Reklama

Reklama

Tomasz Majewski: Brałem dużo odżywek, bo musiałem przeżyć

- Niestety, sport wyczynowy jest taką dyscypliną, że trzeba pomagać swojemu organizmowi w taki sposób, jak tylko się da, żeby przeżyć trening. Brałem dużo różnych odżywek, bo po prostu musiałem - zdradza w ostatniej, czwartej części rozmowy z Interią Tomasz Majewski, dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, który po zakończeniu kariery został wiceprezesem w Polskim Związku Lekkiej Atletyki ds. międzynarodowych.

Interia: Pięściarz Przemysław Saleta kiedyś udzielił mi głośnego wywiadu, w którym mówił, że złapać na dopingu dają się tylko najgłupsi i najbiedniejsi. W związku z tym - skoro najlepsi i najbogatsi pozostają cały czas nieuchwytni, to postawił kontrowersyjną tezę, żeby zalegalizować doping, bo tak naprawdę dopiero to byłoby wyrównaniem szans.

Tomasz Majewski: - Nie no, wtedy te dysproporcje byłyby jeszcze większe. Bogatszych byłoby stać na lepsze rzeczy, a biednych na słabsze. A poza tym, dochodzimy do samego sedna problemu doping, czyli tego, dlaczego on w ogóle jest zakazany. Głównie dlatego, że jest szkodliwy, wobec czego nadużywanie go mogłoby spowodować niekontrolowane następstwa. I tak mamy zgony w sporcie, częściej związane właśnie ze stosowaniem dopingu. A po zalegalizowaniu, część ludzi brałaby to bez opamiętania, wychodząc z założenia, że im więcej, tym lepiej. Stąd brałyby się kolejne zgony na boiskach, na stadionach, a tego chyba nie chcemy.

Reklama

Saleta perorował, że właściwie posunąłbym się nawet do takiej tezy, że sport wyczynowy, tak obciążający, jak np. kolarstwo, z dopingiem jest zdrowszy. Po prostu organizm szybciej się regeneruje i jest w stanie znieść taki wysiłek, z którym człowiek bazujący w diecie tylko na naturalnych produktach, po prostu by sobie nie poradził. Jednocześnie dodał, że sam doping nie gwarantuje sukcesu, za tym musi pójść katorżnicza praca.

- Nie jestem aż takim specjalistą, ale faktycznie, niektóre dyscypliny są bardzo obciążające, a doping pomaga "przeżyć". Jest coś takiego, ale wszystko jest kwestią podejścia do sportu. Przecież kolarze wcale nie muszą jeździć superszybko, tam nie ma rekordów. Można jeździć ciut wolniej i nadal będzie rywalizacja. Podnoszenie średniej prędkości peletonu, która następowała np. w Tour de France, nijak przekłada się na oglądalność. Co z tego, że oni jadą szybciej? Liczy się to, kto wygra, kto najlepiej przeżyje trud wielodniowego wysiłku. Podchodząc do tego problemu szerzej, trzeba przede wszystkim stwierdzić ostro: doping jest zły! A dlaczego go zakazano? Bo jest nieuczciwy, a przede wszystkim szkodliwy. Doping sam w sobie często nie jest szkodliwy, ale stosowanie go na dłuższą metę jest bardzo szkodliwe dla naszego organizmu. Nawet, jeśli w danym momencie tego nie czujemy, to można się o tym przekonać po latach. Historie wielu sportowców najlepiej poświadczają, że to jednak jest zło.

Doping "rozwala" i rozregulowuje całą gospodarkę hormonalną w organizmie?

- Zależy, co się bierze, ale przede wszystkim - zresztą jest taki pogląd w medycynie sportowej - że "wyciąga" z organizmu te wszystkie złe rzeczy, które w sobie mamy i choroby, na które moglibyśmy zapaść. Prawdopodobieństwo, że na nie zapadniemy, gdy bierzemy doping, jest dużo większe. Część sportowców, którzy używali dopingu, umiera na nowotwory i inne choroby, a w innej sytuacji być może cieszyliby się zdrowiem.

Gdy w 2013 roku zapytałem Saletę, po co on sięga, to odparł, że gdybym przyjechał do niego do hotelu i zobaczył, ile ma wystawionych rzeczy, byłbym zdziwiony. I wymienił: aminokwasy proste i złożone, białko z kazeiną na noc, białko serwatkowe, węglowodany w ciągu dnia po treningu, multiwitaminy, witaminę C. Dodał, że wszystkiego nawet nie sposób spamiętać. U pana to wszystko też było obecne w trakcie trwania kariery?

- Dokładnie. Niestety, sport wyczynowy jest taką dyscypliną, że trzeba pomagać swojemu organizmowi w taki sposób, jak tylko się da, żeby przeżyć trening. Dlatego wspomaganie musi być bardzo dobrze zorganizowane i na bardzo wysokim poziomie, bo inaczej nie wytrzyma takiego ekstremalnego wysiłku i nie osiągnie się wyników. Tak, rzeczywiście, ja brałem dużo różnych odżywek, bo po prostu musiałem, żeby tę robotę jakoś w miarę przeżyć.

Ktoś mógłby pana nazwać dopingowiczem?

- Nie, nie mógłby, bo to wszystko było dozwolone. Mówimy o normalnych, zdrowych rzeczach. Zatem to wszystko było pomocą, dawało mi promil, nie procenty, a to zasadnicza różnica. Wspomaganie w sporcie polega na tym, że otrzymujemy w uproszczonej formie wszystko to, co jest zawarte w diecie. Tyle, że niektórych produktów nie jemy, więc łatwiej jest wziąć tabletkę lub coś wypić niż obżerać się. Tym sposobem, przede wszystkim zapewniamy potrzeby naszemu organizmowi. A nasze ciało tego łaknie, bo wykonujemy bardzo ciężką pracę.

Mimo wszystko nie ma pan wrażenia, że taką suplementacją organizmu, jako że mówimy o sztucznej formie dostarczania witamin i minerałów, mógł pan sobie w dłuższej perspektywie zaszkodzić? Innymi słowy, że kiedyś przyjdzie panu za to płacić zdrowiem?

- Bardziej martwię się o wysiłek, jaki mój organizm przyjął niż o odżywki. Oczywiście, branie takiej ilości suplementów nie jest zdrowe, ale z drugiej strony cały sport wyczynowy nie jest zbyt zdrowy. Z drugiej strony mamy tak wytrenowane, wręcz wyżyłowane organizmy, że znosimy wszystkie obciążenia. Stąd obecność tych środków, które nie robią nam krzywdy, lecz regenerują organizm i pozwalają nam ciężej pracować. Natomiast, po zakończeniu kariery, już nie biorę odżywek, bo nie ma takiej potrzeby. Poza tym, to wszystko robiłem pod okiem lekarzy, więc nie działa mi się krzywda, tylko doświadczałem pomocy.

Zmieniając temat, ma pan poczucie, że wielkim następcą Tomasza Majewskiego zostanie dominator w gronie juniorów i młodzieżowców - Konrad Bukowiecki?

- Zobaczymy. Jest jeszcze Michał Haratyk, który ma w dorobku medal wicemistrza Europy. Uważam, że któryś z nich może zrobić dużą karierę. Obaj mają duże szanse, są bardzo młodzi, a szczególnie Konrad. Zobaczymy świat stoi przed nimi otworem, mają ku temu wszystkie predyspozycje. Są dobrzy technicznie, już pchają daleko i są trochę "otrzaskani" na poziomie światowym. Chciałbym, żeby któryś z nich zrobił dużą karierę, żeby pchał daleko i poprawił mój rekord Polski (21,95 m). Na pewno będę im kibicował i wspierał chłopaków. Poza tym są jeszcze młodsi, ciągle przychodzą inni kulomioci. Ja o swoją konkurencję w Polsce nie muszę się martwić, mogę tylko spokojnie patrzeć na czynione postępy i im kibicować.

Tyle że Haratyk ma dosyć duży feler, do którego sam się przyznaje. Kiedyś powiedział mi, że jest osobą, która za bardzo nie wierzy w swoje możliwości. Jak to wpłynie na dłuższą metę?

- Ja byłbym spokojny, człowiek do wszystkiego dorasta. Mam nadzieję, że Michał u siebie to zwalczy, poskromi i przekuje w pewność siebie. To nie jest tak, że wszystkie dobre cechy trzeba mieć od początku. Do niektórych trzeba dojrzeć, części trzeba się nauczyć. Liczę, że Michał to wszystko sobie przyswoi, co wydatnie pomoże mu w karierze.

Bukowieckiemu, w pana poczuciu, czego jeszcze brakuje?

- Oczywiście, że doświadczenia. Zarówno na dużych startach, na treningu, jak i podczas całego kształtowania kariery. Konrad, z jednej strony, już ma pewną rutynę i jest świetnym kulomiotem, z drugiej, bez obrazy, ale jest jeszcze dużym dzieckiem. To dopiero 20-latek, w tym sporcie jest króciutko i do pewnych rzeczy jeszcze musi dojrzeć. Mam nadzieję, że to w miarę szybko przyswoi i będzie regularnie pokazywał, co ma najlepsze, pchając bardzo daleko. A przede wszystkim złapie dużą pewność siebie i stały poziom. Podchodzę do tego spokojnie, bo pamiętam, gdy sam byłem w wieku Konrada oraz Michała. Dlatego dodam, że do najlepszego wieku dla kulomiota, obaj ciągle mają daleko.

A jaki jest ten najlepszy wiek?

- Mówi się, że zaczyna od 27. roku życia. Właśnie wtedy osiąga się optymalną formę, biorąc pod uwagę wszystkie parametry.

Jakie predyspozycje są potrzebne do bycia kulomiotem wysokiej klasy, a nie przeciętniakiem?

- Poza mocną głową, o której już mówiliśmy, konieczne jest wielkie zdrowie. Jeżeli do tego ktoś ma naturalne gabaryty i może przetrzymać bardzo ciężką robotę, a przy tym omijają go kontuzje lub bardzo szybko z nich wychodzi, to zwiastuje mu dobrą, a przede wszystkim długą karierę. Dla porównania, mamy wielu kulomiotów, którzy mieli dobry jeden-dwa sezony, ale na dłużej nie zagościli w czołówce.

Czy jakiś kulomiot miał coś, czego pan mu zazdrościł?

- Oczywiście, wielu miało sporo rzeczy, które ja chciałbym mieć. I tylko sobie wyobrażałem, co by było, gdybym miał takie możliwości... Zawsze podziwiałem wielką siłę Christiana Cantwella, który był najsilniejszym kulomiotem moich czasów. Poza tym zawsze zazdrościłem Davidowi Stroelowi jego szybkości, szybkiej nogi. Mogłem sobie tylko puszczać wodze fantazji, co byłbym w stanie robić, gdyby u mnie to tak działało.

Gdy inni mówili o pana "mocnej głowie", to czy aby na pewno mieli na myśli wyłącznie odporność na stres w kole?

- Odpowiem może tak: wszystkie cechy organizmu trzeba trenować i tylko przez regularne ćwiczenia uzyskuje się efekty. A ja pewnych działań po prostu zaprzestałem, bo i tak byłyby one mocno ograniczone (śmiech).

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje