Reklama

Reklama

Prezes PZLA przerywa milczenie ws. afer na MŚ. Ujawnia kwotę i odpiera zarzuty

- Na dzień dzisiejszy, z planem startowym do Eugene, zaś z pozostałymi elementami do końca roku, czyli m.in. stypendium, płacą trenera i płacą fizjoterapeuty, całość wydatków na szkolenie Adrianny Sułek zamyka się w kwocie 295 tysięcy 397 złotych. To są te kłody rzucone pod nogi zawodniczce - mówi w rozmowie z Interią Henryk Olszewski, prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, po raz pierwszy odnosząc się publicznie do spraw, które wyszły na światło dzienne przy okazji lekkoatletycznych mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych.

Artur Gac, Interia: Ilościowo pana prognozy i Tomasza Majewskiego, dotyczące czterech dużych szans medalowych, sprawdziły się w stu procentach. Jednak z drugiej strony tylko w połowie, bo wprawdzie młociarze Paweł Fajdek i Wojciech Nowicki nie zawiedli, lecz zabrakło medali w konkurencjach na 400 m. Zupełnie nieoczekiwanie fenomenalnie spisała się Katarzyna Zdziebło w chodzie sportowym, zdobywając dwa srebrne medale.

Henryk Olszewski, prezes PZLA: - Tak jak zawsze mówię, z medalami dużo zależy też od przeciwników. My możemy osiągnąć wyniki metryczne czy czasowe na wysokim poziomie, ale okaże się, że rywal był jeszcze lepszy. Rzeczywiście bardzo miłą niespodzianką były dwa podia Katarzyny Zdziebło i przyznaję, że jedynie po cichu rozmawialiśmy o jednym "krążku", a to, co się stało, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Natomiast jeśli chodzi o 400 metrów, to pomijając te wszystkie boje, które się pojawiły, dziewczyny się rozchorowały, co głównie zaważyło na wynikach, bo trudno nie w pełni zdrowia rywalizować o medale na tym poziomie. Trochę zawiodła też ta, na którą liczyliśmy po cichu, czyli Malwina Kopron. Mowa o medalistce igrzysk olimpijskich i MŚ, a tymczasem nie doszła nawet do finału. Nie mogliśmy liczyć na Marysię Andrejczyk, która jest nie w pełni zdrowia, więc jej start wypadł fatalnie. Z kolei mikst teraz nie był stuprocentowym kandydatem do medalu, ponieważ chłopcy prezentują się trochę słabiej, dlatego koniec końców w zasięgu wydawał się być najwyżej brąz.

Reklama

A z innych dużych rozczarowań?

- Piotr Lisek jest w trudniejszym okresie kariery, w dodatku tutaj nawet powtórzenie najlepszego w tym roku wyniku nie pozwoliłoby Piotrowi na walkę o coś dużego. Nie liczyliśmy na medal Piotra, bo wiemy jak wygląda w jego wykonaniu ten sezon, ale już na mocną pozycję w finale jak najbardziej.

To, co boli, to kolejne potwierdzenie, że świat absolutnie odjechał naszym kulomiotom.

- Niestety, to boli mnie bardzo. Z tego względu, że tą konkurencją jako trener kadry zajmowałem się przez wiele lat. Była Krysia Danilczyk, halowa wicemistrzyni świata i Europy, a później Tomek Majewski. Wszystko wskazywało na to, że Konrad Bukowiecki i Michał Haratyk dadzą sobie radę, bo przypomnę, że ich rekordy życiowe, ustanowione trzy lata temu, wynosiły 22.25 m w przypadku Konrada i 22.32 m w przypadku Michała. Gdyby obaj utrzymywali ten poziom, to uważam, że mogliby walczyć o brązowy medal.

A co powiedzieć o rzucie dyskiem? Tutaj, po Piotrze Małachowskim, mamy już całkowite pustkowie.

- Niestety... Nie wzięliśmy Roberta Urbanka, który był bardzo nisko w rankingu, aż w końcu z niego wypadł. Jest młody Oskar Stachnik i liczę, że ten zawodnik dopiero się rozwinie. Z kolei Robert ma już swoje lata i jest bliżej końca kariery niż jej szczytu. Jest wiele "dziur" w kadrze, ale jak już mówiłem, jedynym teamem światowym, który ma niemal kompletną kadrę, są Stany Zjednoczone. Natomiast jest bardzo ciekawy rozkład medalowy. Dominują Stany Zjednoczone, Afryka w biegach, a potem wszystko "ciągnie się" po jednym złotym medalu. Mimo że tego startu nie zaliczam do bardzo udanych, to jeśli chodzi o klasyfikację medalową byliśmy najlepszą drużyną w Europie, choć Wielka Brytania zdobyła siedem medali. Z Anglikami przegraliśmy tylko w tabeli punktowej. Widzimy, że mamy krótką ławkę i to są wnioski na przyszłość, a sytuacja jest tym trudniejsza, że do igrzysk pozostały praktycznie dwa sezony. Wobec tego nie wiem, czy da się zrobić dużo, dodając tych zawodników, którzy dopiero pokazują potencjał. Będzie ciężko, bo młodzieży nie widać.

- Zastanawiającą sprawą są rezultaty 800-metrówców. Miłą niespodzianką był wynik Sofii Ennaoui, ale już minusem 800 m mężczyzn. Myślę, że coś nie tak dzieje się z Patrykiem Dobkiem. Oceniam to tak, jakby wkradło się u niego samozadowolenie wewnętrzne, wynikające z sukcesu olimpijskiego. Specjalnie innych przyczyn nie widać, również na gruncie treningowym. Z informacji, które do mnie dochodzą, na treningu Patryk wygląda dobrze, co tym bardziej trudno wytłumaczyć.

Ocenia pan, że Patryk mógł niejako osiąść na laurach?

- Właśnie nie, bo on nadal ciężko trenuje. Bardziej "pachnie" mi to sferą psychologiczną, co nawet może odbywać się niejako poza nim. Innymi słowy ma w głowie to, że swój cel życiowy osiągnął, a to podświadomie wpływa na jego dyspozycję startową.

Nie tylko informacje czysto sportowe, ale także zawirowania ze środka kadry napływały w trakcie mistrzostw w Eugene. Jaka ze spraw, które stały się mocno medialnymi, szczególnie pana poruszyła?

- Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że nie byłem na miejscu, z racji moich przypadłości ze zdrowiem, które nagle się pojawiły, dlatego trudniej ocenić mi wszystko jednoznacznie. Obserwowałem, że część zawodników, którzy na początku mieli mocniejsze wypowiedzi, później stonowało, co kładę na karb stresu przedstartowego. W ostatnich wypowiedziach, już po wylądowaniu, całkiem inaczej się odnosili w rozmowach z mediami. Nie chciałbym tu nikogo obwiniać, natomiast jest kwestia dość dziwnego przebiegu informacji, to znaczy część dziennikarzy pyta się zawodników o ocenę organizacji, a nie zwraca się w ogóle do drugiej strony. Mnie się wydaje, że to, co pan teraz robi, jest bardzo istotne w pracy dziennikarza, czyli rzetelność, żeby z dwóch stron pozyskiwać informacje.

Ale przecież dziennikarze też pytali choćby obecnego na miejscu Tomasza Majewskiego, wiceprezesa PZLA, żeby w tych sprawach zajął stanowisko.

- Tomek był, Tomek odpowiadał i to się nie wszystkim podobało. Każdy członek reprezentacji jest członkiem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Ja ze stwierdzeniem, że PZLA w czymkolwiek zawalił, do końca bym się nie zgodził. Dlatego, że naprawdę mamy zespół doświadczonych pracowników, którzy wykonują wszystkie możliwe czynności, na miarę naszych pieniędzy. Bo ustalmy tutaj pewne rzeczy: nie stać nas, by hotele pięciogwiazdkowe były bazą podczas zgrupowań. Stany Zjednoczone znam bardzo dobrze, wielokrotnie tam byłem, gdy Tomek Majewski pchał na wysokim poziomie.

Powiedział pan, że nie ma wrażenia, by związek w czymkolwiek zawalił. Ale przecież po zawirowaniach to w końcu Krzysztof Kęcki, dyrektor sportowy PZLA, cytowany przez sport.pl powiedział: "bierzemy winę na siebie". Mało tego, winny poczuł się także Tomasz Majewski, mówiąc w rozmowie z Interią wprost, że zgubiła go rutyna.

- No dobrze, obaj wzięli winę na siebie, ale przecież od tego jest zatrudniony trener, który odpowiada za sztafetę. I te wszystkie informacje szkoleniowiec miał przesłane przez dyrektora sportowego oraz sztab, działający tu na miejscu. Trener powinien wiedzieć o tych rzeczach, jemu to też umknęło. Więc odpowiedzialni nie są tylko ci, którzy wzięli winę na siebie, tylko obiektywnie patrząc bezpośrednio odpowiada trener. Jeśli ja nie wyprowadzę zawodnika do call roomu, to kto ma odpowiadać? No ja, jako trener.

Z wywiadu, którego trener Aleksander Matusiński udzielił portalowi Onet, można odnieść wrażenie, że największe pretensje miał o niepoinformowanie go przez Annę Kiełbasińską, która w oświadczeniu przyznała, że o przepisie dotyczącym liczby przeprowadzonych zmian w składzie sztafety dowiedziała się ponad dwa tygodnie wcześniej.

- Pan pozwoli, że do tego nie będę się odnosił, bo to jest na takiej zasadzie, że jedna pani drugiej pani... Ja z nimi jeszcze nie rozmawiałem. Dojdzie do spotkania, gdy już odbędą się mistrzostwa Europy i po nich będziemy wszystko wyjaśniać. Na dziś na pewno wiem, że błędem było to, iż trener z wyprzedzeniem nie poinformował ekipy. A mówienie, że nie wiedział... Ma z nami kontrakt, wynikające z niego dość dobre pieniądze i ma obowiązek znać przepisy.

Justyna Kowalczyk-Tekieli w tej sprawie nawet zamieściła wpis na Twitterze: "Zmienia się ważny przepis i to zawodniczka powinna poinformować o tej zmianie trenera? Eh, coś tu nie gra".

- Z drugiej strony, jeśli Ania jako pierwsza już o tym wiedziała, to ja - będąc zawodnikiem - zwróciłbym trenerowi uwagę, że wyłapałem taki komunikat. Jednak to już jest zupełnie inna kwestia. Sprawa będzie dla mnie klarowna i w pełni jasna dopiero, gdy osobiście usłyszę od Ani i trenera Matusińskiego, co mają do powiedzenia w cztery oczy. W tej chwili nie ma na to czasu, bo zajmujemy się kolejnymi startami. Wyjaśniać i rozliczać się będziemy po mistrzostwach w Monachium.

Czyli będzie pan dążył do tego, żeby doszło do takich rozmów?

- Tak, trzeba usiąść i wszystko wyjaśnić. Dopiero takie rozmowy, bezpośrednie, oczyszczą atmosferę. A do tego potrzebna będzie prawda wypowiedziana z każdej strony. Jednak patrząc na niektórych dziennikarzy zastanawiam się, czy do końca zależy im na prawdzie, a bardziej nie na pochopnym obsmarowaniu kogoś i ilości kliknięć. Tak to niestety teraz wygląda.

Kiedy już mleko się wylało i dowiedzieliśmy się, że popłoch w ekipie zapanował dzień przed startem sztafety mieszanej, dopiero wtedy trenerzy dowiedzieli się o kluczowym punkcie regulaminu z liczbą przeprowadzonych zmian, to pana zdaniem jak optymalnie należało załatwić tę sprawę?

- Już wtedy, jak pan powiedział, mleko się rozlało. Poza tym inaczej by było, gdyby tę zmianę wyłapano kilka dni wcześniej, a inaczej przed samym startem. Natomiast powtórzę, dopiero po poznaniu wszystkich szczegółów od zainteresowanych stron będę mógł wyrobić sobie jednoznaczne zdanie, a nie z relacji osób trzecich.

To jeszcze druga sprawa, o której nie mniej się mówiło, czyli wypowiedzi wieloboistki Adrianny Sułek, która w bardzo mocnym tonie oceniła w rozmowie z obecnymi w Eugene dziennikarzami działania związku względem jej osoby. "Jedynym hamulcem w moim rozwoju jest Polski Związek Lekkiej Atletyki" - stwierdziła.

- No powiedziała, a czy ktoś zadzwonił i zapytał, jak było naprawdę?

Dlatego teraz konfrontuję to z tym, co pan ma do powiedzenia.

- Zawodniczka była zestresowana, a w takim stanie opowiada się głupstwa. I teraz tak, proszę pana. Sprawdziłem podpisaną umowę, a w niej w punkcie z wyżywieniem czytam: dwie przystawki, danie wegetariańskie, danie mięsne, danie rybne lub owoce morza. I można było tyle razy, ile się chciało, podejść do bufetu. Jak ktoś chciał zjeść cztery kotlety, to tyle mógł sobie nałożyć. Pytam się, czy to jej zdaniem było niewystarczające?

O jakim menu pan teraz mówi? Na MŚ w Eugene?

- Nie, mówię o umowie podpisanej na obóz w Seattle. I wiem, co mówię, bo ta umowa w tej chwili przede mną leży. A zakwaterowanie było takie, jakie zaoferował nam organizator, bo jak już powiedziałem, nie stać nas na 5-gwiazdkowy hotel. Stąd naszym miejscem pobytu były akademiki. Było skromnie, ale schludnie i wystarczająco. Tak wyglądają ośrodki w Stanach Zjednoczonych, gdzie zakwaterowanie nierzadko jest skromniejsze niż w naszym kraju. I tam, na miejscu, Sułek zgłosiła, że nie odpowiada jej dieta. Szef szkolenia odpowiedział zawodniczce, że nie ma możliwości zmienić tego. Ale przecież przed wyjazdem zawodniczka nie zgłosiła pracownikom związku, którzy załatwiają wyjazd, że chce mieć specjalną dietę. Nikt tego nie zgłosił. No przepraszam bardzo, czy ktoś jest świętym duchem, żeby przewidzieć dietę zawodniczki? Zresztą na obozach nigdy nie zgłaszała swojej diety, a jak powiedział Paweł Fajdek, jedzenie w Eugene było kilkaset razy lepsze niż mamy w Spale.

Pytanie, czy wszystko to w menu, co wynikało z umowy, zgadzało się na miejscu.

- Tak, wszystko się zgadzało, co potwierdzają wszyscy inni zawodnicy. Inna sprawa, że Adriannie menu tam na miejscu mogło nie smakować i to jest inna sprawa. Z tym mogę się zgodzić. Ale czy to jest powód, żeby mówić, że związek rzuca jej kłody pod nogi? Miotacze byli zadowoleni z jedzenie, co głośno powiedzieli po powrocie.

"To co robi PZLA, to jest po prostu rzucanie kłód pod nogi. Mam już dosyć milczenia. Postanowiłam, że po tych mistrzostwach świata będę o tym mówiła głośno. I będę szukała kogoś, kto pozwoli mi się uniezależnić od PZLA. Chociaż i tak szkolenie mam tak kiczowate, że o czym my w ogóle mówimy" - to kolejne słowa z Sułek (cyt. za sport.pl).

- I bardzo dobrze, że pan do mnie dzwoni, bo ja zaraz wyślę panu do zapoznania się wyszczególnioną tabelkę, ile pieniędzy wydaliśmy na jej szkolenie. Niech wszystko będzie jasne. Na dzień dzisiejszy, z planem startowym do Eugene, zaś z pozostałymi elementami do końca roku, czyli m.in. stypendium, płacą trenera i płacą fizjoterapeuty, całość zamyka się w kwocie 295 tysięcy 397 złotych. To są te kłody rzucone pod nogi zawodniczce. W tym wyliczeniu już nie uwzględniałem monitoringu treningu, badań diagnostycznych i opieki psychologicznej, z której korzysta. To są pieniądze podatników i w ramach określonego budżetu musimy się starannie poruszać. Dlatego dyrektor sportowy zawsze musi wybierać mniejsze zło, więc nie sposób o optymalne rozwiązania. A jeśli komuś nie pasuje to, co oferuje związek, to zawsze może się przygotowywać za własne pieniądze. Nie jestem temu przeciwny, proszę bardzo. Bo my możemy proponować to, na co nas stać. Jeżeli dany zawodnik ma wymagania dotyczące indywidualnej diety, to niech zgłosi się wcześniej i spróbujemy, na miarę możliwości, to ustalić. Jednak póki co nikt takich próśb czy żądań nie zgłaszał.

Adrianna Sułek dodała też zdanie, iż nie obawia się wezwania na dywanik. Dojdzie do takiej mocnej konfrontacji?

- Od tego jest Komisja Dyscypliny i ona się tym zajmie. Zawodnicy przecież podpisują pewne zobowiązania i powinni czytać, pod czym składają parafkę. A na oszczerstwa zawsze są różne możliwości. Najpierw jednak zbierze się zarząd PZLA i to on podejmie decyzje, musimy się nad tym zastanowić.

Kiedy do tego dojdzie?

- W tej chwili nie mamy ustalonego terminu, ponieważ jest trochę innych, bieżących zajęć.

Głos w sprawie zabrał już minister sportu i turystyki Kamil Bortniczuk, który w rozmowie z Interią zapowiedział mediacje i pomoc w rozwiązaniu rzeczonych problemów.

- Oczywiście rozmawiać zawsze trzeba, jak najbardziej, jednak po coś są regulaminy i ustanawiane przepisy. Wypadałoby, żeby zwłaszcza ci niezdyscyplinowani zawodnicy najpierw przeczytali, co zawiera się w umowie na stypendium oraz w prawach i obowiązkach reprezentanta. Tam wszystko jest napisane. Czy nieznajomość prawa zwalnia z jego nieprzestrzegania? Odpowiedź jest oczywista. Dlatego w takich sprawach, zanim się kogoś pomówi, powinna być dalece posunięta ostrożność. Jeśli ja teraz pana zwyzywam i zarzucę panu niecne czyny, to pan z pewnością pójdzie ze mną do sądu, jednak zanim wygra pan sprawę, to moje zdania jakiś czas będą funkcjonowały w przestrzeni publicznej. I właśnie taką krzywdę w tej chwili robi się instytucji, która ma już prawie 103 lata. Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja teraz nie chcę wyżywać się na zawodnikach, którym coś nie pasuje, bo nie to jest moją intencją. Chciałbym tylko, żeby kulturalnie najpierw ktoś zgłosił się do mnie i spróbował poszukać rozwiązania. Do mnie, jako nazwijmy ostatniej instancji, żaden zawodnik się nie zwrócił z zastrzeżeniami, a przecież mój mail i numer telefonu nie są tajemnicą.

Pytanie, czy jest pan dostępny dla zawodników i otwarty na takie rozmowy?

- Tak jest, na wszystko jestem otwarty. Tylko powinna obowiązywać jedna zasada: najpierw należy załatwić sprawę u siebie, docierając do osób decyzyjnych, a nie od razu pędzić do mediów. Jak się jest członkiem danej organizacji, to najpierw trzeba pomyśleć.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL