Reklama

Reklama

Wacław Mirek: Nauczmy się zdrowego ruchu!

- Jeśli nie mamy doświadczeń z zawodowego uprawiania sportu z młodości i nagle stwierdziliśmy, że będziemy maratończykami, bierzemy się za ostre trenowanie, to wyglądamy tak, jakbyśmy wrzucili kogoś zimą rozebranego do przerębli i powiedzieli mu: "Zostań morsem!" - powiedział doktor Wacław Mirek, z którym rozmawialiśmy o skutkach niewłaściwego trenowania biegania.

Doktor Wacław Mirek przygotowuje nie tylko biegaczy i lekkoatletów, ale też naszą najlepszą tenisistkę Agnieszkę Radwańską i jej siostrę Urszulę.

Interia: Bieganie to sport coraz popularniejszy, ale też coraz częściej brakuje zdrowego rozsądku w jego uprawianiu.

Reklama

Doktor Wacław Mirek, krakowska AWF: - Często obserwuję u biegaczy braki w wiedzy, która by podpowiadał, w jaki sposób metodycznie, a więc zdrowo uprawiać taki sport, jakim jest bieganie. To jest problem, bo złe trenowanie może prowadzić do przeciążeń, do kontuzji, a także do tego, że się ludzie mogą zniechęcić i powiedzieć, że to nie jest dla mnie forma rozrywki, że ja się do tego nie nadaję.

Dla mnie maksymą są słowa trenera: "Trenuj maksymalnie takim tempem, na ile pozwala technika, a nie 'silnik', czyli serce".

- Chcemy się zmęczyć, często jesteśmy ludźmi sukcesu i uważamy, że tylko wtedy, gdy organizm jest zmęczony, gdy dostał w kość, jest sukces. To błędne myślenie, które prowadzi do przemęczania organizmu, zmuszania go do czegoś, do czego nie jest przyzwyczajony. Organizm musimy metodycznie przyzwyczajać do obciążeń. To dłużej trwa, ale taka metoda jest zdrowsza, bezpieczniejsza i daje większą satysfakcję. Osiągnąć wynik można właśnie przy takim spokojnym przygotowaniu.

Nie widzi trener niebezpieczeństwa w pogoni za wynikami? Przecież ponad 90 procent biegaczy to zupełni amatorzy, którzy muszą godzić bieganie z obowiązkami, a próbują śrubować wyniki w nieskończoność.

- Z mojego punktu widzenia - osoby, która zajmuje się ruchem i proponuje ruch, wyścig ten za poprawianiem "życiówek" uważam za brnięcie w ślepą uliczką. Nie możemy trenować jak zawodowcy, bo oni się zajmują tylko tym. Jeżeli ktoś pracuje, nie wysypia się, szybko je, większość dnia siedzi, poprzez trening na pracę nakłada pracę. Dopóki jesteśmy młodzi, organizm jest plastyczny i on to wytrzyma. W pewnym momencie nie daje rady sprostać wyzwaniom i zaczynamy rezygnować z poszczególnych programów dnia.

- W efekcie, zamiast w pracy być bardziej sprawnymi, jesteśmy przemęczenie, bo przesadziliśmy z trenowaniem.

- Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie - czemu to bieganie ma służyć? Jeśli sportowi, to musimy się przenieść do tej dziedziny życia. Jeśli zaś - zdrowiu, rekreacji i przyjemności, to trzeba bieganie właśnie tak traktować.

Jakie są związane ze zbyt mocnym trenowaniem? Ekstremalnie dochodziło do zgonów, jak podczas "Biegnij Warszawo".

- Przede wszystkim przeciążenia układu kostnego i mięśniowego. Zerwania, naderwania, przeciążenia, bóle kolan, kostek. Wszystko to, co sprawia nam dyskomfort. Zaczynamy odwiedzać gabinety lekarskie. To wszystko wynika z przeciążeń, czyli treningów, do jakich organizm nie był przyzwyczajony. Jeśli organizm przyzwyczai się do jakichś bodźców treningowych, to przyjmuje je za coś naturalnego. Jeśli nie, jeśli one są zbyt mocne, to walczy z nimi.

- Jeśli nie mamy doświadczeń z zawodowego uprawiania sportu z młodości i nagle stwierdziliśmy, że będziemy maratończykami, bierzemy się za ostre trenowanie, to wyglądamy tak, jakbyśmy wrzucili kogoś zimą rozebranego do przerębli i powiedzieli mu:  "Zostań morsem!".

Prowadzi trener wielu biegaczy. Czy ta utrata kontroli nad tym sportem jest częstym zjawiskiem?

- To jest raczej powszechne. Amatorzy nie potrafią trenować, cieszyć się spokojnym biegiem, który daje podstawę. Dopiero na tę spokojną intensywność należy nakładać bodźce, które będą podnosiły sprawność. Bodźce osadzone na tej niskiej intensywności będą podnosić sprawność.

- Często łapiemy się w taką pułapkę, że wybiegamy dwa razy w tygodniu i są to bardzo mocne bodźce. Na początek ich skutków nie odczuwamy, bo między jednym a drugim biegiem mijają trzy dni, więc organizm zdąży odpocząć. Trzeba sobie zadać pytanie, czy my umiemy biegać. Jeśli chcemy osądzić, czy ktoś umie pływać, to widać od razu po tym, jak on wejdzie do wody - jeśli nie, to się topi. Z bieganiem nie jest tak prosto. Każdy odpowie: "umiem". Ale czy tak jest naprawdę? Czy każdy uprawiający bieganie potrafi truchtać przez 45 minut bez oznak zmęczenia? Jeżeli to ktoś potrafi, to jest super i może na to nałożyć dopiero mocniejsze akcenty i potem bawić się w jakieś starty.

- Najpierw trzeba się jednak nauczyć ruchu. Bez tego, jedziemy tylko na "silniku", wbrew technice, przy odstawionych stopach, gdzie oś pracy jest inna niż przebieg mięśni i to w konsekwencji będzie doprowadzało do przeciążeń i kontuzji. Im mocniejszy organizm, tym dłużej wytrzyma taki zły tryb trenowania, ale nawet on wcześniej czy później wyląduje w gabinecie rehabilitacyjnym.

Często naród biegowy ślepo wierzy w wynalazki techniki, które zastępują profesjonalnego trenera.

- To wskazane, dobre, sam używam, czasem lubię przeglądnąć. Natomiast bardzo niepokojącym zjawiskiem wśród biegaczy - nawet zawodowców - jest ślepe kierowanie się pulsometrem. Na pytanie: "Jak się czujesz?" pada odpowiedź: "Mam tętno 160 uderzeń na minutę". Przestaje myśleć w kategorii odczuwania pracy, koncentrując się jedynie na tym, co mi wskaże pulsometr. A przecież człowiek nie jest komputerem i musi patrzyć na to, jak się czuje.

- Jeżeli ma mocną zadyszkę, to znaczy że pracuje mocno, a to, że w międzyczasie ma niższe tętno, może wynikać z różnych powodów. Na przykład z przetrenowania, z tego, że organizm nie jest w stanie wejść na wyższe obroty i piłowanie go nie ma sensu.

- Dlatego słuchajmy własnego organizmu! Widzę, że często ludzie biegają w słuchawkach. Nie jestem zwolennikiem tego. Bieganie powinno być wsłuchiwaniem się w rytm własnego ciała. Dzięki temu, można pięknie sterować tempem biegu nawet bez większej pomocy profesjonalnych trenerów.

- Niestety, trenerzy nie zawsze dają to, co powinni, tylko dają to, czego ludzie chcą. I to jest - z mojego punktu widzenia - błąd. To tak, jakbyśmy poszli do lekarza i powiedzieli: "Chcę mieć takie lekarstwo, proszę mi je przepisać". Wymusza się wręcz receptę. Trener powinien określać, jaki jest maksymalny wysiłek dla danego organizmu. Powinien przestrzegać, że start w tym maratonie jest za wczesny. Dopiero wtedy wykazuje się wiedzą i znajomością problematyki. A jeżeli mówi, że bez problemu przygotuje cię w ciągu miesiąca do maratonu, od zera, to znaczy, że nie wie o czym mówi.

Jaka jest rada dla osób, które zobaczyły, że u nich w firmie, bądź na studiach ktoś biega i chcą do niego dołączyć?

-  Zacznijmy od nauczenia się truchtu. Nie zmuszajmy organizmu do wysiłku większego niż ten, do którego jest przyzwyczajony. Dopiero później przejdźmy do szybszego, ale krótkiego biegu i stopniowo go wydłużajmy. Trzeba organizm przyzwyczajać do większego wysiłku. Jeżeli ciało pozwoli mi dojść szybciej do jakiegoś poziomu, to świetnie. Ale są organizmy, które powoli będą robiły postępy. Uważam, że należy kochać siebie, czyli nie robić sobie krzywdy. Dać sobie czas, nie wymuszać na sobie zbyt mocnych treningów. Nauczmy się ruchu! 

- Dlaczego przy truchcie mamy wysokie tętno? Ano dlatego, że organizm jest nieekonomiczny w tym ruchu. Ekonomiczny może się stać dopiero wtedy, gdy umie to robić. Trucht musi być prowadzony na niskim tętnie. Nawet do tego stopnia, abyśmy mogli porozmawiać w jego trakcie. Najlepiej umówić się z kimś na wspólne truchtanie i zarazem rozmowę. 45 minut fajnego spotkania. Wysiłek tlenowy, dzięki któremu adoptujemy organizm. Potem się okaże, że ten trucht niezauważalnie zamieni się w bieganie, a biegnąc będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

- Jeszcze jedna rzecz, która jest ważna - nie porównujmy się do innych. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne zdolności, inną historię, związaną z bieganiem. Przygotowania do maratonu to szykowanie się do konkretnego poziomu wysiłku, a nie próba pokonania kogoś. Jeśli przy okazji realizowania własnego planu kogoś wyprzedzimy, to jest super, ale ten wyścig nie może być celem samym w sobie. Wtedy jest to bezpieczne i daje satysfakcję.

- Moja przygoda z bieganiem trwa już 37 lat. Bez kontuzji, z przyjemnością, sprawia mi to radość i mam siłę do pracy.

I na mecie maratonów trener wygląda jak reklama biegania...

- Dokładnie, tak staram się wyglądać. Jak biegacz, a nie żołnierz trenujący czołganie.

Jesienią temperatury zachęcają do biegania, ale z drugiej strony pojawiają się infekcje, wirusy. Czy należy biegać na przykład z podwyższoną temperaturą?

- Przy przeziębieniach nie biegajmy. Starajmy się być zdrowi. Ja uważam, że nawet w sporcie zawodowym chory zawodnik nie jest dla mnie zawodnikiem.

A jak się ustrzec tych kłopotów, przeziębień, infekcji?

- Trzeba pamiętać, że jeżeli jest zimno, to musimy być cały czas w ruchu. Nie może być przerwy, stania, itd. Jeżeli się ubiorę za grubo i jestem spocony, to tym bardziej nie mogę stać po biegu. Ubieram się odpowiednio, nawet delikatnie za cienko, żeby nam na początku treningu było troszkę za zimno, ale nie stoję po zakończeniu treningu, tylko od razu się rozchodzę. Tak robimy w grupie AZS AWF Masters Kraków. Jak jest gorąc, to wszystko OK, można po treningu postać dłużej i porozmawiać. Ale jak się zaczyna robić chłodno, to po bieganiu wszystkich rozganiam do domu, bo wtedy najłatwiej się przeziębić.

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Wacław Mirek | bieganie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje