Reklama

Reklama

Michał Kita: Na świecie wiedzą, że jestem fighterem

W walce ceni najtwardsze zasady i rzadko pozwala się wykazać sędziom punktowym. Równie bezkompromisowy jest poza klatką lub ringiem. Bez problemu porusza tematy, których inni zawodnicy wolą unikać. Oto Michał "Masakra" Kita, czołowy zawodnik wagi ciężkiej w kraju, który 30 listopada na Thunderstrike Fight League w Zabrzu spróbuje zrewanżować się D.J. Lindermanowi za porażkę sprzed sześciu miesięcy i zrobić kolejny krok w stronę wymarzonego kontraktu z UFC.

INTERIA.PL: Pierwszą zawodową walkę stoczył pan w wieku 26 lat. Trochę późno...

Michał Kita: - Późno. Sytuacja życiowa zmusiła mnie do wyjazdu z kraju. Za pieniędzmi trafiłem do Anglii. Zawsze ciągnęło mnie do sportów walki, dlatego poszedłem do klubu prowadzącego treningi MMA. Trenerzy zobaczyli, że mam dobrą bazę zapaśniczą i szybko załatwili mi pierwszą walkę.

Mówi pan o dobrej bazie zapaśniczej. Jak dobrej?

- Trenowałem zapasy przez kilkanaście lat. Skończyłem w wieku 19 lat i zacząłem trenować dzieci, młodzież, a potem kadetów i juniorów. Pracowałem jako trener przez pięć lat.

Reklama

Walczył pan przez te lata?

- Nie, po zakończeniu kariery zapaśniczej nigdzie nie startowałem. Cały czas byłem w ruchu, ćwiczyłem na siłowni, ale nie walczyłem na zawodach.

MMA na dobre zaczęło się dopiero w Anglii?

- Tam zaliczyłem trzy pierwsze walki. Po trzeciej, notabene przegranej, zdecydowałem, że będę to robił zawodowo. Zapasy i parter szły mi dobrze, musiałem poprawić boks i kickboxing. Wiadomo, najlepszy kickboxing jest w Holandii, dlatego postanowiłem wyjechać z Wysp Brytyjskich. Na 3-4 miesiące wróciłem do Polski, przez znajomych zorganizowałem sobie miejsce do spania i bazę treningową w Holandii. Mieszkałem tam i trenowałem przez 3,5 roku.

Dlaczego bardziej jest pan popularny w Europie niż w Polsce?

- No tak, ale nie zawsze tak jest, że najlepsi polscy zawodnicy walczą na tych najgłośniejszych galach transmitowanych w telewizji. W Polsce bardziej liczy się popularność i marketing niż poziom sportowy.

Największą federacją MMA w Polsce jest KSW. Miał pan z niej ofertę?

- Miałem w 2009 roku. Ta propozycja była obraźliwa, nie pozwalała nawet zwrócić połowy kosztów przygotowań. Nie mogłem jej przyjąć.

Jak pan ocenia poziom i popularność MMA w Polsce?

- Poziom rośnie. Popularność zrobiła się duża, ale problem w tym, że w kraju jest może kilku zawodników, którzy trzymają fason i odpowiednio wysoki poziom sportowy. Im nie zależy żeby błyszczeć "na szkle", a niestety wielu zawodników pcha się tylko do telewizji, chcąc zostać lokalnymi bohaterami.

Ta obecność na galach transmitowanych w telewizji nie jest dobrą okazją do wypromowania nazwiska, a co za tym idzie zarobienia konkretnych pieniędzy?

- To nie jest takie proste. Ja wiem ile zarabiają gwiazdy KSW. Mogę powiedzieć, że walcząc na galach, których nie ma w telewizji, zarabiam więcej niż jeden z mistrzów KSW. Takie są realia. Włodarze KSW bazują na tym, że mają telewizję. Dają tyle i tyle, a zawodnik jak mu mało, niech szuka na własną rękę sponsorów. Ja rozumiem takie zarobki na pewnym etapie kariery. Kiedy zaczynałem nie zarabiałem kokosów, ale jak się walczy w Rosji, Stanach i przyjeżdża do Polski, to się można złapać za głowę. Życie nigdy nie było sprawiedliwe. Weźmy piłkarzy z polskiej ligi. Nic nie grają, a są przepłacani i tyle się o nich mówi, robi z nich gwiazdy. Ja wiem, że świata nie zbawię, ale trzeba o pewnych rzeczach głośno mówić.

Nie porozumiał się pan z KSW, ale zaliczył jedną walkę w MMA Attack. Dlaczego tylko jedną?

- Walczyłem na pierwszej gali MMA Attack w Warszawie z byłym mistrzem UFC Ricco Rodriguezem. Potem pana Cholewę zjadło jego własne ego. Zupełnie inna była umowa na początku, inaczej mieliśmy budować MMA Attack. Właściciel otoczył się nieodpowiednimi ludźmi, zaczął ich słuchać i efekt jest taki, że na dzień dzisiejszy nie ma tej organizacji. Można było iść w dobrą stronę, łączyć marketing z wysokim poziomem sportowym, ale wyszło co się naprawdę liczy dla pana Cholewy. Zresztą nie tylko dla niego. Rozumiem, że dzięki Pudzianowskiemu w KSW zaczęło się mówić głośno o MMA, ale w złym kierunku poszła promocja tego sportu. Jeżeli MMA jest utożsamiane z Pudzianowskim, to to nie jest MMA.

Trzeba było jaśniej podkreślić przeciętnemu kibicowi różnicę między bohaterami freak-fightów, a prawdziwymi zawodnikami MMA?

- Dokładnie, a zrobiono z Pudzianowskiego bohatera. Nikt go z jego słów nie rozliczył, a opowiadał przecież, że będzie najlepszy i zostanie mistrzem świata, bo wygrał z Najmanem. Wszyscy widzieli chyba, że to był tylko i wyłącznie chwyt marketingowy, a nie walka. Ja nie mówię, żeby walczył ze mną, czy innym czołowym naszym ciężkim. Niech walczy z chłopakiem, który jest piętnasty w polskim rankingu. On i tak tej walki nie wygra. O czym my mówimy...

Pod względem komercyjnym angaż Pudzianowskiego był strzałem w dziesiątkę.

- Ja to doskonale rozumiem. Pudzianowskiego obejrzą cztery miliony w telewizji, a Kitę trzy tysiące na trybunach. To spora różnica, ale można było przy nim wypromować nas, czyli zawodników. To by była dłuższa droga, ale sportowa strona MMA by na tym zyskała.

A Mamed Chalidow?

- No tak, przynajmniej jego jednego wypromowali. Zresztą chciałbym zobaczyć Mameda z kimś konkretnym. Niby jest najlepszy w Polsce, ale dopóki nie powalczy z Tomkiem Drwalem zawsze będą wobec tego wątpliwości. Z kim on będzie walczył w grudniu?

Z Ryutą Sakuraiem.

- Z emerytowanym 42-letnim Ryutą Sakuraiem. Mało tego, Japończyk go w pierwszej walce pokonał, ale sędziowie pilnowali żeby Mamed nie przegrał i dali remis. Nikt tego głośno nie mówi, a taka jest prawda.

Często mówi pan wprost to, co myśli. Nie ma pan z tego powodu kłopotów?

- Jak się mówi prawdę, to robią z człowieka oszołoma, ale jak ktoś w tym siedzi to wie, że mam rację. Znam świat polskiego MMA od podszewki. Jak wróciłem do Polski w 2010 roku to nie umiałem się w tym wszystkim odnaleźć. Tutaj nie liczy się sport, tylko kicz i chłam. Im więcej krzyczysz i mówisz, tym chętniej jesteś brany do walki. Nieoficjalnie 95 procent zawodników mi przyznaje rację, ale boją się to powiedzieć na głos, bo chcą walczyć. Ja nie mam tego problemu, nie jestem od nikogo uzależniony. Mam kontakty międzynarodowe, staram się walczyć jak najwięcej za granicą. Fajnie by było walczyć w Polsce, ale nie będę za wszelką cenę dążył do tego, żeby zostać lokalnym polskim bohaterem. Ja się chcę bić z najlepszymi na świecie.

Powiedział pan kiedyś, że przyjmie każdą walkę, jeżeli tylko pieniądze będą się zgadzać.

- Zawsze powtarzam, że jestem jak najemnik. Nigdy nie wybieram przeciwnika, dlatego bardziej jestem znany w Europie, Rosji i Stanach. Tam wiedzą, że jestem fighterem, a nie że dobieram przeciwników i nabijam na nich rekord. Potem jadą tacy z nieskazitelnym rekordem na poważną galę i dostają w dupę.

Jak w boksie.

- Dlatego polski boks upadł. Nasi zawodnicy robią sztucznie rekordy, przykład Wawrzyka. Rekord 27-0, jedzie do Powietkina i nawet prostego nie jest w stanie zadać. Ten sam model zaczyna funkcjonować w polskim MMA.

Mówi pan, że chce walczyć z najlepszymi, a ci są w UFC. Jest jakaś oficjalna droga do tej organizacji?

- Były luźne rozmowy z UFC, ale ich oferta finansowa mi nie odpowiadała. Poza tym miałem wtedy jeszcze ważny kontrakt na dwie walki za granicą. Teraz przegrałem z Lindermanem, więc nie ma tematu. Szkoda, miałbym piątą wygraną z rzędu i na bank przy okazji UFC w Polsce by się do mnie zgłosili.

Po porażce z Lindermanem jak bardzo wydłużyła się droga do UFC?

- Musiałbym wygrać 2-3 najbliższe walki, żeby w ogóle wrócić do rozmowy. Oni patrzą na wyniki kilku ostatnich walk. W przyszłym roku kończę 34 lata. Gdyby mi się udało 7-8 walk stoczyć dla UFC i gdzieś w wieku 38 lat zakończyć karierę, byłbym zadowolony, ale nie chcę trafić tam tylko dlatego, że gala będzie w Polsce.

30 listopada w Zabrzu na Thunderstrike Fight League po raz drugi zmierzy się pan z Lindermanem. Załóżmy, że pan wygra, co dalej?

- Jeżeli nie będę porozcinany i ominą mnie w tej walce kontuzje, to w połowie grudnia będę walczył w Rosji. W tej chwili myślę tylko o Lindermanie.

Czy to, że gala jest w pańskim rodzinnym Zabrzu ma jakieś znaczenie?

- Presja jest większa, ale nie mam z tym problemów. Wszyscy będą chcieli zobaczyć moje zwycięstwo, poza tym nie mogę sobie pozwolić na drugą porażkę z tym samym zawodnikiem.

Po porażce z Lindermanem powiedział pan, że się przetrenował. Inaczej przygotowywał się pan zatem do rewanżu?

- Tak, wprowadziłem pewne zmiany. Lubię sparować, sparowałem nawet 3-4 razy w tygodniu, teraz ograniczyłem się do maksymalnie dwóch dni sparingowych. Współpracowałem z dietetykiem, fizjologiem. Przepracowałem dwanaście tygodni, widzę efekty, wyraźnie zredukowałem poziom cholesterolu we krwi, lepiej się czuję. Ostatni etap przygotowań to już leczenie drobnych urazów po sparingach, odzyskiwanie świeżości i oczekiwanie na apogeum formy. Ma nadejść 30 listopada.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Wywiad autoryzowany

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje