Reklama

Reklama

KSW 59. Mariusz "Pudzian" Pudzianowski dla Interii: Walka nie wyjdzie poza dwie rundy. Ubiję go, jak kotleta

- Powiem szczerze, że nie przypuszczam, by przeciwnik fizycznie był silniejszy ode mnie. Załóżmy: na dzień dzisiejszy bierzemy "walizeczki" ważące 180 kg i ruszamy na czas, kto szybciej z nimi przebiegnie. Patrząc na jego ruchy, zrobiłbym rundę i jeszcze bym mu pomachał "pa pa" - mówi w rozmowie z Interią Mariusz "Pudzian" Pudzianowski, bohater walki wieczoru sobotniej gali KSW 59.

Artur Gac, Interia: Podejrzewam, że w ogromnych gabarytach rywala, przynajmniej w założeniach, akurat ty możesz widzieć swój atut, bo doskonale pamiętamy z jaką górą mięśni i budową przechodziłeś do MMA...

Mariusz Pudzianowski: - Oczywiście! Ja to po prostu dosłownie przerobiłem. Wchodząc do MMA wydawało mi się: "a co tam, ja sobie nie poradzę?". Mówię teraz z pełną świadomością: tak, przez dwie minuty mogłem się bić z mistrzem świata w MMA. Przez dwie minuty. Później mogli przynosić nosze i mnie wynosić. Wracając po pięciu minutach walki do narożnika, wychodziłem z niego po minucie odpoczynku w gorszym stanie niż byłem chwilę wcześniej. Po prostu nie jest to takie proste, żeby się odnaleźć, tu trzeba umiejętnie rozkładać siły. MMA jest naprawdę specyficzne. To nie zapasy, to nie boks, to nie ju-jitsu, a zupełnie inna specyfika sportu walki. I trzeba wiedzieć, kiedy przyklinczować, kiedy uderzyć, w którym momencie zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Nawet mistrz świata w boksie, jeśli tu przyjdzie, może zostać bardzo szybko "poskładany". A ja już nieraz klękałem w klatce i brakowało mi tlenu. Tak więc ten smak mam już za sobą i wiem, jak to boli.

Reklama

Pierwsza część rozmowy z "Pudzianem" - kliknij TUTAJ!

Ciekawe w tym kontekście jest to, że w senegalskich zapasach walczy się trzy rundy po 10 minut, więc "Bombardier" daje do zrozumienia, że dla niego walka z tobą w klatce to tylko 3x5 minut. Jest w błędzie?

- Tylko? Aż trzy rundy po pięć minut! Przychodzili do nas pięściarze, którzy biją się w ringu dwanaście rund po trzy minuty, a w MMA nie potrafią wytrzymać jednej rundy. Gdy człowiek zostanie pociągnięty do parteru i ma z tych pleców wstać, a dostanie dwie "bomby" na głowę, wtedy czar pryska. Jak jeszcze dostaniesz na wątrobę, to od razu zabiera ci tlen. Mój rywal dotąd po prostu nie poczuł, co w MMA oznacza brak tlenu. Biłem się naprawdę z mistrzami Polski w zapasach pod kątem MMA. Gdy taki zawodnik w pewnym momencie dostawał jedną "bombę", wszystko się kończyło, bo zaczął się gubić. Powiem szczerze, że nie przypuszczam, by przeciwnik fizycznie był silniejszy ode mnie. Dzisiaj, gdybyśmy poszli na siłownię, to w wyciskaniu nie ma ze mną polotu, podobnie w przysiadach. W martwym ciągu? Też nie. Nawet na biceps... Nie tak dawno, jeszcze półtora miesiąca temu, ważącą 100 kg sztangę brałem i sobie nią machałem. Nawet jeszcze trzy miesiące temu położyłem się na ławeczce i spokojnie podniosłem sobie 180 kilogramów dwadzieścia razy. Więc chyba fizycznie by mi nie dorównał. No i załóżmy: na dzień dzisiejszy bierzemy "walizeczki" ważące 180 kg i ruszamy na czas, kto szybciej z nimi przebiegnie. Patrząc na jego ruchy, zrobiłbym rundę i jeszcze bym mu pomachał "pa pa" (śmiech). Tę jego siłę biorę trochę z przymrużeniem oka, ale na pewno go nie lekceważę. Naprawdę podchodzę do niego, jak do mistrza świata. Nie ma tutaj jakiegokolwiek rozluźnienia, bo ma mało walk i niewielkie doświadczenie. Nie, nie, nie! Tam będzie skupienia, jak na mistrza świata.

Zapewne w ostatnim czasie siłą rzeczy trochę zgłębiłeś tajniki zapasów senegalskich. Czego się przede wszystkim dowiedział o tej dyscyplinie i o samym "Bombardierze"?

- Akurat lata świetności, podobnie jak ja, ma on już dawno za sobą. Jest zawodnikiem w moim wieku, czyli 44-letnim, ważącym 140-150 kilogramów. A odnośnie tamtejszych zapasów, są one specyficzne, ale bez możliwości uderzania pięścią w twarz. Jednak z gołej ręki mogą nimi machać, stoją szeroko i nie mają szczelnej gardy. Więc on, w naszej walce, będzie odkryty. A są to nawyki, które latami nabywał, więc w krótkim czasie na pewno nie będzie w stanie ich poprawić. Znam MMA od podszewki, a przed tą walką specjalnie pooglądałem sobie najróżniejszych zawodników, ważących od 130 kg wzwyż. I utwierdziłem się, że choćby był on mistrzem świata w jakiejkolwiek dyscyplinie sportu, to musiałby być arcytalentem, żeby przy tej wadze "dojechać" do końca w dobrym tempie trzy rundy po pięć minut. Uważam, że ta walka nie wyjdzie poza dwie rundy. Pierwsza runda może być dobra, a później pojedynek może stracić na jakości. Muszę uważać, żeby mnie gdzieś tam nie umęczył, a potem po prostu ubiję go, jak kotleta.

Sobotnia gala będzie transmitowana wyłącznie w systemie PPV. Nie możesz tego przegapić! Kliknij tutaj i zagwarantuj sobie dostęp do transmisji na żywo już teraz!

Zastanawiamy się, jak przy rywalu o takich gabarytach może przebiec zakończenie tego pojedynku, jaką techniką lub akcją możesz wygrać. Ja zastanawiam się nad obaleniami, mając w pamięci rozmowę z judoką Rafałem Kubackim, który na planie "Quo Vadis" stoczył słynny pojedynek z bykiem. Wiadomo, że kilkaset kilogramów nie da się podnieść i rzucić, ale masę ciała i napieranie przeciwnika można obrócić w atut, jeśli w idealnym momencie uda się wejść z akcją.

- Zgadza się. Nawet prościej jest położyć takiego wielkiego przeciwnika, dlatego że on ma inaczej rozłożony środek ciężkości. Jest to wielki, wysoki chłop, więc jeśli wejdziesz nisko w nogi, to nie ma, że boli - musi leżeć! Akurat mam chłopaków z Czeczenii, którzy zapasy trenują od dzieciaka. I taki chłopak, 80-kilogramowy, wchodzi mi w nogi i wykłada mnie, jak laleczkę. Gdy wejdziesz w odpowiednie tempo, po prostu bez problemu można większego przeciwnika wyłożyć. A zanim później taki słoń wstanie, jeszcze na głowę wyłapie kilka dobrych "placków" i już się nie podniesie. A ja, jak już się do niego dobiję, to nie dam mu wstać, bo będą szły "zdrowe kotlety". Poleci cztery lub pięć 10-kilogramowych młotków i wtedy już nie wstanie.

Słucham ciebie i mam wrażenie, że dodatkowo jesteś podekscytowany faktem, że on po prostu głośno padnie.

- Powiem ci, że go nie lekceważę, ale w głowie mam już wszystko narysowane, mniej więcej jak to będzie wyglądało. Wiadomo - mówmy sobie szczerze - on mnie nie złapie. Po prostu nie dam mu się złapać. Akurat bardzo dużo to trenowałem i, gdy tylko chciałby mi wejść w nogi, żeby mnie obalić, to nie będzie w stanie mnie przewrócić. Musiałbym sam się przewrócić, przypadkowo, gdyby na przykład wybił mnie z rytmu przy mojej próbie kopnięcia. Ale takiej sytuacji, gdy on sam by to sobie zaplanował, wszedł z ciosami i mnie wywalił, to nie. Od razu mówię, że mnie nie wywali.

Mówisz z wielką pasją, a ja mam pytanie nieco na kontrze, wymierzone w twój entuzjazm. Rok 2021 być może będzie twoim ostatnim w profesjonalnym sporcie, ostatnim w KSW i ogólnie MMA, czy temat pozostaje otwarty?

- Już bardzo się nad tym zastanawiam, bo jestem u schyłku. To jest moja końcówka. Oczywiście, że w głowie jeszcze jest jakiś zarys i chciałoby się pobić rok, dwa lub trzy. Ale nie! Jeszcze kilka razy dostarczę wam emocji, ale już bardzo krótko i chcę zostawić ten sport dla młodszych. Po prostu jestem świadomym człowiekiem i wiem, że do pewnego momentu mogę to porobić. Może wejdę jeszcze dwa, może trzy razy. Nie wiem do końca, ale to będzie maksimum i z rywalami, powiedzmy, w moim wieku. Metryki nie oszukamy, każdy ma swój top, a jestem świadomy swojego ciała. Pewnych przemian w organizmie po prostu nie jestem w stanie zatrzymać. Tak że, podsumowując, ten rok jeszcze na pewno się pobawię, troszeczkę następnego i to już będzie moja końcówka. Pewnego dnia trzeba będzie powiedzieć "dziękuję". Oczywiście, że ciągle będę trenować, bo lubię to robić i zamierzam do końca życia, ale już nie chcę robić tego wyczynowo. Chcę zacząć żyć, dlatego że to, co zbudowałem, jeszcze nawet nie jestem w stanie skonsumować w 10 procentach. To po to pracowałem 30 lat, żeby to wszystko sobie leżało? Nie. Ja chcę to po prostu "zjeść".

Rozumiem, że odpowiednio dużo tych dóbr nagromadziłeś.

- Jest tych dóbr, wszystkiego, różnych rzeczy materialnych. Chcę trochę pojeździć po świecie. Nawet jak przyjdzie niedziela, to mam ochotę wziąć sobie samochód off-roadowy, które mam i pojeździć. A teraz, po sześciu dniach intensywnego treningu, w niedzielę nie mam sił ani ochoty na przyjemności. A chcę skończyć dzień pracy w piątek o godz. 16 lub 17, w sobotę do południa odpocząć, a w niedzielę mieć energię na to, żeby sobie gdzieś wyjść lub pojechać. Na dzień dzisiejszy tej energii momentami brakuje, bo chcę przede wszystkim naładować baterie.

Tego czasu będzie pewnie też trochę więcej, żeby nie dać za wygraną... kretom. Z tego, co widziałem, wytaczasz ciężkie działa, by przygonić je ze swojego terenu.

- Na razie zostało wytoczone tylko średnie działo. Akurat to działo waży jedynie osiem ton (koparka - przyp. AG), ale na placu stoi jeszcze kilka takich dział, które mają ponad 20 ton. Więc już szykowane jest coś grubszego dla nich. Śmiejemy się z chłopakami, bo zaznaczają mi w ogrodzie "obcych", gdzie łamią noże od kosiarki. I mówią mi: "weź, pojeźdźij trochę po wykopkach". A że czasami lubię się pobawić takimi różnymi zabawkami dla dużych chłopców, to nieraz biorę sobie koparkę, a innym razem wywrotkę. To taka odskocznia od pracy w biurze. Ile muszę tam wysiedzieć, to siedzę, ale później, jak to mówię, wskakuję w kalosze, idę do ogrodu i bawię się różnymi maszynami.

Życzę ci tak samo dobrego humoru i energii po walce, jak na godziny przed nią.

- Dziękuję. I tak, jak zawsze mówię, na pewno tanio skóry nie sprzedam.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje