Skrzyszowska za szybka w Berlinie, decydowało 0.005 sekundy. Wyszukali specjalny paragraf
Pia Skrzyszowska, Nadine Visser i Ditaji Kambundji - organizatorzy mityngu ISTAF w Berlinie zachęcili do występu w stolicy Niemiec trzy wielkie gwiazdy biegów płotkarskich. Wszystkie są na drugim miejscu w światowym rankingu za ten rok, z takim samym czasem - 7.78 s. I można było oczekiwać, że w ostatniej próbie przed mistrzostwami świata to właśnie one powalczą o zwycięstwo. Tyle że Polka do tego finału nie została dopuszczona. Zdecydowało o tym... pięć tysięcznych sekundy. Sytuacja jest jednak skandaliczna w kontekście tego, co stało się w półfinale męskiego sprintu.

Na 14 dni przed rozpoczęciem halowych mistrzostw świata w Toruniu Pia Skrzyszowska, Damian Czykier i Jakub Szymański zdecydowali się na jeszcze jeden test formy. Mityng World Athletics w Berlinie - tak naprawdę ostatnie już prestiżowe europejskie zawody przed zamknięciem okienka na osiąganie minimów czempionat globu. Przy czym naszych reprezentantów to już nie dotyczy, kwalifikację zapewnili sobie wcześniej. Organizatorzy podawali też, że w biegu na 60 metrów wystąpi Ewa Swoboda, rekordzistka Polski zmieniła jednak plany. I zrezygnowała ze startu w stolicy Niemiec.
Skrzyszowska do Berlina ruszyła. I tam spotkała się z bezwzględnymi przepisami, które uniemożliwiły jej walkę o końcowy triumf.
Zawody w Uber Arenie obejmują osiem konkurencji, w kobiecych płotkach postanowiono zorganizować dwie serie eliminacyjne, a później finał. U panów jest tylko bieg finałowy.
Skrzyszowska zdyskwalifikowana w mityngu ISTAF. Przesądził już sam start
Mistrzyni Polski znalazła się w składzie pierwszego z półfinałów - obok Ditaji Kambundji. To właśnie mistrzyni świata z Tokio na 100 m przez płotki powinna być - obok Nadine Visser i Devynne Charlton - jedną z największych rywalek Polki w walce o medale. Na dziś wszystkie miały niemal taki sam czas w tabeli World Athletics - Bahamka 7.77 s, trzy Europejki - 7.78 s.
Polka świetnie wyszła z bloków, ale ten start odstrzelono. Analiza wideo pokazała, że Pia ruszyła za szybko, zmierzono jej reakcję startową 0.095 s. Czyli o pięć tysięcznych poniżej dozwolonej wartości.

W niedawnych zawodach w Toruniu, w identycznej sytuacji, sędziowie pokazywali zawodnikom żółtą kartką. Albo zieloną - jeśli przeszkadzał ktoś na trybunach. Tu przed Polka pojawił się arbiter z kartką czarno-czerwoną - oznaczającą dyskwalifikację. Zadziałał specjalny paragraf 16.8 - oznaczający dyskwalifikację.
Pia się odwołała, pobiegła "pod protestem". Zaczęła gorzej od Kambundji, ale na końcu niemal dogoniła młodszą od siebie o rok Szwajcarkę. Kambundji uzyskała czas 7.90 s, Polka miała zapewne 7.91 lub 7.92 s. Tyle że dyskwalifikacja została podtrzymana, nie udało się "załagodzić" sytuacji, jak latem w Eisenstadt.
W drugim półfinale najlepsza okazała się Visser - wygrała w czasie 7.94 s. Zaskakująco dobrze pobiegła Niemka Ricarda Lobe - uzyskała 7.96 s. Do awansu do finału wystarczył czas 8.09 s.
Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja była w męskim sprincie na 60 metrów. W pierwszym półfinale doszło do sześciu falstartów. Najpierw wyrzucono Włocha Samuele Ceccarelliego, później Kameruńczyka Emmanuela Esseme. Zostało czterech Niemców, ci po kolei robili falstarty, zdaniem zapewne zbyt czułej aparatury. I... oglądali zielone kartki. Kibice gwizdali, sędziowie pozostali niewzruszeni.
W tej sytuacji najpierw rozegrali drugi półfinał, a później wrócili do pierwszego. W pięcioosobowym składzie, przywrócili Eseme'a, który jednak... biegł "pod protestem". A wygrał Owen Ansah, który przecież wcześniej też popełnił falstart, znacznie bardziej wyraźny niż Polka. Kuriozalna sytuacja, niegodna tej rangi zawodów.
Skrzyszowskiej do finału dopuścić nie mogli, w Uber Arenie w Berlinie jest tylko sześć torów. A ten wygrała Visser (7.81 s), przed Kambundji (7.82 s).












