Reklama

Reklama

Krystian Pudzianowski dla Interii: Porównania do brata mnie nie denerwują

- Czy pandemia mocno odbiła się na moim życiu przez brak koncertów? Ja zawsze wychodzę z założenia, że stół ma cztery nogi i nawet jak dwie się wyłamią, to ustoję na dwóch pozostałych. Nie zajmuję się tylko muzyką i sportem. Mam też inne zajęcia, ciągnie mnie do rolnictwa - mówi w wywiadzie z Interią Krystian Pudzianowski, lider zespołu Pudzian Band, uczestnik walk MMA, brat Mariusza Pudzianowskiego.

Zbigniew Czyż, Interia: Denerwuje pana, gdy porównuje się Krystiana Pudzianowskiego do Mariusza Pudzianowskiego?

Krystian Pudzianowski: Nie denerwuje mnie to, zresztą nigdy nie denerwowało. Tak samo ja jestem jego bratem jak i on moim. Tyle, że jestem młodszy od Mariusza o cztery lata. To wszystko biorę z uśmiechem na twarzy. Już mnie to nie rusza.

Pan się skupia przede wszystkim na muzyce, droga do popularności w odróżnieniu od brata wyglądała zupełnie inaczej.

- Dokładnie tak. Gdybym chciał, to mogłem cały czas za Mariuszem raczkować. Też byłem strongmenem, też dźwigałem ciężary, ale poszedłem swoją drogą. Wybrałem scenę muzyczną. Natomiast w sportach walki jestem z Mariuszem od samego początku, czyli od jedenastu lat. Zainteresował mnie ten sport, też chciałem spróbować wejść do klatki niż tylko pod nią stać i oglądać, co się tam w niej dzieje.

Reklama

I co się tam dzieje?

- Wcześniej miałem na tyle dużo koncertów, że nie miałem czasu na walki. Teraz, w dużej mierze przez pandemię, zdecydowałem, że chcę wejść do klatki i spróbować, jak to jest. Chciałem poczuć tę adrenalinę. Gdy wszedłem pierwszy raz, nie mogłem wytrzymać piętnastu sekund z podniesionymi rękami. To jest bardzo ciężki kawałek chleba. Ja dopiero raczkuję w tym sporcie, jestem w nim od dwóch i pół roku. Walka w wadze ciężkiej jest naprawdę ciężka.

Podpatruje pan brata na treningach?

- Tak, chodzę z nim często na salę, zazwyczaj trenujemy razem trzy razy w tygodniu.

Jest pan wokalistą zespołu Pudzian Band. W ostatnim czasie popularna stała się piosenka "Dawaj na ring", ale w czasie pandemii musiał pan zweryfikować sporo muzycznych planów?

- Ja zawsze wychodzę z założenia, że stół ma cztery nogi i nawet jak dwie się wyłamią, to ja ustoję na dwóch pozostałych. Nie zajmuję się tylko muzyką i sportem, mam też inne zajęcia. Nie można się w życiu skupiać tylko na jednym zajęciu. Koncertowałem od siedemnastu lat, nagle zostało mi to zabrane i co mam powiedzieć? Co ja będę teraz robił? W życiu trzeba się trochę zabezpieczyć i pewne rzeczy wziąć pod uwagę. Mam co robić i z czego się utrzymywać. Wiecznie nie będę grał, nie będę uprawiał sportu, a muszę zapewnić rodzinie utrzymanie. Całe życie ciężko pracowałem, inwestowałem pieniądze, żeby w miarę spokojnie i normalnie żyć.

To jakie są te pana inne aktywności i zajęcia?

- Mam ziemię, sady, bawię się też rolnictwo. Jak to mówią, na kawałek chleba i trochę ciasta wystarczy.

W sierpniu ubiegłego roku urodziła się panu córeczka. Dodaje to chyba panu jeszcze większej motywacji do życia i pracy?

- Wcześniej nie mogłem za bardzo pojąć, jak to jest być ojcem. Zazwyczaj mówiłem, że jakoś to będzie. Ale gdy córka się urodziła mój świat całkowicie się zmienił. Już nie myślisz w tej sytuacji o sobie, nie myślisz o kimś, tylko najpierw jest dziecko, potem ty i inne osoby. Kiedy wracasz do domu z ciężkich treningów, jesteś czasami zły, coś ci nie wychodzi, ale gdy patrzysz na uśmiech dziecka to wszystko znika. Dla mnie dziecko jest całym światem. Razem z partnerką tworzymy ten nasz cały świat.

Jakie ma pan relacje z bratem Mariuszem?

- Odkąd pamiętam jesteśmy z Mariuszem blisko. Gdy startował w zawodach strongmanów, jeździłem z nim, pomagałem mu. Teraz często się widujemy na treningach. On jest tytanem pracy, ma wielką siłę, zazwyczaj waży 120 kilogramów, ja 108. Bardzo fajnie jest móc z nim trenować. Zawsze mi powtarza: Jeśli masz umierać,  to zrób to na treningu. Taka ciężka praca na sali potem znajdzie odzwierciedlenie w walce.

Przed Mariuszem Pudzianowskim wkrótce walka w KSW. 5 czerwca zmierzy się z Łukaszem "Jurasem" Jurkowskim. Jak się do niej przygotowuje?

- Ma na pewno bardzo dużą motywację do walki. Z Łukaszem znają się bardzo dobrze, szanują się, ale w klatce na pewno nie będzie wzajemnych uprzejmości. To są dwie ikony KSW. Jestem przekonany, że to będzie niezwykle elektryzujące spięcie. Mariusz zbliża się do końca kariery, Łukasz od dawna nie walczył. Kibice na pewno nie będą się nudzić.

Mówi pan, że Mariusz powoli kończy karierę, znana jest już ta ostateczna data?

- Mariusz już od czterech lat mówi, że kończy ze sportem. To jest jednak taki chłopak, że nie wierzę, że mógłby usiąść i nic nie robić. Ma bardzo dużo różnych pomysłów. Czasami sam mu mówię: Mariusz, może już byś skończył, odpowiada mi, no może jeszcze jedna lub dwie walki i dam sobie spokój. Dopóki zdrowie mu na to pozwoli, to jeszcze się trochę pobawi. Może rok, może dwa. Nie oszukujmy się, organizmu nie oszukasz, zaczyna się już coraz gorzej regenerować. Jeżeli człowiek całe życie jest w sporcie, to trudno jest z niego odejść. Mariusz ma też swoje biznesy, dlatego tym bardziej podziwiam go za wytrwałość.

Mariusz Pudzianowski nie zmaga się teraz z jakimiś problemami zdrowotnymi?

- Ta zbliżająca się walka będzie chyba pierwszą, przed którą brat nie ma żadnych problemów ze zdrowiem. Nie ma kontuzji ani dolegliwości. Jest potwornie zmotywowany, nawet trenerzy mówią mu, żeby mniej trenował. Mariusz zrzucił wagę już do 116 kilogramów, trzyma dietę i jestem pod dużym wrażeniem.

A jeśli ktoś mówi panu, że jest trochę w cieniu starszego brata, to co pan odpowiada?

- Nie zważam na to. Mariusz to jest Mariusz, ja to jestem ja. Obydwaj robimy swoje. To normalne, że on jest bardziej popularny, nie mam z tym żadnego problemu. Najważniejsze, że mamy ze sobą świetne relacje.

18 czerwca stoczy pan swój trzeci pojedynek w MMA. Do walki z Tomaszem Czikiem dojdzie podczas gali Marcina Najmana MMA VIP-2. Jak wyglądają przygotowania do tego pojedynku?

- Wszystko idzie w dobrym kierunku, często jestem na sali treningowej. Mało wiem o rywalu, na pewno mniej waży ode mnie. Od mojej ostatniej walki w ubiegłym roku z Piotrem Szeligą (przegrana Krystiana Pudzianowskiego - przyp. red) cały czas coś robiłem. Na pewno nie leżałem. Trenuję praktycznie cały rok na okrągło. Nie piję, nie włóczę się po mieście. Kiedy trzy dni z rzędu nie idę na trening, to od razu mi czegoś brakuje. Tam wyładowuję swoje złe emocje i ładuję baterie. W domu czeka na mnie córka i partnerka. Co więcej chcieć od życia? Oby tylko zdrowie było.

Kontuzji póki co żadnej nie ma?

- Na szczęście nie. Wyleczyłem wszystkie kontuzje. Miałem na to cztery miesiące. Moi lekarze mnie "posklejali". Na razie jest wszystko dobrze i odpukać tak będzie dalej.

To będzie jednorazowy pana występ w MMA VIP czy szykuje się jakiś dłuższy projekt?

- Jeżeli współpraca będzie się fajnie układała, to czemu nie. Z drugiej strony nie mam już piętnastu lat, tylko czterdzieści, choć czuję się jak dwudziestolatek. A na poważnie mówiąc, to organizm regeneruje się już dużo gorzej niż piętnaście lat temu. Pora powoli oddawać miejsce młodym. Ja czuję się spełniony, nikomu nic nie muszę udowadniać, poza sobą. Mam co robić, mam ADHD (śmiech), zajęć mi nie brakuje.

Jakie plany na najbliższą przyszłość?

- Cały czas coś tworzymy, nagrywamy. Miesiąc temu wydaliśmy nasz najnowszy utwór "Party" wraz z teledyskiem. Teraz pracujemy nad nowym folkowym utworem, ale nie chcę zdradzać szczegółów. Mogę powiedzieć tylko, że ta piosenka zostanie wykonana w duecie przez Pudzian Band i kapelę góralską. To będzie totalny odjazd.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Dowiedz się więcej na temat: Krystian Pudzianowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje