie na jednej narcie
Wyścigi to pokaźny zastrzyk adrenaliny. W pozostałych życiowych aktywnościach także jej potrzebujesz czy wręcz przeciwnie - szukasz wyciszenia?
- Adrenalina napędza moje życie. Gdy pierwszy raz byłem na torze wyścigowym, miałem 30 dni. Nieustannie szukam wrażeń. Jestem pilotem śmigłowców, co dostarcza wielkiej frajdy i uczy ogromnej odpowiedzialności. Latem jeżdżę na nartach wodnych. W moich planach jest start w mistrzostwach Polski w slalomie na jednej narcie. Może uda się tego dokonać już w przyszłym roku.
Wizyta na torze po miesiącu życia? W jakich okolicznościach do tego doszło?
- Były to zawody mojego taty w Pucharze Cinquecento.
Czyli pasja została przekazana w genach?
- Tak, wszystko jest zaszczepione w genach. To już druga generacja, a niebawem będzie trzecia.
Motosport to nie tylko adrenalina, ale i niebezpieczeństwo. Ostatnio byliśmy świadkami koszmarnego wypadku Romaina Grosjeana podczas wyścigu Formuły 1. Co myślałeś, widząc te przerażające obrazki?
- Wyglądało to bardzo groźnie. Bolid uderzył w barierę pod bardzo niefortunnym kątem. Serce na moment zamarło. Gdy jednak Grosjean wyskoczył z bolidu, wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Człowiek - dla przykładu - ze złamaną nogą nie wychodzi z samochodu tak szybko, nawet pod wpływem ogromnej adrenaliny.
Tobie także zdarzały się tak groźne kraksy?
- Tak. Do jednego wypadku doszło na Slovakiaringu. Niefortunnie felgi w moim samochodzie i aucie lidera pucharu zaczepiły się - i uderzyłem w barierę, pędząc 205 km/h. Nie było co zbierać z samochodu. Ale dzięki temu przykremu incydentowi - najmocniejszemu w mojej dotychczasowej karierze - wygrałem kolejne cztery wyścigi do końca sezonu.
Przed wejściem do samochodu czuje się strach czy nie myśli się zupełnie o możliwej kraksie?
- W tym roku poczułem różnicę przy ściganiu bez stresu i ze stresem. Jeśli zależy nam bardzo nam wyniku, to automatycznie wyłącza się strach i swego rodzaju odpowiedzialność. "Zamykamy oczy" i idziemy w dym, by zbierać punkty i wyprzedzać kolejnych przeciwników. Podczas ostatniego wyścigu minionego sezonu byłem już pewien wicemistrzostwa DTM Trophy i jechałem na spokojnie, bez zbędnego stresu. Wtedy już pojawia się kalkulacja, że może nie opłaca się w danym miejscu wyprzedzać, że coś się może wydarzyć... Wiadomo, samochód jest ubezpieczony, ale ewentualny "dzwon" nie jest przyjemną sprawą.
Na koniec - jakie są twoje plany na przyszły rok?
- To zależy. Bardzo apeluję do polskich firm - państwowych i prywatnych - o pomoc. Motosport także jest dyscypliną sportową. Jeśli chodzi o moje wyniki, to gdzie nie pójdę, zawsze kończę w czołowej trójce. To jest gwarantowane statystycznie. Szukamy budżetu. Oczywiście najchętniej wystąpiłbym w DTM 2021. Wiemy o tym, że będą tam samochody GT3+. Miałem okazję testować w tym roku taki samochód na Mugello. Chodziło głównie o testy opon. Przejechałem 274 okrążenia, w tym parę kółek samochodem GT3. Chciałbym go prowadzić w przyszłym roku. Może w World GT, może w DTM, może gdzieś indziej... Wszystko zależy od budżetu. Jeśli nie, to bardzo dobrze wspominam czasy kartingowe i mógłbym wrócić do tego sportu.
Rozmawiał: Tomasz Brożek

***
Ten artykuł powstał w ramach naszej najnowszej kampanii pod hasłem "Interia - portal, który towarzyszy mi każdego dnia". Więcej ciekawych treści znajdziesz tutaj.








