Wzruszenie Fajdka, nasz mistrz pokazuje kły. Sam nie mógł w to uwierzyć
To były bardzo trudne trzy lata dla Pawła Fajdka, który jest pięciokrotnym mistrzem świata w rzucie młotem. Nasz medalista olimpijski z Tokio walczył z kontuzjami i chorobami. Do tego przeżył rodzinny dramat. Jakby tego mało, kilka miesięcy znowu wylądował na stole operacyjnym. Mimo tego wrócił do wielkiego rzucania. Kilka dni temu w Zagrzebiu posłał młot na odległość prawie 82 metrów. Wrócił wielki mistrz i znowu pokazał kły rywalom, a z rozmowy z nim w Interia Sport wynika, że wcale nie powiedział ostatniego słowa w tym sezonie.

Cztery lata czekał Paweł Fajdek na taki moment. W piątek, 26 czerwca, rzucił w Zagrzebiu 81,89 m. Na takim poziomie nasz znakomity lekkoatleta nie był już dawno, a przecież w lutym przeszedł operację złamanego barku.
Tym występem rozbudził nadzieję na bardzo udany sezon, a w tym roku mamy mistrzostwa Europy w Birmingham (10-16 sierpnia) i Utimate Chamopionship w Budapeszcie (11-13 września). Wielu skreślało już Fajdka, a on pokazał wszystkim, że wciąż ma bardzo ostre kły.
W Memoriale Czesława Cybulskiego w Poznaniu już tak daleko nie było, bo 37-latek rzucił 77,47 m, ale był po wielogodzinnej podróży z Zagrzebia, a do tego koło nie było zbyt dobrze przygotowane.
Grad medali Polaków w MŚ, do tego rekord świata
Paweł Fajdek: tak los ze mną grał, teraz rozwiałem wątpliwości
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Często się wzruszasz?
Paweł Fajdek: - (śmiech) Sportowo może trzy-cztery razy w życiu mi się zdarzyło.
Tak los ze mną grał, że nie było mi dane rzucać lepiej. Jakby tego było mało, to w okresie przygotowań do tego sezonu, przeszedłem operację barku. Stwierdziłem, że wystarczy już tego. Ile można jęczeć i cierpieć. Zagryzłem zęby i ruszyłem z robotą. Jak widać, można
Do tego zalicza się też konkurs w Zagrzebiu? Tam po tym, jak rzuciłeś 81,89 m, powiedziałeś na nagraniu swojego menedżera "chyba się popłaczę".
- Tak. Zdecydowanie konkurs w Zagrzebiu zalicza się o tych chwil.
To jest twój wielki powrót do rzucania na bardzo wysokim poziomie. Wzruszyłeś się pewnie nie tylko ty, ale też wielu kibiców.
- Chyba na tym polega sport, żeby dostarczać emocji. Najlepiej jak najwięcej tych pozytywnych. Fajnie, jeśli kibice znowu poczuli taką ekscytację, jak ja. Jeżeli ktoś się wzruszył, to dziękuję. Postaram się częściej o takie chwile.
Czułeś w ostatnich sezonach, że ludzie trochę przestali wierzyć w ciebie? W trzech ostatnich latach nie zdobyłeś medalu mistrzowskiej imprezy, choć zawsze byłeś blisko. Ostatni raz ponad 80 metrów uzyskałeś dwa lata temu, a tak daleko, jak w Zagrzebiu, rzucałeś cztery lata temu. Na treningach młot latał daleko, ale jednak na zawodach były z tym problemy w ostatnich sezonach.
- W trzech ostatnich sezonach borykałem się z problemami. Po eliminacjach w mistrzostwach świata w Budapeszcie skręciłem kostkę. Mimo tego rzuciłem 80,00 m i zająłem czwarte miejsce. Kolejny rok był dla mnie bardzo trudny. Przeżyłem bardzo śmierć taty. Mimo tego pozbierałem się i na mistrzostwach Europy byłem szósty, a w igrzyskach olimpijskich w Paryżu piąty. Zrobiłem, co się dało. Wystarczyło na tyle. Przed rokiem z kolei miałem problemy po przejściu COVID-19. Na treningach rzucałem już ponad 81 metrów. Wszystko jednak, co wypracowałem, ulotniło się wraz z chorobą. Cofnąłem się do rzucania w okolicach 76-77 metrów. Jak już wyszedłem na prostą, to skręciłem kostkę, która wykluczyła mnie z treningów na dwa miesiące. Skończyło się siódmym miejscem w mistrzostwach świata.
Tak los ze mną grał, że nie było mi dane rzucać lepiej. Jakby tego było mało, to w okresie przygotowań do tego sezonu, przeszedłem operację barku. Stwierdziłem, że wystarczy już tego. Ile można jęczeć i cierpieć. Zagryzłem zęby i ruszyłem z robotą. Jak widać, można. Przecież specjalnie nie robiłem sobie tych kontuzji. Tak wychodziło. Gdybym był młodym zawodnikiem, to nikt by specjalnie na to nie patrzył, bo takie rzeczy się zdarzają. Im jednak jestem starszy, tym częściej pojawiają się wątpliwości. Mam nadzieję jednak, ze tym startem w Zagrzebiu mocno je rozwiałem.
"Zdziwienie było większe niż wtedy, kiedy biłem rekord Polski"
To, co zrobiłeś, jest niewiarygodne. Po czterech miesiącach od operacji, bardzo trudnej dla miotacza, jesteś w absolutnym światowym topie. W rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim z TVP Sport mówiłeś, że poszedłeś rzucać już po dwóch miesiącach od zabiegu. To jest czyste szaleństwo.
- To prawda, ale byłem w stałym kontakcie z lekarzem. Ból nie był dla mnie ograniczeniem, bo po prostu go zaakceptowałem. Wiedziałem, że będzie boleć. Dla mnie istotne było tylko to, czy kość jest zrośnięta. W momencie kiedy okazało się, że po złamaniu nie ma śladu, to wykluczyliśmy najbardziej inwazyjne ćwiczenia, czyli rwanie albo wyciskanie, którego praktycznie nie robię, bo nie jest mi potrzebne. To są ćwiczenia, które mogłyby uderzać w kość. Skupiliśmy się na tym, żeby zacząć się kręcić. Oczywiście w parze z tym szedł proces wzmacniania barku i dochodzenie do pełnej ruchomości. W dalszym ciągu jej nie mam. Mam - tak mi się wydaje - ruchomość w 95 procentach. Mam zatem takie momenty, kiedy to mi przeszkadza, ale mogę rzucać. Od czerwca totalnie pozbyłem się bólu w zamachu, więc rzucanie znowu zaczęło mi sprawiać przyjemność. Mogę w nie włożyć więcej mocy. Niestety czasem przy zmęczeniu pojawiają się błędy, co było widać na Memoriale Czesława Cybulskiego w Poznaniu. Nie spałem zbyt wiele przed tymi zawodami po podróży z Zagrzebia. Do tego nie pomagała wysoka temperatura, ale też tępe koło. Wyniki nie były zatem na najwyższym poziomie, ale skoro ja i Mychajło Kochan rzucaliśmy podobnie, a w Chorwacji też byliśmy na tym samym poziomie, to o czymś to świadczy. Nie było nam po prostu dane rzucić dalej.
Kiedy po czterech latach czekania przychodzi rzut na prawie 82 metry, to chyba rosną skrzydła?
- Pewnie, że tak. To jest przecież konkretny wynik. W tym momencie to jest czwarty wynik na listach światowych i samo to daje wiatr w żagle. Nie ukrywam, że chciałbym od razu robić więcej, ale nie na tym to polega. Trzeba do tego wszystkiego podejść z głową i na spokojnie robić dokładnie to, co robiliśmy. Nie mogę się podpalać, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Z czasem z tego jednego rzutu pojawią się dwa, a potem cztery i więcej takich dalekich prób. Chodzi o to, by w drugiej części sezonu - na mistrzostwach Europy, Memoriale Kamili Skolimowskiej, czy nawet na Ultimate Championship w Budapeszcie, bo mam nadzieję, że uda mi się tam zakwalifikować - powalczyć. Czas gra na moją korzyść, bo będę o tych kilka tygodni więcej od operacji, a tym samym sprawniejszy, silniejszy i obrzucany.
A tak szczerze. Zdziwił cię ten wynik w Zagrzebiu?
- Nawet bardzo. Po rzucie czułem, że to jest bardzo dobry wynik w granicach 80 metrów. Jak zobaczyłem wynik na tablicy, to zdziwienie było większe niż wtedy, kiedy biłem rekord Polski (83,93 m - przyp. TK).
Gdzie kolejny start?
- Teraz wracam do Spały na dwa treningi. W piątek, 3 lipca, rzucam w Nicei. Potem znowu czas na Spałę. Na 14 lipca mam zaplanowany start w Budapeszcie, a potem już w mistrzostwach Polski w Białymstoku (24-26 lipca).
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:













![Piłka nie chciała spaść. Najdłuższe wymiany meczu Polska - Brazylia [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C52O3ERO17U-C401.webp)
