Polak rzuca świat na kolana, nokaut w 28 sekund. Kim jest Iwo? "Coś wyjawię"
- Mam czas, chcę też trochę złapać doświadczenia klatkowego, bo na razie wszystko bardzo szybko się kończy. Wiadomo, że jeśli będą jakieś mocne propozycje, to pewnie raczej nie będziemy ich odmawiać. Jednak to właśnie wszystko kwestia tego, kogo zaproponują. Jeśli ja miałbym teraz decydować, to naprawdę mi się nie spieszy - mówi w rozmowie z Interią Iwo Baraniewski. 27-letni były judoka w fenomenalnym stylu wszedł do UFC, organizacji MMA numer 1 na świecie.

Artur Gac, Interia: Do blisko godz. 11 polskiego czasu w poniedziałek odsypiałeś świętowanie?
Iwo Baraniewski, zawodnik UFC w kat. półciężkiej (93 kg): - Troszkę poświętowaliśmy od razu po walce, więc z soboty na niedzielę za długo nie pospałem. Też były emocje, trochę poprzeglądałem media społecznościowe, po czym zasnąłem na krótko, na jakieś półtorej godziny. Nazajutrz przez cały dzień trochę pozwiedzaliśmy Londyn, więc wszystko się skumulowało i musiałem trochę odespać. A w Londynie zostaję do środy, by trochę zobaczyć i odpocząć z dziewczyną oraz przyjaciółmi.
Telefony się urywają?
- Mam więcej wiadomości niż połączeń. Głównie właśnie w mediach społecznościowych.
Poczułeś się trochę jak nowa, wschodząca gwiazda polskiego sportu?
- Czy ja wiem… Jeszcze tak bardzo tego nie odczułem, bo nie widziałem choćby wszystkich artykułów. Na pewno czuję, że idę w dobrym kierunku i zmierzam na szczyt.
Z drzwiami to mało powiedziane, wszedłeś z futryną do UFC i w ogóle światowego mainstreamu MMA. Dokładnie taki cel ci przyświecał, czy to wszystko, co teraz się dzieje, przerosło twoje oczekiwania i czujesz się trochę, jak w pięknym śnie?
- Zawsze sobie wizualizowałem, że kiedyś dojdę do takiego momentu, iż będę wygrywał walki w najlepszej lidze i będę się piął w hierarchii, aż w końcu zacznę wygrywać z najlepszymi. I w końcu to zaczyna się spełniać.
I wizualizowałeś sobie właśnie takie zainteresowanie?
- Szczerze mówiąc, to przerosło wizualizacje. Ponieważ nie myślałem o tym, co może dziać się dookoła. Chciałem po prostu tylko wygrywać walki. A to, że ludzie są coraz bardziej ciekawi, by mnie poznać, przybywa mi obserwujących i zainteresowania, zaczynam coraz bardziej dostrzegać.
137 sekund - tyle czasu spędziłeś w klatce w trzech ostatnich walkach, wszystkich pod szyldem UFC, z których pierwsza otworzyła ci furtkę do kontraktu z organizacją numer 1 na świecie. Robota marzeń.
- No tak. Jest to piękne, a jeszcze piękniejsze jest to, że jak już dostałem się do Contender Series (Iwo w 20 sekund pokonał Mahameda Aly'ego - przyp.), zacząłem nokautować. A wcześniej korzystałem głównie ze swojej bazy, czyli judo i obaleń. A tutaj nie dość, że przyszły efektowne nokauty, to jeszcze zacząłem to prezentować przed największą publiką świata.
Fakt, że zacząłeś seryjnie nokautować, to pokłosie klasy pierwszych rywali, czy mocniej poprawiłeś pewne elementy?
- Bardzo mocno skupiam się na stójce. Też bardzo mi się podoba, sporo w niej szlifujemy i poprawiamy błędy. A także generalnie dużo i bardzo długo pracujemy z trenerem Rafałem Korczakiem nad siłą ciosów. To były miesiące, aby jak najbardziej optymalnie przekierować moją siłę. Ogólnie mam predyspozycje do pracy w siłowni, jestem silny, dlatego wyzwaniem było ukierunkować ją w moc ciosu, aby był zabójczy. To teraz wychodzi, czyli cała włożona praca przynosi owoce.
Za spektaklem w klatce idą też wielkie pieniądze. 150 tysięcy dolarów zgarnąłeś za dwa nokauty, czyli "pękło" pół miliona złotych z samych tylko dwóch bonusów. To fantastyczna sprawa.
- Tak, to niesamowite. To takie pieniądze, do jakich jeszcze mi daleko na kontrakcie z samych walk. A dają mi spokój pod kątem przyszłych wyjazdów oraz wydatków, które będę musiał pokryć, na przykład w procesie przygotowań. Teraz mam spokojną głowę. Jak dostałem pierwszy bonus, to cieszyłem się, bo były to największe pieniądze. A teraz jeszcze podwoili, 100 tys. dolarów ekstra za jedną walkę to bajka.
W sekundowym ujęciu zapłaty za czas pracy, nawet Robert Lewandowski jest przy tobie ubogim krewnym.
- (śmiech) No więc tym fajniej!
Pamiętam rozmowę z Mateuszem Rębeckim, który odbierając swój pierwszy bonus w UFC mówił to samo, iż te pieniądze daleko przekraczają poza gażę za walkę.
- Absolutnie tak, to bardzo mocny strzał, niezwykle pozytywny. Zwłaszcza, że od tego roku tego typu nagrody są dwukrotnością dotychczasowych. Po prostu bomba.
Opowiedz o wydarzeniach z kuluarów, czyli o tym, czego nie widzieliśmy w transmisjach po walce, w której zdemolowałeś Austena Lane'a. Miałeś później rozmowę z Daną Whitem?
- Nie miałem ani z Daną, ani z Mickiem Maynardem. Po walce po prostu miałem przegląd ze strony komisji i doktora, później wywiad, następnie mini konferencję, czyli jednoosobową. I zaraz po tym, jak odhaczyłem te wszystko obowiązki, czekał na mnie bus i zostałem odwieziony do hotelu. Powiedziałbym nawet, że tego wszystkiego, zwłaszcza gdy chodzi o obowiązki przed walką, było tym razem mniej niż poprzednim razem. Może dlatego, że wówczas był mój debiut, nie miałem porobionych zdjęć i nagranych różnych materiałów, stąd bardziej to odczułem.
Mój następny rywal? Czekaj chwilę, niech pomyślę. Może Ion Cutelaba? Byłby dla mnie fajnym przedsionkiem z pogranicza top 15, zresztą też tyle co wygrał walkę z Oumarem Sy. Byłoby fajnie, bo on też wygrał z Ibo Aslanem. Moglibyśmy dać fajny pojedynek. Widziałem, że on też wchodzi na wymiany, zna trochę grapplingu, więc można by było dać ciekawą walkę.
Wielkie gwiazdy już mówią na twój temat. Któryś głos szczególnie zwrócił twoją uwagę?
- Póki co widziałem, jak wypowiedział się Michael Bisping (w latach 2016-2017 mistrz UFC w wadze średniej - przyp.). To dla mnie bardzo miłe, że taka postać mnie zauważyła i oceniła mnie zaraz po walce.
I to jak się wypowiedział! Był pod twoim wrażeniem, mówiąc że stoczyłeś walkę wieczoru, a twój 28-sekundowy nokaut wyglądał jak coś łatwego. I orzekł, że masz ogromny talent.
- Dlatego właśnie zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Choć powiem szczerze, iż nastawialiśmy się, że może to potrwać dłużej. Przede wszystkim z powodu długiego zasięgu ramion rywala. Sądziłem, że wykorzysta go, będzie mi uciekał i orbitował, a mnie przypadnie gonienie go w klatce. A to wszystko utrudni mi zbliżenie się do niego. Jednak przed tą walką również bardzo dużo pracowaliśmy nad skracaniem dystansu oraz pracą nad dystansem. Miałem bardzo dobrych sparingpartnerów, którzy imitowali jego styl. Byli wzrostowo i zasięgowo tacy, jak on. Przygotowania wyszły, jak zawsze, super i bardzo mi pomogły.
Co uważasz za swój koronny atut lub atuty?
- Myślę, że moją największą siłą są rzuty i grappling. A na trzecim miejscu prawa ręka (śmiech). Chociaż teraz lewa zrobiła robotę.
Prawa jest dewastująca.
- A lewa dokładająca.
Kiedyś uprawiałeś judo. Jak wiele ten "biały sport" jest w stanie wnieść do MMA? Bo twój przykład pokazuje, że może być super fundamentem.
- Mnie się wydaje, że judo to jeden z lepszych fundamentów. Teraz w tym sporcie są ukrócone reguły i nie można łapać od pasa w dół, a ja załapałem się jeszcze na czasy, gdy można było obalać za nogi. Czyli już była super baza, przypominająca styl wolny zapasów. Do tego jeszcze w judo są trzymania, które też dobrze przekładają się na kontrolę pozycji, w których można bić. Ponadto dobre czucie swojego ciała, balans, a do tego w parterze możliwość duszeń i dźwigni. Oczywiście nie wszystkich, tak jak w MMA, ale już człowiek ma zalążek technik, do których można dobudowywać kolejne.
Można tylko ubolewać, że takie sporty, jak właśnie judo czy zapasy, od lat są w naszych kraju w odwrocie. I nie cieszą się dostateczną popularnością, a absolutnie na to zasługują.
- Dokładnie tak. Choć moim zdaniem decydenci sami skrzywdzili judo przez to, że pozbawili tę dyscyplinę efektowności. Kiedyś rzuty były naprawdę spektakularne, a pod wpływem zmian przepisów zrobiło się bardziej klasycznie i siłowo. Dlatego znów wygrywają Japończycy, a wcześniej wielu Gruzinów czy tacy, którzy bardziej specjalizowali się w zapasach.
Czy jesteś gotowy na to, by pójść drogą zarezerwowaną dla nielicznych, czyli długo nie budować rekordu w UFC, tylko bardzo szybko wziąć sportowy "strzał", nawet może w postaci walki o pas?
- Nigdzie mi się nie spieszy. Mam czas, chcę też trochę złapać doświadczenia klatkowego, bo na razie wszystko bardzo szybko się kończy. Chciałbym po prostu lepiej obyć się z klatką. Wiadomo, że jeśli będą jakieś mocne propozycje, to pewnie raczej nie będziemy ich odmawiać. Jednak to właśnie wszystko kwestią tego, kogo zaproponują. Natomiast jeśli ja miałbym teraz decydować, to naprawdę mi się nie spieszy.
To akurat fajne, co mówisz. Niektórzy wpadają w pułapkę szybko i efektownie odnoszonych zwycięstw. A ty, słyszę, starasz się poskromić temperament i patrzeć realistycznie. Pewnie też twój wiek, bo już nie jesteś młokosem, także pomaga ci trzymać wszystko w ryzach.
- Dokładnie, dojrzałość zawsze podpowiada rozsądniejsze rozwiązania. I chyba generalnie zawsze starałem się w ten sposób podchodzić do tematów. Nie ma co się spieszyć, a mając 27 lat też nie jestem jakoś stary. Jeszcze trochę zostało choćby do "30", więc spokojnie, mam czas na wszystko.
Wspomniałeś na początku rozmowy o mediach społecznościowych. To tam doskonale widać twój lawinowy skok popularności. W planach sportowych twardo stąpasz po ziemi, a czy w tym aspekcie boisz się, że ta nowa sytuacja może cię zepsuć?
Wydaje mi się, że to ogarnę i nic mnie nie zepsuje. Zresztą najmocniejszy skok już miałem chyba po poprzedniej walce z Ibo Aslanem. Przez pierwsze dwa-trzy dni widziałem się wszędzie. Co nie przewijałem czy nie oglądałem, to w każdym miejscu byłem ja, ta walka i z niej highlightsy. Widziałem to także po przyroście obserwujących, wówczas w jednej chwili przybyło mi 60-70 tysięcy followersów. Ta sytuacja mi pokazała, że jestem ogarnięty.
W tym sporcie postrzegasz siebie za diament czy bardziej materiał, który potrzebował wielu lat ciężkiej pracy, by dojść do tego etapu, gdzie jesteś teraz?
- Ja zawsze ciężko pracowałem. Z jednej strony nie lubię mówić o sobie, ale gdzieś tam mówili, że jestem talentem, który trzeba oszlifować. Jednak to wszystko przyszło raczej konsekwencją, ciężką pracą i dyscypliną.
Często jest tak w różnych sportach, że człowiek na początkowych etapach przygody z dyscypliną szczególnie się nie wybija. Więcej przegrywa, w danych rocznikach inni uchodzą za większe talenty. Później jednak, gdy więcej zależy od wytrwałości i pracowitości, talenty odpadają, a ci z drugiego i trzeciego szeregu pną się coraz wyżej.
- Trafiłeś w sedno. Nawet mogę ci wyjawić i przytoczyć, jak to wyglądało ze mną. Gdy byłem w judo na etapie przejścia z dziecka do młodzika, nastąpił taki okres dwóch lat, że praktycznie co tydzień lub dwa tygodnie jeździłem po całej Polsce na zawody. I kończyłem na jednej walce, bo przegrywałem. Non stop przegrywałem, ale cały czas ciężko trenowałem i w końcu coś się przełamało. A wtedy zacząłem wygrywać. Najpierw mniejsze zawody, potem coraz większe, aż w końcu załapałem się do kadry olimpijskiej.
To kolejny przykład na to, że talent i iskra Boża są czymś pięknym, ale pomagają głównie na pierwszym etapie. A potem wielu usypia, co z kolei robi miejsce dla tych z najlepszymi charakterami do sportu.
- Otóż to. Jak mówisz, na talencie można jechać do pewnego momentu. Jeśli nie będzie się go szlifować i nad nim pracować, to jednak nie pozwoli pójść dalej.
Masz sportowego idola w światku MMA lub szerzej?
- Sportowo najbardziej jest nim Jon Jones. Ale tylko sportowo, bo poza klatką nieźle wywijał (uśmiech).
A co dalej z twoją ksywką? Pozostaniesz wierny polskiemu "Rudemu", pójdziesz w anglojęzyczne "Red" lub "Ginger", czy masz pomysł na inny, międzynarodowy nickname?
- Chyba zostanę przy "Rudym". Bo już nawet nauczyli się go wymawiać. Poza tym też fajnie brzmi i jest taki mój, charakterystyczny. Każdy mnie kojarzy i jak tylko pada "Rudy", to wiadomo, że chodzi o mnie. To się przyjęło, komentatorzy i inni opanowali wymowę twardego "r", więc raczej… Na pewno przy nim zostanę.
Gdybyś miał komfort wskazania swojego następnego rywala, to kto by nim był?
- Może, może, może… Czekaj chwilę, niech pomyślę. Może Ion Cutelaba? Byłby dla mnie fajnym przedsionkiem z pogranicza top 15, zresztą też tyle co wygrał walkę z Oumarem Sy. Byłoby fajnie, bo on też wygrał z Ibo Aslanem. Moglibyśmy dać fajny pojedynek. Widziałem, że on też wchodzi na wymiany, zna trochę grapplingu, więc można by było dać ciekawą walkę.
Rozmawiał Artur Gac, Interia














