Reklama

Reklama

Walt Harris wrócił do klatki siedem miesięcy po utracie córki

Walt Harris wrócił do klatki i chciał wygrać dla zamordowanej córki, ale poległ w niedzielnym starciu z Alistairem Overeem. Amerykański wojownik po walce z trudem powstrzymywał łzy - siedem miesięcy temu przeżył koszmar związany z uprowadzeniem i zastrzeleniem jego córki Aniah.

Harris do walki z przeciwnikiem stanął zaledwie siedem miesięcy po stracie swojej 19-letniej córki, Aniah Blanchard. Zawodnik już w drugiej rundzie został pokonany przez Alistaira Overeema podczas UFC na VyStar Veterans Memorial Arena.

Reklama

Po skończonej walce Harris ledwo powstrzymywał łzy, dziękując federacji UFC, a także swojemu trenerowi i całemu zespołowi.

- Idę do domu wyzdrowieć i wyleczyć się. Emocjonalnie i fizycznie - mówił łamiącym się głosem Harris.

Amerykanin nie wrócił jeszcze dobrze do siebie po dramacie, jaki rozegrał się pod koniec zeszłego roku. W październiku media podały informację o zaginięciu jego 19-letniej córki. Dwa miesiące później odnaleziono jej ciało, a sekcja zwłok wykazała, że Aniah zmarła wskutek rany postrzałowej.

- To był bardzo mroczny okres - tak mówił o czasie żałoby Harris w rozmowie z mediami. Podkreślał, że pracę na siłowni uznał za sposób radzenia sobie ze stratą córki. Opowiadał też, że czasami miał wrażenie, że podczas modlitwy słyszy głos córki.

- Słyszałem, jak mówiła mi: Tato, chcę, żebyś wrócił. Chcę, żebyś walczył - opowiadał zawodnik.

Na uwagę zasługuje także zachowanie Overeema, który po pokonaniu Harrisa osobiście pocieszał go w ringu. "Trenujmy razem" - zaproponował, obejmując zrozpaczonego rywala.

WG

Dowiedz się więcej na temat: walt harris | MALKOWSKI | UFC

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje