Reklama

Reklama

Trener Anity Włodarczyk: Sport jest gorszy od zakonu

Do czego można porównać sport wyczynowy? Krzysztof Kaliszewski, trener Anity Włodarczyk, która w Moskwie została wicemistrzynią świata w rzucie młotem uważa, że najlepiej do zakonu o surowej regule.

Jaka jest Anita Włodarczyk?

Krzysztof Kaliszewski: - To jest osoba niezwykle poukładana zawodowo, zdyscyplinowana, nigdy nie spóźniła się na trening, zależy jej na tym co robi. Ale przede wszystkim nie marnuje czasu. Wielu sportowców jest po prostu statystami - są osobami, którzy trenują, bo po prostu nie mają pomysłów na dalsze życie. Tak się nie da. Trzeba dawać najpierw wszystko z siebie na zajęciach, by potem cieszyć się ze zwycięstwa.

Reklama

Do czego można porównać wyczynowy sport?

- Do zakonu o surowej regule. Tam człowiek poddaje się pewnym zasadom i wywiązuje się z pewnych przykazań. Dokładnie tak samo jest w sporcie, a nawet gorzej, bo trzeba mieć znacznie większą samodyscyplinę wobec tego co się dzieje wokół.

Włodarczyk jest taką zawodniczką?

- Nie mam z nią żadnych problemów.

A trener ma czasami dość?

- Jak każdy człowiek. Myślę, że Anita też ma czasami dość. Po to właśnie wszystko tak jest poukładane, by był okres odpoczynku i naładowania akumulatorów. To wygląda w ten sposób, że jak jest przerwa to już myślimy o tym, żeby się spotkać, pojechać na zgrupowanie, wejść w stary tryb. Jesteśmy pasjonatami tego wszystkiego i myślę, że to się jeszcze długo, długo nie zmieni.

Jak długo można rzucać młotem?

- Nie ma wymiernej granicy. W Sydney po raz pierwszy był kobiecy konkurs rzutu młotem, a Kubanka Yipsi Moreno rzuca od tamtej pory do teraz. Minęło trzynaście lat, więc tak naprawdę nie ma na razie leciwych pań, które startują w tej konkurencji. Nie można zatem porównywać kobiet do mężczyzn. 37-letni Szymon Ziółkowski jest juniorem wśród seniorów. Trzy lata starszy jest chociażby Włoch Nicola Vizzoni. Kobieta jednak pełni mimo wszystko inną rolę w życiu niż mężczyzna, przychodzi też czas na macierzyństwo, założenie rodziny. Wydaje mi się, że nie ma co ciągnąć wyczynowego sportu zbyt długo. Przychodzi taki moment, że powinno stanąć się przed lustrem i odpowiedzieć sobie na pytanie - czy nadal chcę kochać rzut młotem, czy może kogoś innego.

Do którego momentu rola trenera jest kluczowa?

- Kończy się na zawodach. Na stadionie jestem już tylko po to, by dopilnować spraw technicznych i ewentualnie poklepać po ramieniu. Natomiast zawodnik jest aktorem i to on musi w tym momencie wyjść na scenę i sprzedać się jak najlepiej potrafi. A później? Ile będą mu klaskać to jego, ale trzeba ochłonąć, zejść ze sceny i wziąć się ponownie do roboty.

Szaleństwo po zdobyciu medalu wielkiej imprezy, zainteresowanie mediów, kibiców, spotkania sponsorskie - jak długo trwa?

- Nigdy sportowiec nie może stać się celebrytą. Jak tak się stanie, to najczęściej już nie wraca do sportu. Ta granica jest bardzo cienka. Dlatego im szybciej zejdzie się z piedestału, tym lepiej.

To jak długo można pobawić się w celebrytę? Miesiąc? Dwa?

- Nie w naszym przypadku. Dwa tygodnie i trzeba samemu zaczynać dbać o swoją sprawność fizyczną, wrócić do dawnej dyscypliny. Jestem przeciwnikiem u osób takich jak Anita, by czas wolny był długi. Ona ma problemy ze zdrowiem i jak spuścimy z masy mięśniowej, to będzie bardzo ciężko to odbudować. Cały czas trzeba w tym siedzieć i ćwiczyć.

Najpoważniejsza kontuzja Włodarczyk to uraz kręgosłupa. Wiele ona zmieniła w waszych założeniach, planach?

- Oj trochę tak. Spadło to z nas jak grom z jasnego nieba, bo w tym roku i tak trochę odpuściliśmy trening. Rok poolimpijski miał być lżejszy. Obciążenia były naprawdę niewielkie. I raptem odnowiła się kontuzja. Trochę zgłupiałem. Musiałem przebudować cały plan szkolenia. Jak widać udało się w jakimś tam stopniu. Oczywiście nie wiemy, co by było, gdyby do tego nie doszło. Zmiany były ryzykowne, ale Anita podchodziła do tego z pełną świadomością.

Dużo zdjął pan jej z "krzyża"?

- Sporo. Idealnie byłoby, gdyby Anita dźwigała ok. 200 kilogramów. Wiemy jednak, że jest to niemożliwe i tak pozostanie już do jej zakończenia kariery. Anita ma praktycznie taką samą wagę, jak w zeszłym roku, a na plecach miała 20 kilogramów mniej. To bardzo dużo.

Czy na bazie takiego treningu Anita jest w stanie rzucić 80 metrów?

- Oczywiście. W tym roku poprawiła na treningach swoje wszystkie osiągnięcia rzutowe. Trzeba to oczywiście przełożyć na zawody, ale ja wiem, że idziemy w dobrą stronę. W tym roku przez dwa miesiące Anita była wyłączona z zajęć rzutowych, co oznacza, że wykonała ok. 1000 rzutów mniej niż zazwyczaj.

Najtrudniejsze momenty?

- Trener świadomy musi założyć kilka wariantów. Często jest tak, że dochodzi do reorganizacji ze względu na coś nieoczekiwanego. U Anity takie sytuacje były notoryczne. Może właśnie dlatego tym razem się udało z tego wybrnąć, ponieważ miałem dobry poligon doświadczalny. Ja ją już znakomicie znam, wiem na co mogę sobie pozwolić na treningu, na co nie. Niestety, badania wykazały, że wada w kręgosłupie trochę się pogłębiła, zatem musimy jeszcze bardziej uważać. Cały czas balansujemy na krawędzi. Dlatego jeśli nadal chcemy oboje to robić, to zdyscyplinowanie musi być olbrzymie. Wszystko, całe życie musi być podporządkowane pod sport. Nie ma żadnego miejsca na skok w bok.

Jak długo Anita zdoła jeszcze z taką wadą rzucać?

- Może do igrzysk w Rio de Janeiro, a może jeszcze jeden, czy dwa cykle? Wiele zależy także od jej planów. Na dzień dzisiejszy musimy traktować to etapowo. Wszelkie decyzje będziemy podejmować po brazylijskiej olimpiadzie.

Łatwiej jest być trenerem czy zawodnikiem?

- Pewnie jakbym był nadal zawodnikiem, to odpowiedziałbym co innego niż teraz. Każdy ma swoją rolę. Trenera zadaniem jest wszystko poukładać w jakąś konkretną całość. To jednak na końcu zawodnik wychodzi i musi jak najlepiej się zaprezentować. Zdecydowanie bardziej się denerwuję jednak jako trener. Rzucam głową, skaczę na ławkach. Bez emocji nie ma jednak motywacji do pracy, jeśli zauważę braku dreszczu zdenerwowania czy jakichś obaw, oznacza to, że czas przejść na emeryturę.

Włodarczyk jest zawodniczką, która osiągnęła niemal wszystko - do niej należał rekord świata, była mistrzynią globu, Europy. Ma srebro olimpijskie. Pozostaje walka o złoto igrzysk. Jak go zdobędziecie to tort będzie miał już wisienkę. Nie boi się pan, że właśnie wtedy zabraknie motywacji?

- U nas jest tak niszowa konkurencja, że trzeba się potwierdzać cały czas. To nie jest 100 m, że raz zdobędzie się jakiś tytuł i przejdzie się do historii. To jest rzut młotem i tu trzeba natrzaskać medali, żeby coś znaczyć.

Czyli co roku stawać na podium?

- Taką potrzebę generuje nasz system. Ja mam kontrakt podpisany do 31 sierpnia. Gdyby coś się stało Anicie, od września nie mam pracy. Bez znaczenia jaki sukces osiągnęłaby w Moskwie Anita, i tak będzie zarabiać mniej w przyszłym sezonie, bo straci stypendium olimpijskie. Każdy rok jest dla nas walką, o to by godnie żyć. To jest makabra. Na szalę trzeba postawić całe swoje życie. Dlatego właśnie trzeba iść na całość. Co roku. Jak już spadnie się z fotela medalisty, bardzo to boli.

W Moskwie rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje