Reklama

Reklama

Łukasz Jurkowski dla INTERIA.PL: Budzę się szczęśliwy

Łukasz Jurkowski przez lata był w czołówce polskich zawodników MMA. Stoczył 25 walk: 15 wygrał, 10 przegrał. Po zakończeniu kariery skupił się na pracy komentatora. Wraz z doświadczonym redaktorem Andrzejem Janiszem stworzył duet, bez którego trudno wyobrazić sobie poważną galę. Słynie z bezkompromisowości i opinii wywołujących burzliwe dyskusje wśród kibiców. Oto "Juras", głos polskiego MMA.

INTERIA.PL: W marcu 2011 roku po 10. porażce w karierze, zgodnie z danym wcześniej słowem, honorowo pożegnał się  pan z zawodowym sportem. Nie korciło pana, żeby wrócić do MMA?

Łukasz Jurkowski: - Cały czas, może nie korci, ale brakuje mi tej całej atmosfery, stresu i adrenaliny. Ale bardziej liczy się dla mnie to, żeby być fair wobec siebie i tego, co sobie założyłem i być uczciwym wobec wszystkich ludzi, którym zapowiedziałem, kiedy skończę karierę. To ja muszę codziennie rano spojrzeć w lustro i wciąż mieć do siebie szacunek.

Padały propozycje nie do odrzucenia? Pewnie niejedna organizacja chciała u siebie rozreklamować pana powrót...

Reklama

- Tak, jakiś czas po zakończeniu kariery miałem propozycję walki dla innej federacji ("Juras" przez lata był związany z KSW - przyp.red). Gdybym dobrze policzył ile zarobiłem w ringu, wyszłoby, że jednorazowo wyciągnąłbym zdecydowanie więcej.

Co pan najmilej, a co najgorzej wspomina ze swojej kariery sportowej?

- Nie patrzę na to w ten sposób. Cała moja kariera począwszy od sportu amatorskiego przez taekwondo po MMA to mega fajna przygoda, dlatego nawet porażki wspominam bardzo mile.

Po zakończeniu kariery świetnie odnalazł się pan w roli komentatora i prowadzącego programy poświęcone MMA. Ma pan teraz spojrzenie na dyscyplinę z dwóch stron barykady. Po której jest panu łatwiej?

- Zdecydowanie łatwiej jest komentować to wszystko z boku i kręcić programy. Powiedzmy sobie szczerze, że sporty walki to nie jest najzdrowszy sposób spędzania wolnego czasu. Teraz czuję się bezpieczniej (śmiech). Wyjście do klatki wiąże się z ryzykiem, każdy zawodnik na poziomie zawodowym i amatorskim musi je podjąć i liczyć się z konsekwencjami. Praca w mediach takiego ryzyka za sobą nie niesie, chociaż mniej się sypia, gorzej się jada i jest masa roboty, ale daje taką fajną, lajtową satysfakcję.

Słyszałem, że jest pan jedną z najbardziej zapracowanych osób w polskim środowisku MMA.

- No tak. Staram się wykorzystywać popularność MMA. Nie oszukujmy się, póki co jesteśmy razem z Andrzejem Janiszem monopolistami na tym rynku. Telewizja, portale internetowe, prasa w pierwszej kolejności kontaktują się z nami, a my tą robotę bierzemy albo razem z Andrzejem, albo osobno. Do tego dochodzą seminaria, treningi, tak naprawdę cały mój dzień kręci się wokół MMA. Mało sypiam, ale budzę się szczęśliwy.

Na antenie bardzo dobrze uzupełniacie się z Andrzejem Janiszem. Jak ta współpraca się zaczęła? Doświadczony redaktor udzielał panu wskazówek?

- Zdecydowanie! Już po pierwszej wspólnej wizycie w studiu Andrzej wypisał wszystkie błędy językowe, jakie popełniłem. I tak, konsekwentnie, do dzisiaj to trwa. Każdy błąd jest poprawiany przez Andrzeja: od prostych leksykalnych po wymowę, akcentowanie i sposób budowania zdań. Wiele błędów u mnie wyeliminował. Ja od siebie w komentarzu dodaję naturalność i emocje. Opieram się na emocjach, bo strasznie mnie kręci ten sport.

Niewielu komentatorów zna tak blisko zawodników, których walki relacjonuje. Czy trudne jest komentowanie znajomych i przyjaciół w akcji?

-  Tak. O wiele łatwiej przychodzi mi komentowanie UFC. Tam walczą wielkie gwiazdy, ale dla mnie jest łatwiej. Jak jest kolega w ringu, a czasem ktoś, z kim znam się bliżej, to zdarza się, że bardziej przeżywam to, jak walka przebiega, a nie skupiam się na tym, żeby sensownie i obiektywnie o niej opowiedzieć. Ciężko być komentatorem, kiedy w klatce czy w ringu walczy kolega.

Zdarzają się pretensje od kolegów po walce?

- Pretensji nie mieli, mają dystans do tego jaki jestem prywatnie, a co robię zawodowo. Staram się mówić 100 procent prawdy, opowiadać to, co widzę. Krytykuję, ale ubieram to w takie słowa, żeby nikt się potem na mnie mocno nie obraził. Bywa zabawnie, ale jak ktoś jest słaby, to muszę powiedzieć, że tak jest. Różnica jest taka, że jak walczy kolega, to nie powiem, że jest masakrycznie słaby, tylko "mógłby poradzić sobie lepiej". Trzeba inaczej dobierać słowa.

W niedawnej rozmowie z nieoficjalnym forum KSW powiedział pan, że w tym co robi nie ma miejsca na koleżeńskie układy. Ambitne, ale i trudne zadanie. Nie przybywa panu przez to wrogów?

- Wrogów może nie, ale ja nie jestem od tego, żeby wszystkich głaskać po głowie, bo jeżeli nam wszystkim, czyli organizatorom, zawodnikom i kibicom zależy na tym, żeby z naszym MMA było lepiej niż jest teraz, to trzeba wytykać błędy. Często wyrażam opinie, które nie podobają się innym osobom. Zdarzają się tarcia, ale osoby ze środowiska wiedzą, że taką mam pracę. Cenię sobie swoje zdanie, każdy ma prawo się z nim zgodzić lub nie. Staram się nie mówić o sobie "dziennikarz", prędzej jestem kimś, kto gdzieś tam obija się o media. Wciąż czuję się zawodnikiem i bardzo często mój punkt widzenia jest taki, jakbym wciąż był w klatce.

Ostatnio na swoim blogu wziął pan na tapetę walki celebrytów w MMA. Wiemy o co chodzi: celebryci mają zwiększyć oglądalność, w związku z tym, czy organizatorów stać na to, żeby wykreślić ich z rozpiski?

- Myślę, że nie. Cały czas to jeszcze jest potrzebne, bo to rzeczywiście jest walka o widza. Tyle że trzeba oddzielić pojedynek celebryty - sportowca od celebryty, który nigdy nic nie miał wspólnego ze sportem, a bardziej znany jest z bywania na weekendowych imprezach, gdzie może dobrze zjeść i się polansować.

Zastrzegł pan, że nie ma na myśli Mariusza Pudzianowskiego i Iwony Guzowskiej, której klasa sportowa jest niepodważalna. Czyli oberwało się MMA Attack za zestawienie Roberta Burneiki z Dawidem Ozdobą?

- Nie zamierzam nikogo obrażać, natomiast to jest właśnie ten niebezpieczny trend, który chcą organizatorzy dużych gal w Polsce wprowadzać, aby za wszelką cenę kupić widza pchając do ringu coraz większą kontrowersję. Byli sportowcy, osoby popularne, które mają etos pracy sportowej i wiedzą, co znaczy wylać litry potu na treningu są w porządku - takimi osobami można się posiłkować ustalając obsadę freak fightów. Na drugim biegunie jest chociażby Dawid. Był striptizer, co będzie dalej? Aktorzy, piosenkarze? Nie róbmy ze sportu, który jest dla mnie i dla wielu całym życiem wrestlingu. Nie idźmy w tą stronę, bo za chwilę okaże się, że MMA Attack i KSW to będzie cyrk, a nie MMA, a w tym kierunku może to zmierzać. MMA Attack jest na początku rozwoju, natomiast nie wiem, czy KSW w walce o widza nie zapomina o tym, co jest najważniejsze, czyli o stronie sportowej.

Wspomniana Iwona Guzowska w przyszłym roku zadebiutuje w ringu KSW. To znakomita mistrzyni, ale i posłanka. Czy parlamentarzystka powinna walczyć w MMA? Sporo jest głosów sprzeciwu.

- Dla mnie Iwona Guzowska jest przede wszystkim wielką mistrzynią sportową, a to, że jest posłanką Platformy Obywatelskiej to jeden z jej dalszych tytułów. Jej obecność w mediach, które dotąd o MMA nie mówiły, popularyzacja dyscypliny może okazać się dobrym strzałem KSW, jak nie w dziesiątkę, to przynajmniej w ósemkę. To, że jest posłanką, nie ma większego znaczenia.

Co pan sądzi o PPV? Czy to nie jest pułapką dla rozwoju i popularyzacji MMA w Polsce, że dostęp do gali wykupuje 80-100 tysięcy widzów, a nie ogląda jej kilka milionów w ogólnopolskiej stacji?

- To jest znak czasu, także w Polsce zaczynamy płacić za duże wydarzenia sportowe. Absolutnie nie neguję samej idei PPV, rozumiem też, dlaczego dotarło również do KSW. Oni mają towar, na którym chcieliby zarabiać pieniądze i sprzedawać ludziom dostęp do gali, a nie pokazywać jej za darmo. Chcą, żeby to był towar ze środkowej półki w ekskluzywnym sklepie. Chęć zarabiania pieniędzy jest zrozumiała, myślę, że każdy na ich miejscu postąpiłby  tak samo. Tyle że stoimy przez to w miejscu z rozwojem dyscypliny. Ludzie troszeczkę na PPV się obrażają i okaże się, że przez pryzmat PPV będą obrażać się na MMA.

A jak PPV oceniają zawodnicy? O ile dobrze pamiętam Jan Błachowicz wypowiadał się negatywnie o tej formule. Zawodnicy mają swoich reklamodawców, a firmom, które wykładają pieniądze na reklamy zależy na większym zasięgu, a nie na zawężaniu grupy potencjalnych klientów.

- Zgadza się. Z resztą nie tylko Janek Błachowicz, ale i wielu innych zawodników z absolutnego topu polskiego MMA również jest przeciwna. PPV zabiera im sponsorów. Może nie połowa całej gaży za walkę, ale przynajmniej 1/3 wynagrodzenia, czyli przy zarobkach w Polsce kwota potrzebna zawodnikowi do rozwoju, pochodzi od reklamodawców. Wprowadzenie przez KSW licencji dla sponsorów utrudni ich pozyskiwanie. Żadna z małych firm, która stara się dotować zawodnika dając mu 1-2 tysiące złotych na przygotowania nie zapłaci 10 tysięcy za licencję, żeby pokazać się na gali, którą ogląda 70 tysięcy ludzi. Nie do końca Maciek i Martin (właściciele KSW - przyp.red) wszystko to przemyśleli zanim zaczęli wcielać w życie. Zawodnicy trochę dostają po dupie przez PPV i to nie jest żadna tajemnica. Przez wprowadzenie licencji też dostaną po dupie i zaraz okaże się, że będą walczyli tylko i wyłącznie za podstawową gażę od federacji KSW, a przywołując wspomnianego Janka Błachowicza, to może być kwota, która nie wystarczy mu na solidne przygotowanie się do walki, a jeszcze z czegoś trzeba żyć.

Uzasadnienie słyszałem takie: wprowadzamy PPV, żeby za jakiś czas mieć pieniądze na lepszych zawodników, lepsze gale i ciągłe podnoszenie poziomu. Mydlenie oczu?

- Pamiętam tekst z portalu MMARocks bardzo dobrze podsumowujący takie rozumowanie. Jeżeli ktoś ma firmę, to najpierw musi w nią zainwestować pieniądze, aby podnosić jakość swojego produktu i wtedy sprzedać go klientom, a nie liczyć na to, że klienci sami zapłacą za to, żeby firma miała się dobrze. To dobrym produktem kusi się klienta, aby za ten produkt zapłacił. O tym KSW troszeczkę zapomniało.

Nie chcę, żeby nasza rozmowa przerodziła się w otwartą krytykę KSW, ale jeszcze kilka tematów chciałbym związanych z federacją poruszyć. Dlaczego największa gwiazda KSW, Mamed Chalidow, nie jest mistrzem w swojej kategorii wagowej? Czy nie za bardzo poszedł w stronę wizytówki, twarzy federacji, kosztem walki o pas?

-  Mówimy o KSW, bo są najwięksi. Zdaję sobie sprawę z tego, że walki o pas nie ma, bo musiałby walczyć z Michałem Materlą. Obaj zawodnicy mówią, że tej walki nie chcą, znają się poza ringiem i kropka. Oczywiście jest to walka, którą chciałoby zobaczyć wielu fanów MMA. Tyle że musimy sobie zadać pytanie na ile to jest jeszcze sport, a na ile kreowanie wizerunku zawodnika i budowanie na tym całej gali? Mamed jest obecnie bezwzględnie najlepszym zawodnikiem w Europie i wydaje mi się, że trzeba by go było sportowo wypchnąć wyżej. Powinien walczyć o pas, powinien być mistrzem. Do pojedynku z Michałem Materlą powinno dojść. Gdyby dostali odpowiednią propozycję finansową, to by do ringu weszli, a koleżeństwo nie miałoby znaczenia. Oni są profesjonalistami, potrafiliby na czas walki odłożyć przyjaźń na bok. Na świecie jest mnóstwo takich pojedynków, w UFC bardzo często rywalizują ze sobą koledzy. Ranią się naprawdę bardzo mocno, ale wiedzą, że to jest ich praca. Myślę że z pasami w KSW jest problem. Nie do końca są tak wartościowe jak być powinny.

Michał Materla często dostaje rywali w spadku po Mamedzie Chalidowie. Jak się panu podoba, lub nie podoba, taki ruch organizatorów?

- Zdecydowanie mi się to nie podoba. Moim zdaniem jest to bardzo nie fair w stosunku do swojego mistrza, że daje mu się zawodników "po" Mamedzie. Słaby trend. To trochę brak szacunku do umiejętności i trudu, jaki musiał Michał Materla włożyć w to, żeby ten pas zdobyć. A tu przyjeżdża zawodnik, przegrywa z Mamedem i dostaje walkę o pas. Nie tak buduje się rankingi, nie tak buduje się swojego mistrza. Takie zestawienia troszeczkę psują wartość tego mistrzowskiego pasa.

W programie Fight Raport wraz z Pawłem Kowalikiem poruszył pan temat konfliktów w polskim MMA. Każdy chce coś dla siebie ugrać, zamiast wspólnie rozwijać i promować dyscyplinę?

- Tak, to jest ten problem. Natomiast nie wyolbrzymiałbym tematu, bo wielkich, poważnych konfliktów w środowisku nie ma. Dyscyplina wciąż jest bardzo młoda. Ten sport się rozwija. Przykład KSW pokazuje, że można zarobić sporo pieniędzy. MMA Attack też radzi sobie całkiem nieźle, są gale, które pracują nad swoją marką, żeby na ich gale przychodziło po kilka tysięcy osób. Problem w tym, że zaczynają liczyć złotówki, zanim klient do nich przyjdzie. Bardzo często popełniają ten błąd. Wynikają z tego różne niepotrzebne konflikty. Każdy chce zarobić jak najwięcej pieniędzy wykorzystując popularność MMA, ale to nie jest jeszcze moment, w którym można, kolokwialnie mówiąc, wyciągnąć z MMA "hajs". KSW pracowało nad tym dobrych kilka lat. Jak ktoś założył organizację, zrobił kilka gal i liczy na "kokosy", to się przeliczy.

Jak pan ocenia rozwój MMA w Polsce, a co za tym idzie poziom naszych zawodników?

- Od strony sportowej, jeśli chodzi o zawodników, myślę, że jest bardzo dobrze. Tylko oni muszą mieć okazje do sprawdzenia się z najlepszymi w branży. Wiadomo, że najlepsi są w Stanach Zjednoczonych. UFC to taka liga mistrzów. Brakuje tak naprawdę sprawnych menedżerów, którzy będą w stanie przekonać włodarzy UFC, aby ci dali szanse naszym zawodnikom. Przykładem, że można tam trafić jest Daniel Omielańczuk, który swoim wyśrubowanym rekordem, walkami na Wschodzie i tym, że jest w wadze ciężkiej, w której UFC ma braki trafił do tej ligi mistrzów. Problemem jest brak odpowiednich menedżerów, bo od strony sportowej jesteśmy gotowi na UFC.

Dla osób z branży pewnie nie jest niespodzianką angaż Daniela Omielańczuka przez UFC, natomiast dla przeciętnego kibica karmionego wiadomościami z KSW i MMA Attack na pewno tak. Jak to jest, że do UFC trafia osoba, o której w Polsce głośno się nie mówi, a ci obecni w mediach i łączeni z UFC nadal czekają na swoją szansę?

-  Może właśnie o to chodzi, żeby jak najmniej rozdmuchiwać to wszystko, a po cichu dopiąć szczegóły kontraktu i potem to ogłosić, tak jak to zrobił Daniel Omielańczuk z całym swoim sztabem. Plotki zawsze są i będą, ludzie je lubią, dziennikarze też z tego żyją. To jest dobry przykład na to, że nie trzeba dużo gadać, żeby znaleźć się w UFC.

Jak pan ocenia potencjał Daniela Omielańczuka pod kątem UFC?

- Znam Daniela od początku jego sportowej kariery. To nie jest najmłodszy zawodnik, ale wciąż się rozwija w każdej płaszczyźnie walki. To dobry striker, uderza naprawdę mocno, do tego jest mańkutem. Mam okazję z nim sparować w Nastula Team, więc wiem, że jego ciosy i kopnięcia bolą. Do tego zapasy i parter ma na dobrym poziomie. Ma słuszną wagę: 115 kg. Jest mocny psychicznie, ma spory dystans do świata, więc raczej się nie spali atmosferą gali. Sportowo jest bardzo dobrym zawodnikiem, ale przespanym w Polsce. Kilkakrotnie lobbowałem za nim w KSW i MMA Attack. Nie wyszło, a okazuje się, że teraz będzie bił się z najlepszymi. O ile na absolutny top wagi ciężkiej UFC nie jest jeszcze gotowy, to myślę, że tą drugą dziesiątkę spokojnie jest w stanie poobijać.

Widzi pan kolejnych zawodników, którzy mogliby w najbliższym czasie podążyć jego śladem?

- Problem leży w menedżerach. Mamed Chalidow, a wcześniej Janek Błachowicz i Michał Materla wszyscy mieli umowy menedżerskie z KSW, więc był w tym zrozumiały konflikt interesów. Jeżeli ktoś inwestuje w wizerunek zawodnika promując go, to nie po to, żeby go potem wypuścić. W przypadku Mameda cały czas za jego menedżerkę odpowiadają chłopaki z KSW, więc te negocjacje z UFC z góry były skazane na porażkę. Na pewno oprócz Mameda, Janka i Michała szansę na angaż w UFC mieliby Damian Grabowski, Marcin Held i Piotr Hallmann: ci zawodnicy mają papiery na to, aby rywalizować z najlepszymi.

Znając realia UFC uważa pan, że temat Mameda Chalidowa upadł, czy strony wrócą do rozmów proponując lepszą ofertę finansową?

- Te pogłoski, jakie śmigały po internecie o wysokości kontraktu dla Mameda, czyli 20 tysięcy dolarów za walkę plus drugie tyle za zwycięstwo, to są dobre warunki dla zawodnika z Europy, który w USA jest postacią anonimową dla szerszej publiczności. Oczywiście zagorzali fani MMA wiedzą, kto jest najlepszym średnim w Europie, ale chodzi o szerzej rozumianą rozpoznawalność. Kontrakt 20+20 to były bardzo dobre warunki jak na pierwszą walkę, z drugiej strony UFC nie jest chyba świadome, jakie pieniądze Mamed zarabia w KSW. Gdybym był na jego miejscu i miał do wyboru mniejsze pieniądze i walki z najlepszymi w UFC, albo pozycję gwiazdy i świetne zarobki w Polsce pewnie postąpiłbym tak, jak Mamed.

Na sam koniec zapytam o coś, co pewnie zaciekawi fanów MMA. Ma pan wymarzony fightcard, jaki można zakontraktować w polskich realiach?

- Zdecydowanie! Zestawienie topowych zawodników w swoich kategoriach wagowych z KSW z MMA Attack. Niech biją się o mistrzostwo Polski MMA. To byłoby fajne.

Pomysł ciekawy, tyle że Martin Lewandowski u pana i Kamila Wolnickiego w programie stanowczo odrzucił taki pomysł...

- Wiadomo, utopia pełna, ale pamiętajmy, że karty KSW i MMA Attack rozdaje Polsat. Jak Polsat będzie chciał to zrobić, to to zrobi.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Wywiad autoryzowany.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje