Reklama

Reklama

Prezes PZLA ocenia start reprezentacji

W pierwszych drużynowych mistrzostwach Europy w lekkiej atletyce Polska zajęła w portugalskiej Leirii piąte miejsce. Zdaniem prezesa PZLA Jerzego Skuchy wynik nie jest zły, ale - jak przyznał - miał nadzieję, że zespół stanie na podium.

"Liczyłem, że będziemy w piątce. Z tym akurat nie pomyliłem się. Miałem jednak nadzieję - i to nie cichą, bo mówiłem o tym niejednokrotnie - że uplasujemy się w czołowej trójce" - powiedział prezes po powrocie do kraju.

Dlaczego się nie udało? "Z różnych względów. Pierwszy raz od kilku lat obserwowałem z bliska naszą reprezentację, walczącą w zawodach zespołowych. Nabrałem przekonania, że to jeszcze nie jest drużyna. Mamy mocne konkurencje, poobsadzane przez mistrzów, którzy wygrywają i uzyskują świetne wyniki. To cieszy. W Leirii odnieśliśmy pięć indywidualnych zwycięstw, tyle samo co Niemcy. Tu od nich nie odstajemy, ale mamy sporo konkurencji, w których nie istniejemy. Piętą achillesową jest nierówne zaplecze" - ocenił Jerzy Skucha, który przed laty był szefem szkolenia PZLA.

Reklama

Na pytanie jak lepiej przygotować ekipę przed drugą edycją drużynowych mistrzostw Europy, które prawdopodobnie za rok będą w Bydgoszczy, prezes PZLA odpowiedział:

"Trzeba nastawić się na te właśnie zawody. Nie może być tak, że nasz najlepszy zawodnik na 3000 metrów z przeszkodami trzy dni przed startem w mistrzostwach biegnie w mityngu komercyjnym pół minuty szybciej, a później nie ma siły, startując dla reprezentacji. To właśnie w Portugalii miał uzyskać ten dużo lepszy czas. Trzeba więc zwrócić uwagę na takie aspekty szkoleniowe".

Pozytywne akcenty w ekipie? Według prezesa PZLA odkryciem jest Agnieszka Ciołek, która biegła na 5000 metrów. "W upale pobiła rekord życiowy o kilkanaście sekund. Wskazówki od trenerów miała proste: przetrwać, dopóki wszystkie ostatnie zawodniczki nie odpadną, a później zrobić tyle, ile to możliwe. Podziwiałem ją. Inni też mieli podobne zadanie, ale nie wszyscy je wykonali. Trzeba pochwalić kapitana. Szymon Ziółkowski wiele razy pełnił tę funkcję, pięciokrotnie wygrywał rzut młotem w Pucharze Europy. Teraz znów potrafił się zmobilizować, jak za swoich dobrych czasów. Cieszy mnie, że nasze gwiazdy - na przykład Piotrek Małachowski czy Tomek Majewski - nie zlekceważyli tych zawodów".

Po raz pierwszy rywalizacja w większości konkurencji odbywała się według nowych przepisów, które mają również obowiązywać w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. Jerzy Skucha nie jest przekonany o słuszności wszystkich zmian.

"Najwięcej zastrzeżeń budziło zdejmowanie zawodników na kilka okrążeń przed metą w biegach średnich i długich. Kasia Kowalska zajmowała ostatnie miejsce na jednym z okrążeń na 3000 metrów z przeszkodami, ale sędzia pomylił się i zdjął z trasy Czeszkę. Weryfikacja i sklasyfikowanie naszej zawodniczki na ostatniej pozycji nastąpiło dopiero dzień później. Tak nie powinno być w zawodach tej rangi. Albo trzeba te zasady dopracować, albo się z nich wycofać. Brak falstartów? Dość kontrowersyjny przepis, choć akurat w Leirii tragedii z tym nie było. Z kolei cztery próby w skokach długich i rzutach oraz eliminacja po dwóch i trzech kolejkach - to dla mnie ciekawe, ale mówię tu z pozycji obserwatora. Podsumowując: regulamin był przygotowany trochę w sposób prowokacyjny. Na ile te drastyczne zmiany będą interesujące dla widzów, trudno dziś powiedzieć. Myślę, że niektóre zasady ulegną modyfikacji" - ocenił prezes PZLA.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL