Reklama

Reklama

Waldemar Kita - prezes Nantes, który ciągle gra w ekstraklasie. Jedyny taki

Sprzedaż była już na ostatniej prostej, ale Waldemar Kita – biznesmen, który dorobił się wielkich pieniędzy w Szwajcarii i we Francji – na razie nie pozbędzie się drużyny FC Nantes, zasłużonej i z tradycjami. Kim jest jedyny polski prezes dużego klubu na Zachodzie, potentat najpierw w branży okulistycznej i ortopedycznej, potem kosmetycznej, który niedawno zaskoczył pomysłem inwestycji w spółkę poprawiającą to, co… natura dała mężczyznom?

- Interesuje mnie innowacja. Tylko innowacja - mówił nam tuż przed francuskim Euro w 2016 roku - gdy odwiedziliśmy go w reprezentacyjnej dzielnicy Paryża - dając do zrozumienia, że to słowo-klucz. W życiu jeszcze bardziej niż w sporcie.

Blisko Łuku Triumfalnego, w luksusowej okolicy. Nawet jeśli stylowa kamienica nie rzuca się aż tak bardzo w oczy, miejsce jest znamienne. W "szesnastce", tak blisko serca francuskiej stolicy biura mają w zasadzie tylko duzi gracze.

- Nie wystarczy mieć pieniądze. Trzeba też mieć pomysły. Albo mówiąc jeszcze inaczej - wizję. Zawsze chciałem być pierwszy, o rok przed innymi. Choć znam też pełno ludzi, którzy mówili, że mi się nie uda - wykładał Kita swoją filozofię. Dzisiaj już od dwunastu lat jest właścicielem klubu FC Nantes, jednego z najbardziej zasłużonych nad Sekwaną, którego legendarna "jeu à la nantaise" - gra z polotem, szybka, techniczna, pełna radości - już na stałe weszła do słownika.

Reklama

Ogromne pieniądze na stole

Nie wszystko przez tę ponad dekadę się udawało. Kita zbierał laury, jak prestiżowy tytuł "Menedżera Roku 2014" przyznawany przez magazyn "France Football", zdarzało mu się też dostawać ostre słowa krytyki od części radykalnych kibiców niezadowolonych z jego polityki. Raz nawet najbardziej krewcy z nich przypuścili atak na lożę prezydencką, z której prezes zdołał się szybko ewakuować. Jego twardy charakter powodował nieraz ostre spięcia ze współpracownikami, "Le Monde" wiązał jego nazwisko ze spółką offshore na Wyspach Dziewiczych (choć sam biznesmen bronił się, że chodzi o kogoś innego), ale nie zmienia to faktu, że Waldemar Kita, któremu na co dzień pomaga syn Franck, pozostaje jedynym polskim bossem dużego klubu na Zachodzie. Mimo burz i naporów. Powiedzielibyśmy - ciągle pozostaje, bo sprzedaż Nantes właśnie upadła.

Ta transakcja była przygotowywana od dawna. Od lutego. Jak nad wieloma tego typu operacjami, również tu unosi się mgiełka tajemnicy. W oficjalnym komunikacie jest mowa o inwestorze Benjaminie Leigh Huncie i angielskim funduszu LFE Football Group Limited, podczas gdy rozmowy miały być prowadzone też z Kosmo Holding, funduszu inwestycyjnym ze Szwajcarii. Na stole leżało od 80 mln do ponad 100 mln euro. Kwota ogromna, jeśli przypomnimy, że taki Paris Saint-Germain został kupiony przez szejków z Kataru w 2011 roku za 76 milionów.

Nagłe przerwanie negocjacji, spowodowane niewystarczającymi gwarancjami ze strony inwestora, na pewno zamraża transakcję na jakiś czas, choć nie na razie jasne, czy ją do końca kasuje. Być może - nie. Pokazuje za to coś innego. Prezes Waldemar Kita ma rękę do pieniędzy. Dużych pieniędzy. Nawet jeśli przez te 12 lat włożył do klubu trochę kasy i nawet jeśli niektóre transakcje wywołały duże poruszenie nie tylko w świecie sportu - jak transfer tragicznie zmarłego w styczniu w katastrofie lotniczej Argentyńczyka Sali, za którego Nantes wciąż nie może odzyskać od  Cardiff 17 mln euro - to szef spółki kosmetycznej Vivacy zawsze potrafił negocjować.

To był interes życia - na razie - za 170 milionów euro

Szczególnie wtedy, gdy za 170 milionów euro sprzedawał swoją pierwszą wielką spółkę Corneal (założył ją w 1987 roku), produkującą sprzęt okulistyczny i ortopedyczny, amerykańskiemu potentatowi Allenganowi. - Wsiadał w swoje renault R5 i jeździł po całej Francji. A 20 lat później kierował już przedsiębiorstwem zatrudniającym 300 osób - przypomina sobie tamte dawne czasy dziennikarz Pascal Praud, który zna Kitę od lat, a nawet krótko z nim pracował.

Sam biznesmen też dobrze to pamięta. A jeszcze bardziej, mało skrywane opinie wszystkich "życzliwych", jakoby jego firma nie miała żadnych szans przebić się w gąszczu wielkich korporacji, szczególnie tych z najwyższej amerykańskiej półki, jak Johnson&Johnson albo Allergan. - Tymczasem po kilku latach byliśmy jedną z trzech największych spółek na świecie w swojej branży - mówił w rozmowie z nami.

To były również czasy, że Kita zaczął pojawiać się w rankingu najbogatszych Polaków według tygodnika "Wprost". Najwyższe miejsce, na jakim został sklasyfikowany to 27.

Zanim do tego doszło, zanosiło się, że biznesmen - który wyjechał szukać szczęścia na Zachodzie w wielu 15 lat, z mamą (ojciec już nie żył) i z niewielką walizką w ręce - mocniej zwiąże się z Polską. W drugiej połowie poprzedniej dekady miał poważne plany, aby zainwestować w krakowską Wisłę. Negocjacje upadły jednak, zanim się na dobre rozpoczęły. Dlaczego? Jak nam mówił, bardzo nie spodobało mu się podejście ówczesnego właściciela klubu Bogusława Cupiała, który rzekomo nie miał czasu na osobiste spotkanie, tylko wysłał na nie adwokata. Kwestia przejęcia "Białej Gwiazdy" wracała potem w mediach jeszcze wielokrotnie, ale nigdy nie miało to żadnego oparcia w rzeczywistości.

Teraz medycyna estetyczna dla mężczyzn. Bardzo intymna

Gdy już zrobił interes życia (na razie) i sprzedał Corneal, zaczął szukać szczęścia w innych branżach. Mniejszych - jak produkcja wody do picia, której źródło kupił w niewielkim Treignac w departamencie Correze, skąd pochodzi były prezydent Francois Hollande, ale również znany piłkarz Arsenalu polskiego pochodzenia Laurent Koscielny. Ale też całkiem wielkich - jak Vivacy, spółka produkująca m.in. kremy antyzmarszczkowe.

Prezes Kita ma jednak bardzo szerokie spektrum pomysłów na biznes. Jednym z ostatnich jest... intymna medycyna estetyczna dla mężczyzn. Czyli mówiąc mniej obrazowo, zainwestował w spółkę, zajmującą się poprawianiem tego, co natura dała mężczyznom. - Z tego co wiem, niektórzy sportowcy już korzystali. W środowisku, w którym kultura macho jest silnie rozwinięta, wcale mnie to nie dziwi - przekonuje Kita. Jak mówi, największe zapotrzebowanie na tego rodzaju zabiegi jest na razie w Chinach. - Za dziesięć lat również w naszej kulturze nie będzie to nic dziwnego - dodaje.

Słowo wizjonera?

Remigiusz Półtorak

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy