Szalony atak polskiej mistrzyni Europy. To wydawało się nierealne. Decydowały 4 setne
Rok temu w Apeldoorn Anna Wielgosz pokazała kapitalną dyspozycję, niespodziewanie sięgnęła po złoto halowych mistrzostw Europy na dystansie 800 metrów. Później w Nankinie znalazła się w wielkim finale HMŚ, skończyła tam piąta. Wydawało się, że powtórzenie tego w Toruniu będzie sukcesem zawodniczki Resovii. Tymczasem niedawno ustanowiła rekord życiowy, zbliżyła się do rekordu Polski. I apetyty też wzrosły. Tymczasem już w eliminacjach mistrzyni Europy znalazła się w trudnej sytuacji.

Rok temu w Holandii Anna Wielgosz zaskoczyła wszystkie rywalki, włącznie ze znakomitą Audrey Werro, wschodzącą gwiazdę dystansu 800 metrów. Zdobyła złoto, jako 31-letnia doświadczona zawodniczka "złapała" życiową formę. Później potwierdziła ją na stadionie, dwa biegi poniżej 1:59.00 były tego dowodem. W tym na MŚ w Tokio, tam poprawiła swoją "życiówkę".
Kolejny sezon halowy przyniósł znów wielką imprezę - mistrzostwa świata w Arenie Toruń. Prestiżową dla naszych sportowców, bo zapewne większość z nich nie dostanie już szansy rywalizacji o medale w ojczystym kraju. W mistrzostwach Europy - może i tak, ale nie w tych zawodach globalnych. I o tym dzisiaj mówiła 32-latka z Resovii: to wielkie wyróżnienie, atut, ale i... dodatkowa presja.
Zdawała sobie sprawę, że jest w wyśmienitej formie, bo przecież miesiąc temu uzyskała drugi czas w historii polskiej LA w hali, zbliżyła się do rekordu kraju Joanny Jóźwik. Ale jednocześnie... nie mogła dziś dobrze spać w nocy, te dodatkowe oczekiwania na nią właśnie teraz spadły. I dlatego dziś do samej kreski musiała walczyć, nie będąc pewna losów awansu.
Hallowe mistrzostwa świata. Nerwy i fenomenalny finisz Anny Wielgosz. Tak się walczy o półfinał
Na dystansie 800 metrów mieliśmy dwie przedstawicieli w eliminacjach: właśnie Wielgosz oraz młodą Julię Jaguścik. Ta ostatnia dostała się do kadry po licznych wycofaniach konkurentek, w zeszłym tygodniu. Sama już miała okres roztrenowania, nie spodziewała się tego występu. Stąd i trochę bezbarwny występ dzisiaj w Toruniu, w drugiej serii od początku była na końcu stawki. I do samego końca nie zaistniała w walce o awans, uzyskała najgorszy rezultat wśród 30-tki, która dobiegła do mety (2:05.40). Ona dopiero zbiera doświadczenie, zapewne latem zobaczymy atak na dwie minuty.
Wielgosz znalazła się na liście startowej w szóstej serii, ostatniej. Pewną promocję miały dwie najlepsze z każdego biegu, ale także sześć z czasami. I tu wydawało się właściwie pewne, że biegnąc nawet na okolice nieco powyżej 2:01.00 nasza mistrzyni Europy powinna znaleźć się w półfinale.

Zaczęła dość spokojnie, nie siliła się na to, by wskoczyć na czoło stawki po zejściu z torów. Tyle że już wtedy doszło do jej przepychanki z Brytyjką Isabelle Boffey, która w styczniu w Bostonie wybiegała fantastyczne 1:57.43, ale przecież miesiąc temu, podczas Copernicusa, z Wielgosz przegrała. A później Polka miała drugą drobną scysję, z rywalką z tyłu. Znalazła się na trzeciej pozycji, prowadziła Włoszka Eloisa Coiro.
Tempo nie było zawrotne, zawodniczka Resovii musiała szukać szansy ataku na Brytyjkę lub Włoszkę. One były jednak dość daleko, różnica nie malała. I tak działo się też 50 metrów przed metą. Boffey jednak trochę osłabła, szalony atak Wielgosz się opłacił. Uzyskała czas 2:00.13 s, rywalka była o cztery setne gorsza. A Coiro wygrała w 1:59.87. Wszystkie trzy zaś awansowały dalej.
Było bardzo dużo stresu, od rana nie byłam sobą. Czułem zmęczenie w trakcie biegu, a to była dopiero jego połowa
Podkreślała właśnie fakt, że oczekiwania od naszych reprezentantów, gdy startując w kraju, są większe. - Wierzyłem do końca, że jestem w stanie wyprzedzić. Dziś było nerwowo, ale jutro nie będzie wcale mniej nerwowo. Ten bieg pokazał mi, że mogę dużo. Przydałaby się jednak przespana noc - dodała w rozmowie z red. Michałem Chmielewskim z TVP Sport.
Półfinały - jutro. Faworytką do złota jest rekordzistka świata sprzed miesiąca Keely Hodgkinson.














