Reklama

Reklama

  • 1 .Paris Saint-Germain FC (15 pkt.)
  • 2 .Angers Sporting Club de l'Ouest (11 pkt.)
  • 3 .OGC Nice (10 pkt.)
  • 4 .Olympique Marsylia (10 pkt.)
  • 5 .Racing Club de Lens (9 pkt.)
  • 6 .Clermont Foot 63 (8 pkt.)
  • 7 .Olympique Lyon (8 pkt.)
  • 8 .FC Lorient (8 pkt.)

Czy Ligue 1 to wciąż "liga ogórkowa"?

​Na piłkarzy z Ligue 1 największe kluby na świecie wydają ogromne pieniądze, francuskie zespoły coraz chętniej inwestują duże kwoty w nowych zawodników, a PSG już nie może dopisać sobie kolejnego mistrzostwa kraju jeszcze przed startem rozgrywek. Jednocześnie jednak francuskim drużynom, poza pojedynczymi wyjątkami, wciąż brakuje sukcesów na arenie międzynarodowej, a gwiazdy ligi w nowym otoczeniu już tak nie zachwycają. Jak to więc naprawdę jest z poziomem ligi nad Sekwaną?

Sytuacja w Ligue 1 w tym sezonie jest wyjątkowo wyrównana. Na czele tabeli jest w tym momencie PSG z 63 punktami. Tyle samo "oczek" ma Lille, a na trzeciej lokacie plasuje się Lyon z trzema punktami  straty. W grze o tytuł wciąż jest też czwarte Monaco (59 pkt.). Na czele tabeli francuskich rozgrywek dawno nie było tak tłoczno.

"Poziom ligi jest naprawdę wysoki. PSG wciąż ma największy budżet i trochę pod tym względem odjeżdża całej lidze, ale w tym sezonie rywalizacja jest naprawdę wyrównana. Jest Lille, miło patrzy się też na Lyon, który regularnie pozbywa się ważnych piłkarzy, ale świetnie inwestuje w młodych i z perspektywy czasu można stwierdzić, że ma najlepszą szkółkę dla młodzieży. Do tego gra w tym sezonie naprawdę dobrą piłkę" - mówi Jacek Bąk, 96-krotny reprezentant Polski i były piłkarz francuskich klubów.

Reklama

I faktycznie, dwa razy z rzędu to właśnie z Ligue 1 pochodziły największe transfery w Europie. Nicolas Pepe dołączył do Arsenalu za 80 mln euro, a Victor Osimseh został zawodnikiem Napoli za 70 mln euro. Te kwoty naprawdę działają na wyobraźnie  - dzięki nim przez dwa okienka transferowe z rzędu to właśnie do francuskich klubów (a będąc precyzyjnym - do Lille) należały rekordy sprzedażowe. A jest jeszcze przecież Tanguy Ndombele sprzedany przez Lyon do Tottenhamu za 60 mln czy Ferland Mendy, którego Real Madryt wykupił z tego samego klubu za 48 mln. Dalej można wymieniać Youriego Tielemansa (za 45 mln zamienił Monaco na Leicester), Wesleya Fofanę (przeszedł z Saint-Etienne do Leicester za 35 mln) czy Ismailę Sarra (30 mln, rekord transferowy Watfordu). Obrót transferowy Ligue 1 w ubiegłym roku wyniósł 870 milionów euro. To wyższa kwota niż w przypadku niemieckiej Bundesligi i bardzo zbliżona do... La Ligi. Porównanie z hiszpańskimi rozgrywkami znacznie gorzej wyglądało rok wcześniej, natomiast już wtedy korzystnie wypadało porównanie Ligue 1 z niemieckimi rozgrywkami.

"Według mnie liga francuska jest lepsza od Serie A. Zawodnicy w lidze francuskiej są świetnie przygotowani fizycznie i motorycznie, dużo się biega. Taki Mbappe to pocisk, prawie jak te amerykańskie. Drużyny mocno stawiają też na młodych zawodników i uważam, że wśród piłkarzy jest więcej jakości niż na przykład w Bundeslidze" - ocenia były reprezentant kraju.

Pieniądze są coraz większe...

Problem polega jednak na tym, że póki co żaden ze sprzedanych za rekordowe pieniądze zawodników do końca nie zachwycił w nowym klubie. Na pewno pozytywnie można z tego grona wyróżnić Tielemansa, a plusik należy też zapisać przy nazwisku solidnego od początku Fofany. Ale już Ndombele miał bardzo trudny start w Premier League (choć ostatnio spisuje się już nieźle), a Mendy też nie od razu stał się podstawowym piłkarzem Realu. Z kolei Pepe i Osimseha należy już chyba traktować w kategorii zupełnych transferowych niewypałów.

Jednocześnie o ile kwoty transferowe zdecydowanie robią wrażenie, to nie one stanowią o stabilności finansowej ligi. A regularne dochody francuskich klubów zostały ostatnio mocno nadwyrężone. Przedwczesne zakończenie ubiegłego sezonu doprowadziło do zburzenia kruchą współpracy tytularnej z Mediapro i postawiło ligę w fatalnej sytuacji. Hiszpański konglomerat medialny przed sezonem podpisał z francuskimi rozgrywkami współpracę, oferując czteroletnią umowę opiewającą na 780 milionów euro rocznie. To w końcu były porównywalne warunki finansowe jak te, którymi dysponuje Primera Division, Bundesliga czy Serie A. Jednak Mediapro nie miało ani warunków, ani możliwości, żeby uczynić tę umowę opłacalną. Szybko zaczęło zalegać z wypłatami, a kiedy po rozegraniu ¾ meczów sezonu zdecydowano o jego zakończeniu, natychmiast rozwiązało współpracę. To był ogromny cios dla francuskich klubów i całej ligi, która w pośpiechu musiała znaleźć nowego kontrahenta na prawa transmisyjne, oczywiście już na znacznie gorszych warunkach. Ostatecznie całkowite straty klubów Ligue 1 z racji koronawirusa oszacowano na 1,3 miliarda euro.  W takich warunkach ciężko gonić silniejszych.

Dlatego też większość francuskich drużyn wciąż promuje zawodników po to, żeby ich potem sprzedać, a niewiele zespołów wydaje znaczące kwoty na wzmocnienia. Kluby grające nad Sekwaną nadal wolą szukać utalentowanych zawodników Afryki, Belgii czy Holandii. Jeśli do Ligue 1 przychodzą duże nazwiska, to najczęściej za darmo lub w ramach wypożyczenia. No chyba że nazwa drużyny brzmi PSG, Monaco czy Lyon (tu przyszli ostatnio Bruno Guimaraes za 20 mln euro i Lucas Paqueta za 26 mln), choć ostatnio w tym gronie coraz częściej można wymienić też Rennes (za transfer Jérémy’ego Doku zapłaciło 26 mln euro), a mocarstwowe plany coraz śmielej (choć często po kosztach, co odbija się na rezultatach) stara się realizować również Olympique Marsylia.

...ale sukcesów brakuje

Tylko co z tego, jeśli zupełnie nie przekłada się to na rezultaty na arenie międzynarodowej? Francuskie drużyny od dawna mają problemy z potwierdzeniem swojej siły w Europie. Dość powiedzieć, że od sezonu 16/17 aż do ubiegłej edycji francuski zespół ani razu nie dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wydawało się, że kampania 19/20 może być przełomowa. PSG znalazło się w finale Ligi Mistrzów, a Lyon zatrzymał się dopiero w półfinale. Jednak w tym roku grze jest już tylko PSG. Rennes i Olympique Marsylia zajęły ostatnie miejsca w swoich grupach w Lidze Mistrzów. Nice podzieliło ich los w Lidze Europy, a Lille przeszło tylko rundę dalej i też pożegnało się z rywalizacją. Zresztą jedynym przebłyskiem francuskiej piłki był tam finał osiągnięty w sezonie 17/18 przez Olympique Marsylia, a nikt inny nawet nie nawiązał do tego sukcesu. W tym momencie pojawia się pytanie: na ile to problemy związane z pandemią, a na ile realna siła ligi?

"To fakt, na arenie międzynarodowej brakuje sukcesów, to trochę boli. W pucharach jakoś to wszystko ucieka, jedna, dwie rundy i francuskie drużyny kończą przygodę w Europie. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co może być powodem. Może problemem jest mentalność? Może presja? Z drugiej strony w lidze francuskie drużyny co tydzień grają przecież z naprawdę silnymi przeciwnikami" - zastanawia się Jacek Bąk.

Rozwój Ligue 1 w ostatnich latach sprawia, że na pewno trzeba uznać francuską ligę za topową w Europie i patrzeć na tamtejsze rozgrywki raczej przez pryzmat Bundesligi i Serie A niż portugalskiej Primeira Liga czy holenderskiej Eredivisie. Jednocześnie jednak słabe rezultaty na arenie międzynarodowej wywołują tu spory dysonans. Ale czy podobnych problemów przez długi czas nie miały niemieckie kluby? A kryzysu w Europie nie przeżywają teraz drużyny z Serie A? Może to więc tylko kwestia kilku sezonów, żeby zespoły z Francji zaczęły odnosić duże sukcesy w międzynarodowych rozgrywkach?

Rafał Fiodorow

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy