Zamknęli 19-letniego Chalidowa w bagażniku. I wtedy wydarzył się cud. Religia odegrała ważną rolę
Mamed Chalidow to jedna z najbardziej barwnych i charakterystycznych postaci polskiego MMA. To dzięki niemu wielu fanów w naszym kraju usłyszało o tym sporcie. W jego życiu wydarzyło się wiele złych i przykrych rzeczy. Pod koniec XX wieku był krok od śmierci. To, że żyje, traktuje w kategoriach "cudu" i podkreśla, że to straszne wydarzenie ukształtowało jego życie na zawsze.

Mamed Chalidow urodził się w Groznym. Do Polski przyjechał w 1997 roku wraz z grupą studentów z Czeczeni. Najpierw zamieszkał we Wrocławiu, a później osiadł na stałe w Olsztynie. Tam też ukończył studia. - Ja zawsze mówię, że nigdy nie byłem uchodźcą. Przyjechałem na studia. Nie jestem uchodźcą, jestem imigrantem. A teraz jestem Polakiem. Przyjechałem, gdy nie było wojny. Jedna wojna skończyła się w 1996 roku, a druga rozpoczęła w 1999. Więc ja przyjechałem między tymi wojnami - stwierdził Mamed Chalidow w rozmowie z Adamem Soldaevem.
W 2004 roku rozpoczął zawodową karierę MMA, która doprowadziła go na szczyt. 45-latek stoczył 48 walk (38-8-2). Ostatni raz w klatce widzieliśmy go na gali XTB KSW 100 w Gliwicach blisko rok temu (16.11.2024). Wówczas pokonał przez poddanie Adriana Bartosińskiego.
Chalidow był krok od śmierci. Dzisiaj mówi o "cudzie"
Wróćmy jednak do czasów młodości Chalidowa, które nie były dla niego łatwe. Sportowiec przeżył wiele dramatów, a jeden z nich mógł się skończyć śmiercią. Chalidow pierwszy raz na ten temat otworzył się w książce Szczepana Twardocha pt. "Lepiej, byś tam umarł". Wrócił tam do wydarzeń z 1999 roku w Kabardo-Bałkarii, niedaleko Czeczenii. Chalidow pojechał tam z 15-letnim kolegą z Korei.
Kiedy miałem dziewiętnaście lat, przeżyłem porwanie. Porwali mnie i chcieli mnie zabić
Za porwanie odpowiadała grupa Kabardyńczyków. - Pojechałem do tej sąsiedniej republiki, tam miałem jakąś lekką spinę z miejscowymi i tak się zaczęło. W końcu samochód chcieli mi zabrać, skatowali... Jego związali, a mnie stłukli, ukamieniowali, normalnie zmasakrowali, a potem ledwie żywego wrzucili do bagażnika i wieźli, żeby nas zabić i zabrać ten samochód. No i wtedy wydarzył się cud - opowiadał. Chalidow wspominał, że był w tragicznym stanie i stracił sporo krwi. Podkreślał, że ta banda zabiła już wiele osób. Jego jedyną nadzieją była modlitwa do Boga.
- W pewnej chwili coś mi się przełączyło w mózgu i raptem z tego otępienia nabrałem takiego wyostrzonego postrzegania rzeczywistości jak nigdy dotąd - przyznał Chalidow, który rozerwał linkę, którą miał związane ręce. Następnie wygiął blachę bagażnika śrubokrętem w samochodzie marki Łada 99.
Chalidow wyskoczył z pędzącego auta. Rodzice myśleli, że nie żyje
Mamed i jego kolega wyskoczyli z pędzącego auta. Z opowieści Chalidowa wynika, że schowali się w polu i porywacze ich nie odnaleźli, choć próbowali. Wszystko działo się w środku nocy, więc mężczyźni poszukali schronienia w słomie. Tam przeczekali do rana, aby następnie poszukać pomocy w najbliższym możliwym gospodarstwie.
- Poszliśmy tam, umyliśmy ręce i twarze. Zdziwieni gospodarze pokazali nam, skąd odjeżdża autobus - mówił Chalidow, który następnie udał się na najbliższy komisariat. Tam o wszystkim opowiedziano. - To wy żyjecie? - zapytać miał milicjant. Jakiś czas później okazało się, że skradzione auto zostało odnalezione, a sprawców zatrzymano podczas rutynowej kontroli drogowej.
W całej tej strasznej historii jest jeszcze wątek rodziców Chalidowa, którzy byli przekonani, że ich syn nie żyje. - Milicja myślała, że nie żyjemy. Za dzwonili do moich rodziców. Mój ojciec, matka, wujkowie dowiedzieli się, że samochód odnaleziony. Za kierownicą ktoś inny, a ciał nie ma. Mój ojciec umierał z żalu, matka w miarę dobrze się trzymała, wujek powiedział, żeby wszystko przygotować, jedziemy po ciało, bo krew, zalany bagażnik - wspomina Chalidow.
Chalidow podkreśla, że to straszne wydarzenie ukształtowało jego życie na zawsze. Sportowiec zaznacza, że wtedy zaczął interesować się religią. - Dla mnie to był taki sygnał, cud, bo wiesz, modlę się i od razu dostaje to, o co proszę (...). W tej chwili to Bóg wziął mnie za ręce. I wtedy to już zaczęło mi kiełkować w głowie. Zacząłem więcej czytać, bardziej się interesowałem tym, po co zostałem stworzony i czym jest moja religia - dodał.












