Reklama

Reklama

Wojciechowski: Choroba Scheuermanna to był wyrok

Paweł Wojciechowski ma dopiero 22 lata i w dorobku tytuł mistrza świata w skoku o tyczce. Zawodnik WKS SL Zawisza Bydgoszcz opowiedział o chorobie Scheuermanna, zgrupowaniach, marzeniach, rodzinie i... nadwadze.

Paweł Wojciechowski o:

- złotym medalu mistrzostw świata: - Jestem zaskoczony, że udało się go zdobyć. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło w eliminacjach i w dniu startu. Stoczyłem walkę przede wszystkim z bólem. Jestem też zdziwiony, że Francuz Renaud Lavillenie po skokach na 5,85 nie dał rady pokonać 5,90. Miałem po prostu więcej szczęścia. To był mój dzień.

- igrzyskach olimpijskich w Londynie: - Marzę o tym, żeby zdobyć medal, by wygrać konkurs. Ale moje podejście do sportu się nie zmieni tylko dlatego, że jestem mistrzem świata. Będę dalej trenował tak samo, będę robił wszystko, żeby z każdym dniem stawać się coraz lepszym sportowcem, coraz lepszym tyczkarzem. Nie zamierzam spocząć na laurach, tylko ciężko pracować. Z drugiej strony jestem zdania, że jeżeli coś idzie dobrze, to po co cokolwiek zmieniać? Jeżeli cały czas jeden trening dziennie dawał nam postępy, nie widzę potrzeby, by nagle ćwiczyć więcej. Wiem, w jakim jestem miejscu, wiem że dużo pracy przede mną, ale bez żadnego przyspieszania tempa.

Reklama

- chorobie Scheuermanna: - Choroba Scheuermanna - to był praktycznie wyrok. Lekarz powiedział mi, że wyląduję na wózku. Zalecenie było proste - żadnych obciążeń do końca życia. Tej choroby nie da się wyleczyć, to genetyczne schorzenie i nic nie można zrobić. Kręgi pękają i koniec. Myślałem, że zwariuję. Jakoś jednak zawsze byłem pewny, że wrócę na skocznię. Szukałem lekarza, który powie mi, że jednak mogę spróbować. I w końcu taki się znalazł. Podobno skutki tego mogę odczuwać jak będę miał 50 lat. Teraz jestem jednak młody i nie myślę o tym. Trudno, co ma być to będzie.

- rekordzie Polski juniorów: - Bardzo długo byłem w cieniu, wielu, wielu chłopaków. Nigdy się nie wybijałem. Dopiero drugi rok juniora młodszego pokazał, że coś może z tego być. A rok później uwierzyłem, że można to pociągnąć dalej, wtedy pojechałem pierwszy raz na mistrzostwa Europy juniorów. Od tamtego czasu zaczęły się ciężkie treningi. Największy wpływ na to wszystko miał też rekord Polski juniorów, który udało mi się pobić w 2008 roku w Żarach. 5,51 - to było dla mnie już coś. Potem przyszły mistrzostwa świata juniorów w Bydgoszczy, gdzie zdobyłem srebro i nikt się tego nie spodziewał. W ciągu dwóch dni poprawiłem rekord życiowy o pół metra. Gdyby nie ten medal, nie byłoby wojska, gdyby nie było wojska to mnie by też dzisiaj tutaj nie było, bo nie miałbym środków do życia.

- treningach: - W porównaniu do treningów innych tyczkarzy, to mój jest pikuś. Ćwiczę raz dziennie. Wyjeżdżam z trenerem naprawdę rzadko. W tym roku byliśmy raz na Lanzarote na Wyspach Kanaryjskich. Odbiło się to nam wszystkim czkawką. Przez miesiąc dochodziłem do skoków na wysokości 5,40 m.

- obozach sportowych: - Bardzo ich nie lubię. Każdy obóz, każdy wyjazd z domu jest po prostu dla mnie męką i psychicznie w ogóle nie odpoczywam. Jak mus to mus i rozumiem to, ale na szczęście za wiele nie podróżuję. Jestem wielkim domatorem i każde rozstanie z rodziną i dziewczyną potwornie mnie męczy. Co można robić na takim obozie? Dla mnie zawsze było to zagadką, co ludzie robią. Jeździłem na wiele zgrupowań. Tam się trenuje i generalnie poza tym nic się nie dzieje.

- rodzinie: - Ma na mnie ogromny wpływ. Dzięki rodzicom, wujkowi, dziadkom jestem tutaj gdzie jestem. Z wujkiem rozmawiam po każdych zawodach, a nawet treningach. Pyta co się stało, jak idzie, jakie są postępy. Wszyscy mnie wspierają. Dzięki dziewczynie też mogę robić to co robię. Jeżeli wyjeżdżam mam dla kogo skakać i dla kogo potem wracać do domu. Wtedy dużo przyjemniej się wszystko robi.

- zwątpieniach: - Nigdy ich nie miałem. Za dużo lat na to poświęciłem i wiedziałem, że zawsze może coś się stać. Jestem dosyć ambitny jeżeli chodzi o te rzeczy. Myślę, że to pozwoliło mi przetrwać ten najcięższy okres.

- nadwadze: - Uwielbiam jeść. Nie potrafię się wręcz powstrzymać. Po halowych mistrzostwach Europy w Paryżu w tym roku, dostałem dwa tygodnie wolnego i sobie pofolgowałem. Przytyłem dziewięć kilo. Waga wskazywała już 91 kg, a teraz znowu 82. Skąd się to wzięło? Jadłem kebaby na śniadanie, obiad i kolację, zagryzałem je pizzą i popijałem colą. Budkę mam 300 m od domu. Czekoladki też były. Nie moja wina, że uwielbiam Milkę. Potem się zważyłem i... przestałem jeść. Dostałem do zrozumienia, nie tylko od trenera, że powinienem coś ze sobą zrobić. Za pierwszym razem to się śmiałem, ale jak już kilka razy ktoś powiedział, że kiepsko wyglądam, to zacząłem zdrowiej się odżywiać. Ogromnie się cieszyłem jak mogłem po finale w Daegu kupić sobie pięć twixów i wszystkie zjeść za jednym razem.

- podróżach i zwiedzaniu: - Wszyscy się dziwią, że nie korzystam z tego, iż jestem w innym zakątku na świecie, a ja po prostu nie lubię zwiedzać. Byłem ostatnio w Brazylii i pytają mnie, dlaczego nie byłem na Copacabanie i dalej. A ja Jezusa widziałem w Świebodzinie, jest taki sam. Wyjście na miasto tam, to po prostu tragedia. Jak co chwilę słyszy się, że ktoś ginie, to siedziałem w wiosce.

- wolnym czasie: - Wykorzystuję go, idąc na ryby. Chciałbym kiedyś suma złapać, z dużą rybą się zmierzyć. Nie wiem na razie jak to zrobić, to dla mnie zagadka. Zaczynałem z ojcem i dziadkiem. Oni ciągle chodzili nad Noteć tylko z jednym kijem. Ja skierowałem się bardziej na profesjonalizm.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL