Artur Gac, Interia: Mam wrażenie, że jeśli sportowiec w takich okolicznościach zdobywa złoty medal, czyli po walce i pokazując nie tylko umiejętności sportowe, ale też wolicjonalne, mentalność i siłę woli, taki sukces znaczy chyba tym więcej?
Anastazja Kuś: - To prawda. Myślę, że generalnie były to biegi mocno obciążające też psychicznie, bo jednak jest to bieganie turniejowe. Po drugie z Amerykankami, które biegały u siebie, przy swojej publiczności i tak naprawdę na swoim stadionie. Czuły się bardzo pewnie i zakładały, że będą medale, więc jako Europejka chciałam się wcisnąć na podium. Wiadomo, że również przyjechałam walczyć o medale, ale wiedziałam, że o złoto będzie naprawdę ciężko, bo też nie przybyłam do Oregonu z pierwszym wynikiem, kilka dziewczyn miało lepsze. Jednak doświadczenie, które już nabyłam na imprezach juniorskich, seniorskich oraz w bieganiu turniejowym, jak rozgrywać takie biegi, zaprocentowało. A w końcówce wiadomo, że już mocno zależy od głowy. Cały dystans można fajnie rozegrać, ale tak naprawdę wszystko rozstrzyga się na ostatniej prostej.
Twoja mama powiedziała mi, że jak zobaczyła cię na ostatnich stu metrach, to już była pewna, oczywiście wykluczając przypadki losowe, że wszystko zmierza w doskonałą stronę. Czy jako zawodniczka w takim momencie już jesteś w stanie pozwolić sobie na odczucie, że rywalka przed tobą jest do złapania?
- Wychodząc z ostatniego wirażu czułam, że biegnę na pozycji medalowej, bo miałam przed sobą tylko Amerykankę Ataję Stephanie-Vazquez, która finalnie była druga. Jednak myślałam, że wytrzyma i dłużej będzie się stawiać na ostatniej prostej. Ale właśnie 60 metrów do mety już czułam, że ona opada z sił, a ja bardziej się rozpędzam i ją biorę. To też zasługa tego, że taktycznie dobrze rozegrane były biegi eliminacyjne i półfinałowe. Na takiej zasadzie, że dostawałam się z pierwszego wielkiego Q do następnych rund. Też wiedziałam, że biegi są z zapasem, a i tak wszystkie były na bardzo przyzwoitym poziomie, więc czułam, że zostało coś więcej na finał.
Czyli trudno byłoby dodać sobie więcej komfortu przed finałem, zaliczając wcześniejsze biegi na swoich warunkach?
- Zgadza się. Wiadomo, też zależało mi, żeby w półfinale szybko pobiec, bo jednak od tego też potem losują tory w finale. Wiedziałam, że jak będę chciała włączyć się do walki o medale, to muszę też w miarę szybko pobiec półfinał. W nim rywalizowałam z drugą Amerykanką, więc czułam, że przewaga psychiczna na finał będzie mi potrzebna. A po drugie wiadomo, że łatwiej się biega ze środkowych torów, gdzie mam dookoła siebie najlepsze dziewczyny niż gdybym musiała biegać po skrajnym torze.
Sam fakt zdobycia złotego medalu w imprezie rangi mistrzostw świata jest potężną wartością. A co więcej ten tytuł dla ciebie oznacza? Czy ta impreza dała ci dodatkową odpowiedź, czy potrzebowałaś jakiegoś potwierdzenia i ono przyszło?
- W tym sezonie na jednym z mityngów poprawiłam życiówkę, ale widziałam też na treningach, że jest naprawdę szybko. Na obozie aklimatyzacyjnym w Stanach, już przed samymi zawodami również czułam na treningach i na stoperze było widać, że forma jest teraz najwyższa i biegam bardzo szybko. Zdawałam sobie sprawę, że na samych zawodach też tak może być. Medal mistrzostw świata to coś, o czym marzy każdy sportowiec. Być mistrzem świata, usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego, a przy okazji poprawić rekord Polski 51,06... Do tego prawie udało się połamać 51 sekund, co jest wynikiem już naprawdę poważnym, szczególnie po dwóch biegach eliminacyjnym i półfinałowym. Myślę, że przede wszystkim zbudowało mnie właśnie to, że zachowałam zimną krew na końcówce i tam rozegrała się cała walka. Amerykanka była bardzo nastawiona na złoto, przyjeżdżała z pierwszym czasem, więc miała nastawienie, że faktycznie tutaj wygra. Miała łatwiej, bo za nią była swoja publiczność i kibice, ale ja też miałam bardzo dużo wsparcia z trybunów od całego teamu. Niemniej bieganie u siebie, a w obcym państwie jest w ogóle czym innym. Tym bardziej się cieszę, że udało się dowieźć ten jedyny medal dla Polski.
Razem z mamą nie chcecie publicznie wychodzić przed szereg i zdradzać, jaka decyzja zapadła ws. twojego dzisiejszego startu w Birmingham w finale biegu sztafet mieszanych na 400 metrów. Teraz oczy kibiców będą zwrócone na mistrzostwa Europy seniorów, a wy jesteście w drodze do Anglii. Kilkadziesiąt godzin wcześniej zapadła z kolei inna decyzja, dotycząca twojego indywidualnego występu na Wyspach Brytyjskich.
- To prawda. Wiadomo, że miałam też z rankingu kwalifikację na bieg indywidualny, ale ze względu na to, że biegałam w Stanach już trzy biegi, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Byłoby to jednak duże obciążenie na tym etapie i nie potrzebuję dodatkowych biegów, bo mam życiówkę i poprawiłam rekord Polski. Tak naprawdę wszystkie cele na ten sezon już zrealizowałam.
Gdybyśmy przyjęli pewną skalę, to rozumiem, że wystawiłabyś sobie ocenę maksymalną lub bliską maksymalnej za ten sezon?
- Teraz mogę już zdecydowanie powiedzieć, że tak. Wcześniej celowałam, że chciałabym przywieźć w tym roku medal mistrzostw świata, ale złoto jest jedno. Wiedziałam, że dziewczyny na świecie biegają też bardzo szybko, więc czasami jest ciężko walczyć Europejczykom. Nastawiałam się głównie na ten medal i z taką głową podchodziłam do tego startu, bo jednak blacha to blacha. A że złożyło się w ten sposób, iż miałam szansę wywalczyć złoto dla Polski, tym bardziej się cieszę. Myślę, że cel został zrealizowany ponad miarę.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













