Powrót Liska po nokaucie, ale co stało się w Łodzi? Najlepszy wynik na świecie
Zaledwie 36 dni temu Piotr Lisek w trakcie gali KSW w łódzkiej Atlas Arenie został boleśnie znokautowany przez Adama "AJ" Josefa. Minął miesiąc, znów tu wrócił, ale tym razem już w swojej specjalności: skoku o tyczce. Był jedną z gwiazd mityngu Orlen Cup, miał postraszyć wicemistrza świata Emanuila Karalisa. Tyle że zanim Grek oddał pierwszą próbę, naszego mistrza już nie było w konkursie. A później Karalis uzyskał najlepszy wynik na świecie w 2026 roku.

Piotr Lisek jest showmanem - to wiadomo nie od dziś. Potrafi rozruszać publiczność na każdym obiekcie, umie rozmawiać z kibicami w mediach społecznościowych, tworzy wokół siebie środowisko "sportowych świrów". I ma też niekonwencjonalne pomysły związane ze sportem, ale już niekoniecznie ze skoklem o tyczce.
Takim na pewno był występ w Gali KSW w Łodzi pod koniec grudnia - dla niego bardzo bolesny. Bo w klatce, w rywalizacji z influencerem Adamem "AJ" Josefem, wytrwał niecałe dwie minuty - został znokautowany po kilku ciosach w głowę.
Urazy nie okazały się dotkliwe, skończyło się na kilku siniakach. I dość szybko Piotr mógł wrócić do tego, czym się od 20 lat zajmuje.
A przecież już wkrótce w Toruniu odbędą się halowe mistrzostwa świata.
Orlen Cup w Łodzi. Piotr Lisek z pierwszym występie w sezonie. A rywalem wicemistrz świata
Lisek był jedną z gwiazd Orlen Cup, a przynajmniej tak można sądzić na podstawie plakatów przygotowanych przez organizatorów. Umieścili tam czworo zawodników, Lisek znalazł miejsce obok Pii Skrzyszowskiej, Jakuba Szymańskiego i Marii Żodzik. Choć nie on był faworytem w zmaganiach tyczkarzy.
To miano z góry można było przyznać Emanuilowi Karalisowi - Grek regularnie skacze już ponad sześć metrów, jest jedynym, które na dobrą sprawę próbuje nawiązać walkę z Armandem Duplantisem. A trenuje go nasz trener, a były szkoleniowiec Liska, Marcin Szczepański.

Karalis pierwszy skok zaplanował na wysokości 5.70 m. I mogliśmy liczyć, że tam będzie też Lisek. 33-latek ze Szczecina na dzień dobry poprosił o wysokość 5.40 m - i pokonał ją z dużym zapasem. A później było 5.55 m, czyli coś, co też w sumie powinno być formalnością. Pierwsza próba Piotra była przyzwoita, niewiele zabrakło, tyczka jednak spadła. Podobnie i za drugim razem. A za trzecim brakowało już sporo. To zaś oznaczało, że Polak pożegnał się z rywalizacją - zajął trzecie miejsce.
Gorszy początek sezonu pod dachem zanotował po raz ostatni w 2019 roku - wtedy w Merzig w Niemczech nie zaliczył bowiem żadnej wysokości. Ale już w następnym starcie w Chociebużu uzyskał 5.85 m. Dziś taki wynik to marzenie.
5.55 m zaliczył z kolei David Holy, ale już na kolejnej wysokości - 5.70 m - Czech odpadł.
Wtedy został tylko Karalis - Grek w pierwszej próbie źle dopasował rozbieg, wbiegł na matę. Ale w drugim już poprzeczkę pokonał, z wielkim zapasem.
Można było spodziewać się, że wicemistrz świata pokusi się o najlepszy wynik w tym roku na świecie. A tym było 5.90 m, uzyskane przez Amerykanów: KC Lightfoota i Zacha Bradforda.
Grek poprosił więc o 5.93 m. Strącił raz, a za chwilę drugi.
Tyle że za trzecim razem było już perfekcyjnie, zaliczył tę wysokość. A po wylądowaniu na mecie aż sam był tym zdziwiony i - niedowierzając - kręcił głową.
Poprosił jeszcze o 6.07 m, ale po pierwszej nieudanej próbie podziękował już publiczności za występ.













