Polak był jednym z najlepszych na świecie. Dziś przebywa w specjalnym ośrodku
Był znakomitym sportowcem, jednym z najlepszych na świecie, ale miał pecha do wielkich imprez. Polski skok w dal wzniósł na taki poziom, że w kraju jego wyczyn został pobity dopiero po 26 latach, a do dzisiaj trudno naszym lekkoatletom zbliżyć się do jego wyniku. Później jednak przyszły życiowe problemy. Od wielu lat 74-letni dzisiaj Grzegorz Cybulski znajduje się w jednostce stałego pobytu - Domu Pomocy Społecznej w Szczawnie.

Próbuję się umówić na rozmowę z Grzegorzem Cybulskim. Od lat przebywa on w Domu Pomocy Społecznej w Szczawnie. To wyjątkowe miejsce. Są tam tylko sami mężczyźni i to ci cierpiący na przewlekłe psychiczne choroby, najczęściej są to osoby, które leczą się z uzależnień.
Od ludzi z ośrodka słyszę, że szkoda mojego czasu, bo z panem Grzegorzem na pewno nie porozmawiam. Raczej udziela krótkich odpowiedzi na pytania. Jest mało komunikatywny. Skontaktowałem się zatem z panem Jarosławem Cybulskim, który jest bratankiem byłego rekordzisty Polski w skoku w dal i jego prawnym opiekunem. Słyszę to samo: Nie ma szansy na rozmowę. Odradza mi wycieczkę do ośrodka, bo i tak niewiele się dowiem.
Nasza mistrzyni Europy zaszalała. Przypuści atak na 45-letni rekord Polski
Grzegorz Cybulski - wielka postać polskiej lekkoatletyki, był jednym z najlepszych na świecie
Grzegorz Cybulski to wielka postać polskiej lekkoatletyki. W latach 70. ubiegłego wieku był uznawany za jednego z najlepszych skoczków w dal na świecie. W 1975 roku w corocznym rankingu "Track&Field News" zajął pierwsze miejsce w skoku w dal.
Nie zapomnę też, że będący nawet w >>stanie wskazującym<< polski Beamon - Grzegorz Cybulski - potrafił bez kłopotu skoczyć w dal ponad 8 metrów i że w 1975 roku miał bodaj najwięcej ósemek na koncie pośród wszystkich skoczków w historii
Mówiło się o nim, że miał dynamit w nogach. Jest wychowankiem klubu MKS Astra Nowa Sól, gdzie trenował go Kazimierz Chmielowski. To był czas, kiedy nie tylko skakał w dal, ale też rywalizował w sprincie i trójskoku. Jego talent rozwijał się niesamowicie. W 1970 roku niespełna 19-letni wówczas Cybulski, który był już wtedy lekkoatletką Lumelu Zielona Góra, pobił wynikiem 7,96 m rekord Polski juniorów. To był rekord Europy w tej kategorii wiekowej. Dwa lata później pojechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie. W Monachium wszedł do szerokiego finału, w którym zajął 12. miejsce. Skakał już wówczas ponad osiem metrów, choć w finale uzyskał tylko 7,58 m. Gdyby powtórzył w nim wynik z eliminacji - 8,01 m - były czwarty. Już w młodym wieku Cybulski stał się gwiazdą. W późniejszych latach pocztówki z jego wizerunkiem można było nabyć w kioskach.
Rok po igrzyskach w Monachium, skoczek w dal z Nowej Soli, wywalczył brązowy medal halowych mistrzostw Europy w Rotterdamie. Wydawało się, że rozwiąże worek z medalami i będzie je zdobywał w kolejnych latach. Jak się jednak później okazało, to był jego największy sukces w karierze, choć na koncie ma też złoto Uniwersjady w 1975 roku.
To był zresztą jego najlepszy rok w karierze. 23-latek bił rekordy Polski, jak na zawołanie. Po raz pierwszy ustanowił go 12 czerwca 1975 roku w Paryżu, skacząc 8,24 m. Osiem dni później w Warszawie poprawił ten wynik o trzy centymetry. Tyle samo - 8,27 m - skoczył jeszcze w Rzymie, sięgając po złoto Uniwersjady. Był to wówczas trzeci wynik na świecie, który trwał w tabeli rekordów Polski przez 26 lat. Ten rezultat dawałby medale na wielu późniejszych igrzyskach. Wynik Cybulskiego pobił dopiero w lipcu 2001 roku Grzegorz Marciniszyn, skacząc 8,28 m. Do dziś jest to rekord kraju.
Rekordy Polski rozbudziły apetyty na udany start w igrzyskach w Montrealu (1976). Niestety Cybulski przepadł tam w eliminacjach. Przygotowywał się jeszcze do startu w Moskwie (1980), ale wcześniej wyleciał z kadry. Został zawieszony za agresywne zachowanie po wypiciu alkoholu w drodze powrotnej ze zgrupowania wysokogórskiego we Francji. To był właściwie koniec kariery czterokrotnego mistrza Polski w skoku w dal na stadionie (1975, 1976, 1978, 1979) i w hali (1973, 1974, 1976, 1978), który wyróżniał się łysiną i wąsem, przypominając nieco Grzegorza Latę.
Warto też dodać, że halowy rekord Polski Cybulskiego - 8,01 m - który ustanowił w 1977 roku przetrwał aż 32 lata. Poprawił go dopiero w 2009 roku Marcin Starzak, skacząc 8,18 m.
Życiowy zakręt i terapia. Od wielu lat przebywa w DPS w Szczawnie. Początkowo nikt nie wiedział, że jest tam taka gwiazda
W 2009 roku na uroczystej gali w Centrum Olimpijskim w Warszawie został wybrany najlepszym skoczkiem w dal 90-lecia Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Już wtedy przebywał w ośrodku w Szczawnie pod Krosnem Odrzańskim. Znalazł się tam, bo nie potrafił już wyjść z ostrego życiowego zakrętu.
W latach 90. pracował w szkole jako nauczyciel wuefu. Prowadził też grupę treningową w Astrze Nowa Sól. Podobno jako trener był wielce utalentowany i miał smykałkę do wyławiania talentów. Nawet wrócił też na skocznię, rywalizując w zawodach weteranów. Mimo zaawansowanego wieku potrafił jeszcze skakać pod siedem metrów. W 1997 roku został w Durbanie (Republika Południowej Afryki) wicemistrzem świata w kategorii M45 z wynikiem 6,54 m.
W 2000 roku Cybulski wylądował jednak Domu Pomocy Społecznej w Szczawnie. Nikt wówczas nie wiedział, że do ośrodka na terapię trafiła była lekkoatletyczna gwiazda w kraju. To wyszło dopiero kilka lat później.
Co było przyczyną, że ten znakomity sportowiec, znalazł się w taki miejscu? Alkohol, rozpad rodziny i utrata pracy. Żona rozwiodła się z Cybulskim i razem z córką Anną wyjechała do Niemiec. A lekkoatleta na dobre utknął w domu opieki dla chorych psychicznie.
Grzegorz został skierowany na leczenie, w czym bardzo pomógł nam ówczesny starosta Nowej Soli. Od tego momentu przebywa w ośrodku. Gdyby tam nie trafił, to delikatnie mówiąc, mogłoby to się bardzo źle skończyć. W nałóg wpadł po rozstaniu z żoną. Nie poradził sobie z tym. Problemem jest to, że nie jest w stanie sam funkcjonować. O jego sytuacji doskonale wie córka, ale nie przejawia chęci, żeby się zainteresować ojcem. To jest dramat dla niego, bo chciałby bardzo zobaczyć córkę
W DPS w Szczawnie Grzegorz Cybulski trafił na instruktorkę kulturalno-oświatową Jolantę Wywiórkę, która postanowiła wyciągnąć go z izolacji, przywrócić poczucie własnej wartości, przypomnieć o nim światu. Jej film z Cybulskim w roli głównej - "Ten wyjątkowy dzień", zdobył główną nagrodę w kategorii filmów amatorskich na koszalińskim festiwalu "Integracja - Ty i ja".
Na filmie Cybulski odżywa. Wystrojony w nowy reprezentacyjny dres, który przywiozła mu sama Irena Szewińska, opowiadał o dawnych startach i zwycięstwach. Miał akurat dobry dzień, wszystko pamiętał. W gorszych dniach zdarzały mu się luki w pamięci, kłopoty z kojarzeniem faktów. Alkohol zrobił ogromne spustoszenie. Nie jest w stanie dziś samodzielnie funkcjonować w społeczeństwie.
Reprezentował Polskę, a teraz jest zapomniany
- W tej chwili trudno jest w ogóle porozmawiać z Grzegorzem. Kiedy jestem u niego, to jest głównie monolog z mojej strony. Najważniejsze, że w tym ośrodku ma całodobową opiekę. Organizowane są tam różne zajęcia, ale Grzegorz nie przejawia aktywności. Fizycznie jest sprawny, ale ma ogromne luki w pamięci - mówił pan Jarosław.
- Wiele razy pisałem do Polskiego Komitetu Olimpijskiego o wsparcie Grzegorza, który jest dwukrotnym olimpijczykiem. On nie ma emerytury, a tylko rentę socjalną. I to jest duży problem. Dzięki zabiegom w PKOl przez jakiś czas otrzymywał takie wsparcie. Od obecnych władz nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi, a e-maila wysyłałem dwukrotnie. Przez wiele lat reprezentował Polskę, a teraz został zapomniany - dodał.
Co ciekawe, pan Grzegorz ożywa zawsze wtedy kiedy ktoś przywiezie mu papierosy, bo namiętnie pali.
- Kiedy przyjeżdżam do niego, to pierwsze pyta właśnie o papierosy. Dla niego nie jest ważne, że przywiozłem mu ubrania albo coś innego, tylko te papierosy. Może to one są walutą w tym ośrodku - śmiał się prawny opiekun wybitnego przed laty polskiego lekkoatlety.
Kilka miesięcy temu DPS w Szczawnie, w którym przebywa Cybulski, spalił się częściowo. Wciąż organizowane są zbiórki pieniędzy, bo okazało się, że koszty odbudowy okazały się trzykrotnie wyższe, niż pierwotnie zakładano.
Na czas remontu pensjonariusze DPS będą mieszkać i pracować w wynajmowanym obiekcie w Myszęcinie.
Zobacz również:













