Reklama

Reklama

Szymon Ziółkowski: Mógłbym wystartować w golfie

Mistrz olimpijski w rzucie młotem z Sydney Szymon Ziółkowski powalczy niebawem o swe piąte igrzyska. Jednak po Londynie nie planuje kończyć kariery, bo - jak wspomniał - za cztery lata są następne. Nie wyklucza, że w Rio de Janeiro mógłby wystartować w golfie.

Zakładając, że rzuci pan młotem na odległość 78 metrów i tym samym uzyska kwalifikację olimpijską, to igrzyska w Londynie będą ostatnimi w karierze?

Reklama

Szymon Ziółkowski: Nie wiem. Lubię to, co robię i chciałbym w sporcie wciąż istnieć. Na pewno będzie to dla mnie ostatnia olimpiada w takiej formule przygotowań, jak dotychczas. W systemie życia na walizkach i spędzania 300 dni w roku poza domem. Jeśli miałbym po Londynie myśleć o starcie w Rio, to tylko ćwicząc w Polsce, najlepiej w Poznaniu, gdzie się urodziłem, mieszkam i trenuję w klubie AZS. Jestem zmęczony wyjazdami - to mój 23. rok międzynarodowych startów.

Od kilku lat na zajęcia przychodzi pan często z kijami golfowymi.

Ta gra jest obecna w moim życiu niezależnie od lekkiej atletyki od ponad dziesięciu lat. W 2001 roku w Brisbane, przy okazji startu w Igrzyskach Dobrej Woli (był drugi), nie mając pojęcia o doborze sprzętu, nabyłem dwa komplety - jeden na stalowych shaftach dla siebie i na grafitowych dla drobniejszego ode mnie przyjaciela. W drodze powrotnej grupa zatrzymała się w Chibie pod Tokio. W ośrodku były dwa pola, więc zacierałem ręce, ale ... przez dwa tygodnie lało. Po powrocie do kraju pierwsze treningi napawały optymizmem, a redaktor Andrzej Person, który wówczas był prezesem Polskiego Związku Golfa ocenił, że mam duże szanse poprawić rekord świata w zawodach longest drive.

To dla pana łatwa czy trudna dyscyplina?

Nigdy mi nie przeszło przez myśl, że jest to prosta gra. Skoro ludzie płacą aż tyle pieniędzy, nie może być ot taka, zwykła. Moje przypuszczenia o tym, że golf łatwy nie jest, potwierdziły się błyskawicznie. Po debiutanckich zajęciach potwornie bolały mnie dłonie, tak mocno ściskałem kij. A spocony byłem, jakbym wyszedł z siłowni. Niektórym się wydaje, że jak przywalą kijem w małą piłeczkę to poleci, że hej. Najczęściej w pierwszych próbach trafienia wyrywają jedynie kępy trawy, zaś mała biała piłeczka stoi dalej, jak stała. W lekkoatletycznym środowisku już wiedzą, że golf to fajna zabawa. Czasami robimy sobie konkursy. Najczęściej rywalizuje ze mną Anita Włodarczyk.

A propos pieniędzy. Na zielonych polach można sporo zarobić...

W 2004 roku będąc z Wojtkiem Kondratowiczem na zawodach w Mediolanie oglądaliśmy Sky Sport. W oczy rzuciła się nam lista płac za turnieje PGA - za 40. czy 50. miejsce 50 tysięcy dolarów! A ty człowieku zostajesz mistrzem świata w lekkiej atletyce z nagrodą 60 tysięcy zielonych. Mojej konkurencji nie ma w Diamentowej Lidze, jest natomiast oddzielny challenge dla rzutów. Wygrywając go można zarobić dwa tysiące dolarów. Młot to trudny kawałek chleba, dlatego wolę patrzeć na syna Adama, gdy chwyta się za mały zestaw golfowy i nim się bawi.

Gdyby można było cofnąć czas...

Nie chciałbym wracać do tamtych lat. Jestem zadowolony z życia; jako sportowiec mam w dorobku olimpijskie złoto, trzy medale mistrzostw świata wszystkich kolorów oraz kilka innych znaczących wyników. Sądzę, że w golfie byłoby mi trudno coś podobnego osiągnąć. Trzeba wiedzieć, że w latach kiedy zaczynałem karierę, ta gra w Polsce była prawie nieznana.

Może pan jeszcze te "zaległości" nadrobić i wystąpić w olimpijskim turnieju w Rio de Janeiro. Dwa medale w jakże odmiennych dyscyplinach, to byłby wyczyn!

Myślę, że Rosjanin Jewgienij Kafielnikow, były lider światowego rankingu ATP, dwukrotny triumfator tenisowych turniejów wielkoszlemowych (French Open 1996 i Australian Open 1999), czy utytułowany żeglarz Mateusz Kusznierewicz, mogliby zabrać mi tę szansę. Oni przy mnie są dziś zawodowcami, jednak... Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć. Do Rio de Janeiro jest sporo miesięcy. Teraz celem numer jeden są dla mnie igrzyska w Londynie, ale jadąc na obóz do Spały czy Władysławowa zabieram ze sobą kije. Kupiłem niedawno 300 piłek z odzysku, driver na rzutnię i między treningami uderzam.

Najważniejsze jest jednak zdrowie.

Oczywiście! Jestem w miarę zdrowy, o ile 36-letni sportowiec może być zdrowy. Aktualnie nic mi nie dokucza tak bardzo, aby uniemożliwiało treningi. Zresztą od przeszło 16 lat nie przypominam sobie sezonu, w którym nic totalnie by mnie nie bolało. Wychodzę z założenia, że jak wstajesz rano i nic cię nie boli, to sprawdź czy żyjesz.

Dowiedz się więcej na temat: Rio de Janeiro | Szymon Ziółkowski | lekkoatletyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama