Reklama

Reklama

Ziółkowski: Do d... ten sezon. Może głowa nie podaje?

Szymon Ziółkowski nie ukrywa, że koniec kariery zbliża się wielkimi krokami, ale chce dotrwać do igrzysk w Rio de Janeiro. Nasz młociarz nie jest zadowolony z bieżącego sezonu.

Ziółkowski, mimo osiągnięcia tylko raz wskaźnika na mistrzostwa Europy, ma nadzieję, że zarząd PZLA uzna, iż zasłużył na nominację.

- Widać, że koniec się zbliża wielkimi krokami, ale trzeba go jeszcze przeciągnąć do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Staram się ze wszystkich sił, ale w sporcie nie zawsze tak wychodzi, jak byśmy chcieli, ale do igrzysk mamy jeszcze dwa lata - powiedział zawodnik OŚ AZS Poznań.

Reklama

Mistrz olimpijski z Sydney (2000) w środę zdobył brąz mistrzostw Polski z mało satysfakcjonującym go wynikiem 74,72.

- Trzeci jeszcze nie byłem. Słaby konkurs. W ogóle mi się nie poukładał. Do d... ten sezon. Nie mam pojęcia co się dzieje. Może głowa nie podaje? Wszystko jest w miarę dobrze poukładane, treningowo wygląda nieźle, zdrowy jestem, ale jakoś nie składa się to wszystko na daleki rzut - skomentował.

Doskonale wie, że jednym z elementów na jego niekorzyść jest także wiek. Ziółkowski 1 lipca skończył 38 lat.

- Na pewno wiek robi swoje. Starość nie radość, młodość nie wieczność, ale bez przesady. Można być cienkim, ale żeby aż tak? Pojawił się chyba przerost chęci nad możliwościami. Na pewno rzuty technicznie też nie są takie, jakbym chciał i z tego później bierze się wynik - uznał.

Ważnym elementem jest także sama psychika. - Głowa jest elementem wiążącym w tym wszystkim. Oby się to jeszcze wszystko pozmieniało, w końcu do mistrzostw Europy jeszcze dwa tygodnie. Jestem pewien, że pojadę, ale nie ode mnie to teraz zależy - przyznał.

Jego zdaniem w każdej konkurencji podstawą jest psychika. - To się głową wygrywa zawody, zwłaszcza te duże. Wszyscy są tak samo dobrze przygotowani, a zwycięża ten, który ma najmocniejszą głowę - ocenił.

On sam u siebie nie widzi zmiany mentalnej, ale przyznaje, że jest mu znacznie trudniej wszystko poskładać technicznie. - Kiedyś wchodziłem do koła i rzucałem. Teraz jest tyle elementów, o których muszę pamiętać, że to jest masakra. Muszę sobie chyba procesor wymienić - śmiał się.

Ziółkowski ma na koncie wiele sukcesów. Jest mistrzem olimpijskim (2000), dwukrotnie świata (2001, 2005) i wicemistrzem (2009), a także brązowym medalistą mistrzostw Europy (2012).

- Doświadczenie w tym momencie trochę przeszkadza. Patrzy się na wszystko w inny sposób. Młodość cechuje to, że człowiek robi pewne rzeczy bezmyślnie i wcale nie mówię, że to jest złe, ale w niektórych sytuacjach przeszkadza - powiedział.

Podopieczny Grzegorza Nowaka czeka na decyzję PZLA, czy znajdzie się w kadrze na mistrzostwa Europy, ale jest dobrej myśli. Nie ma też zamiaru się poddawać, jeśli zarząd uzna, że nie zasłużył na rywalizację w Szwajcarii.

- Nawet jak nie pojadę do Zurychu, to się nie poddaję - podkreślił.

Na pytanie, czy Paweł Fajdek (Agros Zamość), mistrz świata z Moskwy (2013) jest w stanie powalczyć w Zurychu o złoto, odparł, że tak, ale "stać go także na to, by spalić trzy rzuty w eliminacjach i nie znaleźć się nawet w finale".

- Na pewno jest bardzo równy w tym roku, stać go na rzucanie bardzo daleko. Rekord Polski jest cały czas zagrożony. Paweł jest bardzo blisko tego wyniku, jeden dobry konkurs i może być dalej, ale wcale nie musi. Na to musi się wiele rzeczy złożyć - pogoda, odpowiedni nastrój, dobre koło, nic nie może boleć, silni rywale, ale i spokojna głowa - zaznaczył.

Rekord kraju należy do Ziółkowskiego i od 2001 roku wynosi 83,38. Jeden z najbardziej utytułowanych młociarzy na świecie zaznaczył także, że martwi się o przyszłość polskiego sportu. Źle ocenia system szkolenia centralnego oraz obozy klimatyczne.

- Uważam, że mówienie o tym, iż trzeba wyjechać za granicę, by przygotować się odpowiednio do sezonu, to przegięcie. Problem polskiego sportu jest taki, że nikt nie dba o to, by sportowcy mieli ośrodki blisko domów. Nie widzę też niczego dobrego w tym, by siedzieć w Spale 300 dni w roku - ocenił.

Właśnie takich miejsc jest jego zdaniem za mało, a blisko domów, często w dużych miastach nie ma możliwości normalnego trenowania. - Wszyscy szkolą się centralnie, a ja nie uważam, że to jest dobre. Właśnie dlatego sportu na wysokim poziomie w Polsce nie ma - dodał.

On sam na swój pierwszy obóz klimatyczny wyjechał jak miał 20 lat. Wówczas był już mistrzem Europy i świata juniorów oraz miał kwalifikację na swoje pierwsze igrzyska.

- Jaki wniosek? Bez obozów klimatycznych da się przeżyć. Tylko trzeba zrobić wszystko, by warunki w Polsce odpowiednio przystosować. Na przykład Niemcy mają halę do rzucania. Ona otwiera się na zewnątrz, zawodnicy stoją w środku, są otoczeni podgrzewaczami powietrza i rzucają z suchego koła. Wszystko da się zrobić, tylko trzeba chcieć - podkreślił.

Ziółkowski uważa, że wyjazdy za granicę to najłatwiejsze wyjście z sytuacji, a zrobienie odpowiedniej infrastruktury na miejscu bardzo szybko by się zwróciło.

- Nie mówię już tylko o tym, że my nie musielibyśmy jechać za granicę, ale i trenerzy, którzy teraz siedzą na zgrupowaniach, mieliby możliwość pracy z młodzieżą. A tak jej nie mają, bo są ciągle na wyjazdach. Z kim ma młodzież trenować? Z woźnym? Skończy się tym, że najlepsi zawodnicy poumierają, a następców nie będzie - zakończył.

Mistrzostwa Europy w Zurychu odbędą się w dniach 12-17 sierpnia.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Dowiedz się więcej na temat: Szymon Ziółkowski | rzut młotem | lekkoatletyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje