Reklama

Reklama

"Usiąść na kanapie, wypić piwko"

Rekordzista świata w skoku w dal (8,95) Amerykanin Mike Powell przyznał, że z chwilą poprawienia najlepszego wyniku w historii, jego życie całkowicie się zmieniło.

Rekordzista świata w skoku w dal (8,95)  Amerykanin Mike Powell przyznał, że z chwilą poprawienia  najlepszego wyniku w historii, jego życie całkowicie się zmieniło.

"Gdy w 1991 roku w mistrzostwach świata w Tokio "pofrunąłem" na odległość 8,95 nagle wszystko przewróciło się do góry nogami. Nieważne, że już wcześniej osiągałem sukcesy. Nagle wszyscy dowiedzieli się, kim jestem. Dotarło to do mnie, gdy jechałem w Los Angeles samochodem, a ludzie na ulicy pokazywali mnie palcem i krzyczeli: Ej! To Mike Powell!" - wyznał dwukrotny wicemistrz olimpijski (1988, 1992), który był gościem lekkoatletycznych mistrzostw świata juniorów w Bydgoszczy.

Po rekordowym skoku nie docierało do niego, jakiego dokonał wyczynu. "Chciałem normalnie wrócić do domu, usiąść na kanapie, wypić piwko i na drugi dzień pójść na trening. A tu nagle o piątej rano telefony z prośbą o wywiady. Myślę sobie, coś się dzieje! W jeszcze większym szoku byłem, gdy spojrzałem dzień później do gazet. Wszyscy o mnie pisali. Patrzyłem na zdjęcia i myślałem: wow! Chyba naprawdę coś wielkiego zrobiłem"- wspomniał.

Reklama

35-letni Amerykanin uważa, że poprawienie jego wyniku jest tylko kwestią czasu.

"Każdy rekord jest po to, by go pobić. Oczywiście mam nadzieję, że mój utrzyma się jak najdłużej. Problem polega na tym, że skoczkowie nie wierzą w to, że mogą "pofrunąć" tak daleko" - stwierdził i dodał, że "sam myślałem, że wynik Boba Beamona (8,90) jest kosmiczny. Jak się udało wylądować pięć centymetrów dalej, zacząłem żałować, że nie złamałem granicy dziewięciu metrów".

Dwukrotny złoty medalista mistrzostw świata (1991, 1993) przyznał, że gdyby nie jego odwieczny rywal, dziewięciokrotny złoty medalista olimpijski Carl Lewis pewnie też nigdy nie zbliżyłby się do rekordu świata.

"Jestem wdzięczny za to, że mogłem z nim rywalizować. Bez konkurencji nie byłoby możliwe skoczyć 8,95 m. On mnie mobilizował do tego, by wydobywać z siebie wszystkie siły. Obecnie nie potrzeba tak się wysilać, by zdobyć mistrzostwo świata, jednak jestem zaskoczony tym, że zawodnicy nawet nie próbują, by się zbliżyć do rekordu" - powiedział Powell.

Obecnie Amerykanina zajmują dwie rzeczy - wychowywanie trzech córek oraz trenowanie młodych lekkoatletów. Nadal jednak jest rozpoznawany.

"Przyjemne jest, gdy idę ulicą i ludzie nadal proszą mnie o autografy. Często podchodzą też do mnie i mówią: Wiesz, że jesteś podobny do Mike'a Powella? Wtedy tylko się uśmiecham i odpowiadam: Wiem, ale szczęściarz ze mnie" - wspomniał.

Mike Powell urodził się 10 listopada 1963 roku w Filadelfii. W 1991 roku w mistrzostwach świata poprawił 23-letni rekord świata w skoku w dal Boba Beamona o pięć centymetrów (8,95). Dwa lata później w Stuttgarcie zdobył po raz drugi złoty medal MŚ. W 1995 roku w Goeteborgu był trzeci.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL