Absolutna dominacja "Bestii". Polak uduszony. "Kiedy to się skończy?"
W drugiej walce wieczoru na gali XTB KSW 117 Phil De Fries przystąpił do kolejnej obrony pasa wagi ciężkiej. Tym razem rywala Brytyjczyka był Marcin Wójcik, który pierwotnie miał okazać się wyzwaniem dla mistrza, ale scenariusz był zupełnie inny. Czempion już na samym początku walki rozpoczął swoją grę i jeszcze w pierwszej rundzie doprowadził do brutalnego duszenia, przez które zwyciężył bój. Anglik od 8 lat w KSW jest niepokonany. Eksperci i internauci dalej zastanawiają się, kiedy skończy się dominacja brytyjskiego mistrza.

Podczas gali XTB KSW 117 kibice byli świadkami kolejnego pojedynku mistrzowskiego w wadze ciężkiej. Phil De Fries stanął do obrony swojego tytułu w starciu z Marcinem Wójcikiem. Walka od początku budziła duże zainteresowanie, ponieważ zestawiała dominującego od lat czempiona z ambitnym pretendentem, dla którego była to największa szansa w karierze.
Brytyjczyk przystępował do pojedynku jako najbardziej dominujący mistrz w historii KSW. "F-11" od momentu zdobycia pasa w 2018 r. pozostawał niepokonany, regularnie broniąc tytułu i kończąc większość rywali przed czasem. Jego największymi atutami są zapasy, kontrola w parterze oraz ogromna siła fizyczna.
Po drugiej stronie klatki stanął Marcin Wójcik, który zmienił kategorie wagową w zeszłym roku. Dla Polaka był to zdecydowanie najważniejszy pojedynek w karierze i okazja, by sprawić niespodziankę w starciu z długo panującym mistrzem.
KSW 117: Phil De Fries dalej dominuje. Mistrz bezlitosny dla Polaka
Bój zaplanowano na pięć rund po pięć minut, ale mało kto podejrzewał, że potrwa pełne 25 minut. Ostatecznie drzwi klatki się zamknęły i panowie zostali sami w klatce. Od samego początku spełniał już się niestety czarny scenariusz Marcina Wójcika. De Fries złapał Biało-Czerwonego i rozpoczynał swoją grapplingową grę, dociążając rywala wielką siłą i konsekwentnie go rozbijając. Ostatecznie jeszcze przed końcem pierwszej rundy Anglik udusił Marcina Wójcika, a sędzia przerwał pojedynek.










