Z mistrzem olimpijskim już miało się udać. Niemal pięć sekund różnicy
Była w niedzielę w Gaborone radość kobiecej sztafety 4x400 metrów, która dość pewnie wywalczyła w barażach przepustkę do przyszłorocznych mistrzostw świata w Pekinie. A po paniach do gry wkroczyli panowie, choć bez Maksymiliana Szweda. W sobotę ta sztafeta zawiodła, dziś w jej składzie pojawili się jednak Marcin Karolewski i Kajetan Duszyński. A to miało pomóc, choć zadanie i tak było bardzo trudne. Na dobrą sprawę już pierwsza zmiana rozwiała wątpliwości.

W sobotę polskie sztafety wykorzystały cztery z sześciu szans na awans do mistrzostw świata w Pekinie w 2027 roku - dokonał tego mikst 4x400 metrów oraz kobieca sztafeta 4x100 metrów. Te cztery pozostałe dostały szansę w dzisiejszych repasażach, jeszcze przed biegiem następców "Lisowczyków" wykorzystały ją panie z 4x400 metrów, a przepadła okazja mikstu 4x100 metrów.
Zostały jeszcze dwie męskie sztafety w barażach - najpierw na stadionie w Gaborone pojawiła się ta dłuższa, pół godziny po niej miała ruszyć ta krótsza. Miejsce w dwójce którejkolwiek byłby sporym wydarzeniem, zwłaszcza wobec braku Maksymiliana Szweda (400 m) i Oliwera Wdowika (100 m).
World Relays. Męska sztafeta 4x400 metrów w biegu ostatniej szansy. Mistrz olimpijski na trzeciej zmianie
Dziś jednak do boju ruszyła najlepsza możliwa, na ten moment, sztafeta. Czyli bez Maksymiliana Szweda, który po kontuzji i straconej zimie miał tu właśnie wrócić na bieżnię, ale i Daniela Sołtysiaka. Za to z Marcinem Karolewskim i Kajetanem Duszyńskim - oni wczoraj biegli w mikście. A teraz wykorzystali dwie możliwe zmiany, przysługujące każdej sztafecie
Wczoraj Polacy pobiegli słabo, uzyskali przedostatni czas w całej stawce - 3:05.47. Pozostało wierzyć, że uda się z tego ująć cztery, pięć sekund. W pierwszej serii bilety na MŚ w Pekinie zapewniły Senegalowi i Hiszpanii czasy nieco ponad 3:01 - o 28 i 37 setnych.

A Biało-Czerwoni mieli znacznie mocniejszą serię: z Wielką Brytanią, Szwajcarią, Brazylią, ale i świetnymi wczoraj: Indiami i Japonią.
Zaczął Karolewski - wczoraj ta zmiana w mikście nie wyszła jakoś specjalnie dobrze. Dziś też Polacy już sporo stracili, Wiktor Wróbel zbiegł na ostatnim, siódmym miejscu. Z gry wypadły jednak Indie - ich zawodnik doznał kontuzji mięśniowej.
Duszyński przejął pałeczkę na szóstym miejscu. Czyli ostatnim wśród tych, którzy zostali. Mieliśmy dwa mocne punkty w drugiej części dystansu, ale już jednak spore straty. Mateusz Rzeźniczak został 30, a może nawet 40 metrów za resztą stawki. I wyraźnie odpuścił.
To był bieg dwóch prędkości, pięć pierwszych sztafet zmieściło się w półtorej sekundy - najlepsza Japonia uzyskała 3:00.19, piąta Szwajcaria - 3:01.59. A Polska uzyskała 3:04.81. Rzeźniczak przybiegł niemal pięć sekund po triumfatorach.
- Myślałem, ze będziemy zmieniać bardziej w środku. No cóż, kraje afrykańskie są świeżo po swoich mistrzostwach kraju - powiedział później Rzeźniczak w TVP Sport.










