Reklama

Reklama

Czyste sumienie Mariusza Pudzianowskiego

Mariusz Pudzianowski nigdy nie osiągnie poziomu czołówki UFC. Nigdy nie osiągnie też poziomu Karola Bedorfa – pierwszego w historii mistrza KSW w wadze ciężkiej. Ale po sobotniej walce z Seanem McCorklem może z czystym sumieniem i satysfakcją spojrzeć w lustro.

Przed rewanżem z "Big Sexy" z ust siłacza padały górnolotne deklaracje. "Pudzian" nawiązał do pierwszej walki z Amerykaninem, której zakończenie rytmicznie odklepał, że prędzej da sobie ręce połamać, niż ponownie się podda. Mówił też, że w razie porażki trzeba go będzie wynieść z ringu.

Poleciał nawet "Hamletem" twierdząc, że to dla niego starcie o być albo nie być w MMA, a McCorkle dołożył, że chętnie po raz drugi rozprawi się z Pudzianowskim i zakończy jego karierę w tym biznesie.

Utytułowany strongman i ambitny facet, bo tego Mariuszowi odmówić nie sposób, w czerwcu przegrał z Amerykaninem w dwie minuty, prezentując więcej chaosu, niż umiejętności. Nie przypuszczałem, że mając za sobą zaledwie trzy miesiące przygotowań aż tak zmieni swoją postawę w ringu.

Reklama

W sobotni wieczór zobaczyliśmy innego, lepszego "Pudziana". Dobrze radził sobie w stójce, jeszcze lepiej w parterze, metodycznie obijając i męcząc coraz bardziej tracącego ochotę do dalszej walki McCorkle’a.

Wygrał bezdyskusyjnie, dając z siebie wszystko. Wywiadu Mateuszowi Borkowi udzielał na siedząco - nie z braku szacunku do dziennikarza Polsatu, tylko z wyczerpania. Ciężko harował przez kilka ostatnich miesięcy (słowa uznania dla nowego trenera siłacza - Piotra Jeleniewskiego i spółki), wyszedł do ringu i zostawił całe serducho i zapasy energii. Tak, jak robi prawdziwy sportowiec.

Co zmotywowało Pudzianowskiego do tak ciężkiej pracy? Widmo kolejnej porażki i pogorszenia swojej pozycji w oczach szefów KSW, a co za tym idzie słabej karty przetargowej przy negocjowaniu wysokości wynagrodzenia za kolejną walkę?

Być może, ale myślę, że chodziło o coś jeszcze. Po pierwszej walce z McCorklem "Pudzian" czuł, że to nie rywal był wirtuozem sportów walki, tylko on zawalił. Poskładał się do kupy, sportową złość wyładował na ciężkich treningach i ruszył na "Big Sexy" w optymalnej formie. W takiej jakiej chcielibyśmy go widzieć częściej.

Wyobrażam sobie, że w szatni po walce Mariusz z satysfakcją i czystym sumieniem spojrzał w lustro. Chwilę wcześniej udowodnił coś samemu sobie. Innym już od dawna nic nie musi udowadniać.

Autor: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje