Zaskakujący wyskok polskiej lekkoatletki. Pandemia zmieniła wszystko
Pięć lat temu latała 1,70 m nad ziemią. Wtedy to złapała tyczkę i teraz fruwa blisko trzy metry wyżej. Katarzyna Mirek po raz kolejny pokazała, że jest odważną lekkoatletką. Kiedyś była już blisko podjęcia studiów w Korei Południowej, ale pandemia zmieniła wszystko. Nawet konkurencję, jaką uprawia. Dziś skacze o tyczce i właśnie ustanowiła jeden z najlepszych wyników w historii w tej konkurencji w naszym kraju w hali. Choć nie jest perspektywiczna, bo ma 26 lat, to jednak wierzy w to, że jeszcze namiesza w lekkoatletycznym świecie.

Katarzyna Mirek lekkoatletykę uprawia od lat. Była chyba na nią skazana, bo przecież jej ojciec dr Wacław Mirek, to postać doskonale znana w świecie sportu. Przez lata - jako trener przygotowania motorycznego - pracował z wieloma sportowcami, a największą gwiazdą w tym gronie była chyba tenisistka Agnieszka Radwańska.
Mirek, który wykłada na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, to także trener od biegów długich i chodu.
Zaczęła od skoku wzwyż. Teraz jest jedną z najlepszych w Polsce w skoku o tyczce
Jego córka Katarzyna postawiła jednak na treningi w skoku wzwyż. Wielu odradzało jej to, bo nie należy do szczupłych i wysokich lekkoatletek, ale ona przez wiele lat pozostawała wierna tej konkurencji.
Największy sukces odniosła w 2017 roku. Została wówczas brązową medalistką halowych mistrzostw Polski juniorów z wynikiem 1,75 m, który do dziś pozostaje jej rekordem życiowym.
Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy krakowianki, gdyby nie pandemia wywołana przez COVID-19. Można powiedzieć, że ona zmieniła całkowicie jej życie. Dziś Mirek mieszka w Szczecinie i trenuje skok o tyczce. Kilka dni temu we Wrocławiu wyraźnie pobiła rekord życiowy. Teraz wynosi on 4,35 m. To piąty wynik w historii w Polsce w hali. Ósmy, licząc także stadion.
Mirek we Wrocławiu rekord życiowy poprawiała dwukrotnie. Przed zawodami wynosił on 4,20 m i został ustanowiony w styczniu tego roku. W wygranych zawodach pokonała ona najpierw 4,30 m, a następnie 4,35 m. Z każdym razem dokonywała tego w trzecich próbach. Zanotowała też jedno podejście na 4,40 m, ale bez skutku. Zabrakło jej już sił.
Nie ukrywam, że ten nowy rekord życiowy jest dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałam, że byłam gotowa na 4,30 m, ale 4,35 m to naprawdę miła niespodzianka. Tym bardziej że po tym, jak skoczyłam 4,30 m, to nie miałam już siły dalej skakać, a jednak zrobiłam to!
W skoku na 4,30 m widać było spory zapas. To oznacza, że 26-latka w tym sezonie może jeszcze nas i siebie zaskoczyć.
- Na ten skok nie wzięliśmy jeszcze z trenerem twardszej tyczki, która pewnie jeszcze by mnie wywindowała. Przybliżyliśmy tylko stojaki. Czułam już zmęczenie, więc nie chcieliśmy ryzykować - tłumaczyła.
Gigantyczny postęp. "Nagle otworzył mi się sufit"
Mirek przyznaje, że ze względu na swoje warunki, widziała sufit w skoku wzwyż. Wiele osób namawiało ją do zmiany konkurencji. Na pomysł, by spróbować skoku o tyczce, wpadła jej mama. Pierwsze nieśmiałe próby podjęła latem 2019 roku, ale dopiero od 2020 roku zaczęła poważniejsze treningi w nowej konkurencji.
- Tutaj nie ma ograniczeń związanych ze wzrostem i wagą. W skoku o tyczce liczy się szybkość i dynamika. Nagle otworzył mi się zatem sufit. Od razu pomyślałam, że to jest to, co chcę robić - przyznała.
Jej pierwszym trenerem w skoku o tyczce był Dariusz Łoś. To tata Kasi nawiązał z nim kontakt. Przeprowadziła się do Wrocławia. Ze szkoleniowcem doszła do wyniku 3,60 m. W 2021 roku zdecydowała się przejść do grupy tworzonej przez Marcina Szczepańskiego, który zasłynął ze współpracy z Piotrem Liskiem i Grekiem Emanouilem Karalisem. W ciągu trzech lat zanotowała zatem gigantyczny progres, bo poprawiła się o 75 cm.
Robiłam postępy, ale one były wykonywane małymi kroczkami. Jeszcze w ubiegłym roku skoczyłam najwyżej 4,00 m, ale w tym głowa mi się otworzyła. Zaprocentowały starty za granicą. Tam zobaczyłam dziewczyny skaczące w okolicach 4,5 m. Pomyślałam wówczas, czym ja się od nich różnię. Przecież też mogę tak skakać. I poszło
Mirek u Szczepańskiego powiększyła rozbieg. Teraz skacze z 16 kroków. Kiedy ustabilizowała bieganie, zaczęła się skupiać na technicznych elementach i to - jak widać - daje efekty.
- Wielkie brawa dla trenera Szczepańskiego, że uwierzył we mnie i dał mi szansę. Przecież ja byłam seniorką, a przychodziłam do grupy, w której były juniorki i młodzieżówki i one skakały wyżej ode mnie. Szkoleniowiec wykonuje naprawdę znakomitą pracę, chcąc dźwignąć kobiecą tyczkę w Polsce - powiedziała Mirek.
Skończyła szkołę muzyczną. Gra na pianinie i skrzypcach. Uczy się... języka koreańskiego
Ma ona wielkie wsparcie od rodziców. Mocno trzyma za nią kciuki także Monika Pyrek i jej mąż Norbert Rokita. Nasza była znakomita tyczkarka wierzy w to, że Mirek może niebawem skakać nawet 4,50 m. Może małymi kroczkami dojdzie do tego wyniku.
Mirek w tym roku skończy 27 lat. To dość zaawansowany wiek, ale jednocześnie wciąż dający nadzieję na postępy. Tyle że w środowisku lekkoatletka AZS AWF Kraków jest traktowana jako mało perspektywiczna.
Zapytana o to, czy nie żałuje, że za późno zabrała się skok o tyczce, odparła: - Nie. Daję z siebie wszystko i wiem, że mogę jeszcze coś osiągnąć. Staram się też nie słuchać ludzi, którzy mówią, że jestem za stara. Kiedyś miałam problem z tym, by skoczyć 3,60 - 3,70 m, a już byłam seniorką. Traktowano mnie jako kolejną zawodniczkę, która chce się bawić w tyczkę, a ja robię to dla siebie i wierzę w to, co robię. Razem z ciężką pracą trenuję cierpliwość i pokorę. W końcu jednak widać efekty. Wiem też, że stać mnie na więcej.
Mirek jest wszechstronnie uzdolniona. Skończyła szkołę muzyczną i gra na pianinie, ale też na skrzypcach. Czasami coś zagra, by głowa odpoczęła nieco od sportu. Poza tym uczy się... języka koreańskiego.
- Jestem zauroczona Koreą Południową. Byłam tam razem z moją siostrą. Interesuje mnie tamtejsza kultura. Byłam pod wrażeniem kompleksu olimpijskiego w Seulu. Nawet chciałam się tam przenieść na studia z Krakowa. I wtedy właśnie zrodził się pomysł nauki języka. Niestety pandemia zniszczyła moje plany. Po niej przeszłam do trenera Szczepańskiego. Tak po prostu miało zatem być - wyjaśniła Mirek.
Zobacz również:













