Reklama

Reklama

Tomasz Majewski: Trzeba surowo karać dopingowiczów, bez taryfy ulgowej

- Problem dopingu będzie istniał zawsze. Można tylko się cieszyć, że wzrasta skuteczność walki i po latach dopingowicze nie mogą spać spokojnie – mówi w trzeciej części rozmowy z Interią Tomasz Majewski, świeżo emerytowany dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, a obecnie wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Słynny kulomiot przy okazji przywołuje wpadkę dopingową Białorusina Andreja Michniewicza, dzięki czemu złoty medal mistrzostw Europy trafił w ręce Polaka.

Interia: Mając przewagę mentalną i większą odporność na stres od rywala, jest się w stanie wygrywać z przeciwnikami, będącymi na wyższym poziomie technicznym i sportowym?

Tomasz Majewski: Dokładnie tak jest, to taki rodzaj predyspozycji, który czyni kolosalną różnicę. U mnie to się zgadzało. Wygrywałem z rywalami, którzy byli ode mnie lepsi, mocniejsi i w wyższej formie. Ale w momencie, gdy rywalizowaliśmy na równych warunkach, to mnie się udawało i często wygrywałem, bo po prostu bardziej tego chciałem i byłem mocniejszy.

W sporcie, raz po raz, mamy do czynienia z aferami dopingowymi. Problem dopingu zawsze istniał w takim stopniu, czy teraz mamy jego natężenie?

Reklama

- Doping w sporcie jest, zawsze był obecny i tego nie da się ukryć. Zmienia się tylko natężenie, okresowo wybucha więcej afer w danej dyscyplinie. Tak samo dzieje się w lekkoatletyce, raz jedna konkurencja jest bardziej skażona tym problemem, innym razem druga. W pchnięciu kulą, kiedyś mieliśmy duży problem, który później zniknął. Teraz tych spraw jest bardzo mało, a przeniosło się to na biegi średnie i sprinty.

Spraw jest więcej, czy są bardziej nagłaśniane?

- Nie wiem, sam się nad tym zastanawiam. A może dziennikarze robią z tego większe afery niż są one w rzeczywistości? Niemniej problem dopingu zawsze będzie. Można tylko się cieszyć, że wzrasta skuteczność walki i po latach dopingowicze nie mogą spać spokojnie. Mają świadomość, że badania idą do przodu, laboratoria będą wracać do próbek, więc oszustwa i nieprawidłowości będą demaskowane przynajmniej po latach. To, że satysfakcja jest później gorzka, to już inna sprawa. Trzeba walczyć z dopingiem, bo zawsze będą pojawiali się ludzie, którzy chcą oszukiwać, by za wszelką cenę osiągnąć sukces. Wierzę, że ta walka będzie skuteczniejsza, tym bardziej, że temat jest gorący, nie da się go zamieść pod dywan, a ponadto opinia publiczna - choć może nie wszędzie - jest żądna karania dopingowiczów. Generalnie obowiązuje pogląd, że trzeba jak najsurowiej karać i podchodzić do problemu bardzo zdecydowanie, bez taryfy ulgowej.

W pana konkurencji, jaką pamięta pan najbardziej spektakularną wpadkę w trakcie trwania swojej kariery?

- Oczywiście największą "wtopę", żeby nie pomylić nazwiska, zaliczył...

Jurij Biłonog? Ukrainiec na igrzyskach olimpijskich w Atenach "okradł" ze złota Amerykanina Adama Nelsona, a wpadł dopiero w 2012 roku.

- To było już po latach. Nawiasem mówiąc, dużo wcześniej, w zasadzie tydzień po igrzyskach w Atenach, wysoką cenę zapłaciła też Rosjanka Irina Korżanienko. Oboje zdobyli złoto, więc ponieśli bardzo dużą stratę. Ja chciałem powiedzieć o Białorusinie Andreju Michniewiczu, któremu - po wielu latach - odebrano kawał pięknej kariery. Po drugiej, już dożywotniej dyskwalifikacji, wykreślono mu z dorobku długie lata i pozbawiono masy medali. Swoją drogą, ja też, dzięki temu, zdobyłem złoty medal mistrzostw Europy w Barcelonie (2010 rok - przyp. red.). Tak, "wtopa" Michniewicza, była zdecydowanie największą sprawą.

Czy na własnym przykładzie jest pan w stanie wskazać, mimo satysfakcji po latach z przyznania medalu, co jest największą stratą w takiej historii? Mówimy o stratach głównie niepoliczalnych?

- Zacząłbym od pamięci. Często się mówi, że poza wpisem w Wikipedii i w tabelach, nic się nie zmienia. I racja. Przecież nie zmieni się zdjęć z tamtego podium, nie przerobi filmów, ani nie wymaże, przede wszystkim, swojej pamięci. A ja wiem, że w Barcelonie przegrałem złoty medal o centymetr. Doskonale to pamiętam. Mimo, że później dostałem ten medal, ładny i nowiutki, to satysfakcja była średnia. Natomiast największą stratę ponieśli ludzie, dla których medal, który otrzymują po latach, jest jedynym "krążkiem" w karierze.

Wszak bardzo dużo mógłby zmienić w ich życiu i karierze.

- Dokładnie. Ja takich medali miałem dużo, a to, że trochę poprzesuwałem się w klasyfikacjach, dało mi satysfakcję, lecz w mojej sytuacji niewiele zmieniło.

A dla innych taki medal mógłby być momentem zwrotnym lub kołem zamachowym w całej karierze.

- Jasne, poczynając od bardzo policzalnych rzeczach, czyli pieniędzy. Ponadto taki sukces mógłby ich pchnąć na zupełnie inne obroty i wznieść karierę na dużo wyższy poziom. A tak, stało się inaczej, bo ktoś inny oszukiwał. To są największe tragedie dla tych ludzi.

Czy obecna lekkoatletyka jest trawiona poważnym problemem dopingowym?

- Po dyskwalifikacji Rosjan, można powiedzieć, że nie jest aż tak źle. Choć jest jeszcze parę afer, które trzeba wyjaśnić.

O jakich aferach pan mówi?

- Mówię o aferze całej grupy treningowej trenera Jamy Adena z biegów średnich, który trenuje na przykład w RPA. Został aresztowany w Hiszpanii i właściwie sprawa jeszcze nie do końca została wyjaśniona. Wokół tej grupy może być bardzo dużo wpadek, ale w tej chwili to już bardziej kryminalne śledztwo.

A druga afera?

- Z lekkoatletami brytyjskimi, złapanymi na zgrupowaniu, bodajże w Kenii. Ta sprawa nie bardzo poruszyła się do przodu, a trzeba zrobić porządek wszędzie tam, gdzie ten problem jest największy. Do tego była także "sprawa etiopska", która w ogóle ucichła... Jest parę rozpoczętych afer, które wybuchły, ale właściwie nie wiadomo, co się z nimi dzieje. Na wokandzie ciągle jest temat Rosji, który niby porusza się do przodu, ale ciągle nie wiadomo, co z niego będzie.

Dlaczego?

- Bo jak patrzę na wypowiedzi części rosyjskich oficjeli, to mam nieodparte wrażenie, że tam nic się nie zmieniło. Niby rozpoczęto prace, by zbudować "zdrowy" system, ale nie wiem, jak im to wyjdzie. Poza tym, ciągle zgłaszają weto, odwołując się od odbieranych im medali. Proces nieustannie trwa, tabele się zmieniają i nie widać końca. Cóż, trzeba stale budować system, udoskonalać go i przeznaczać więcej pieniędzy na walkę z dopingiem, bo to rywalizacja niestety droga. O tym rzadko się mówi, ale łapanie dopingowiczów generuje olbrzymie koszty.

Komu najbardziej zależy na walce z dopingiem?

- O dziwo są tacy ludzie, pasjonaci i fascynaci, którzy chcą sport ideowy plus grono normalnych sportowców. Nie mogę powiedzieć, komu nie zależy, bo tak byłoby dużo łatwiej.

Śmiało, proszę pójść na łatwiznę.

- A więc nie zależy tym wszystkim krajom, które chcą osiągać sukcesy za wszelką cenę, a tych na świecie jest bardzo dużo. Poza tym, nie zależy nieuczciwym sportowcom, którzy w pogoni za sukcesami i pieniędzmi, nie będą się wzbraniać przed przyjmowaniem dopingu. Dwie frakcje, dobra i zła, ciągle ze sobą walczą i nie jest tak, że któraś szybko wygra.

Z pana obserwacji, czy kibicom i sponsorom zależy na wyplenieniu dopingu?

- Zależy gdzie... Patrząc na kraje, gdzie ten problem jest bardzo duży, to sądzę, że kibice w ogóle o tym nie myślą. Liczy się dla nich tylko ciągłość sukcesów, nieważne jakimi środkami. Z kolei sponsorzy niby sądzą się, odżegnują i starają odzyskiwać poniesione straty, zrywając kontrakty, jeśli ktoś jest podejrzany lub skazany, ale pewnych rzeczy się nie zmieni. W ludzkiej pamięci się tego nie zatrze. Działania marketingowe, nawet najlepsze, też niczego nie cofną.

Wyobraźmy sobie idealną sytuację, nagłą odnowę, gdy sport zostaje do cna wyczyszczony z dopingu. Czy myśli pan, że w sytuacji permanentnego braku rekordów, a te przecież są solą sportu i ogniskują uwagę, sport nadal będzie budził emocje? Taka rywalizacja obroni się, czy trzeba by było "wyczyścić" wszystkie rekordy i zacząć budowanie legend od nowa?

- Myślę, że nie byłoby takiej potrzeby, bo lekkoatletyka to nie choćby pływanie, tutaj rekordy to nie wszystko. U nas bardziej liczy się rywalizacja i sama walka, jej piękno. Poza tym doping nie przekłada się zero-jedynkowo na rekordowe wyniki. Rekordy, mimo że już są bardzo wyśrubowane, to zawsze będą do pobicia, bo znajdą się większe talenty. A wracając do tego, że najpiękniejsza i najbardziej atrakcyjna dla ludzi jest rywalizacja... Do tego nie potrzeba rekordów, tylko sportowców, którzy będą ze sobą wspaniale walczyć i to najbardziej podoba się kibicom. Pogoń za rekordami nie jest najważniejsza. W niektórych konkurencjach od lat nie było żadnych rekordów, a i tak są bardzo popularne i ludzie chętnie je oglądają. Myślę, że taki scenariusz, jaki zarysował pan w pytaniu, nam nie grozi.

Ja jednak obawiam się, że cały sport, w szerszym ujęciu, mógłby runąć, bo dzisiaj liczy się świetny wynik, rekordowy czas, bicie najdłuższych serii zwycięstw, itp.

- Ja twierdzę, że to bardziej sprawka mediów, które w pogoni za newsami i tzw. klikalnością, nakręcają spiralę oczekiwań, a ludzie i tak będą chodzić na różne wydarzenia. Jestem przekonany, że dobre widowiska zawsze będą wzbudzały zainteresowanie wśród kibiców.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL