Reklama

Reklama

Piotr Małachowski: Jestem tatą z telewizora. Źle mi z tym

- Naprawdę jestem zmęczony psychicznie. Mój syn ma dwa lata. Przegapiłem mnóstwo etapów z jego rozwoju, przy których bardzo chciałem być. Nawet gdy trzymam Henia na rękach i pytam, gdzie jest tata, on pokazuje na telewizor - mówi w rozmowie z Interią Piotr Małachowski, mistrz świata w rzucie dyskiem z Pekinu.

Interia: Po mistrzostwach świata w Pekinie mówiłeś, że jesteś bardzo zmęczony psychicznie. Mimo tego nie zmieniłeś swojego kalendarza startów. Parę dni temu oglądaliśmy cię w Berlinie, w niedzielę wystartujesz w memoriale Kamili Skolimowskiej. 

Piotr Małachowski (mistrz świata w rzucie dyskiem): - Podtrzymuję to wszystko. Tęsknie za synem, chcę z nim spędzić jak najwięcej czasu, a nie mam takiej możliwości, bo cały czas jestem poza domem. Henio w listopadzie kończy dwa lata, zaczyna mówić, pokazuje, kiedy jest głodny, czego chce, a czego nie. Przegapiłem wiele momentów jego rozwoju. Kiedy trzymam go na rękach i pytam, gdzie jest tata, on pokazuje na telewizor. Źle mi z tym.

To może trzeba było sobie odpuścić końcówkę sezonu?

- Chcę pokazać się z dobrej strony przed polską publicznością. Lubię startować w kraju. W tym roku pokazałem to w Cetniewie i podczas memoriału Kusocińskiego. Odnosiłem wtedy najlepsze wyniki.

Czyli w niedzielę kolejne zwycięstwo?

- Różnie może się zdarzyć, choć wyników w granicach 70 metrów raczej nie ma się co spodziewać. Zawody będą na zamkniętym stadionie i to też ma swoje znaczenie. Liczę na odległość w granicach 65-66 metrów. Nie wypada mi przegrać na własnym terenie.

Stadion Narodowy to dobry obiekt na zawody lekkoatletyczne?


- Odbywają się tam koncerty, Verva Racing Team czy inne wydarzenia sportowe. Szkoda, że nie ma bieżni. W weekend oprócz Adama Kszczota będą wszyscy polscy medaliści z Pekinu. Liczę na to, że dopisze publiczność.

Marcin Gortat narzekał niedawno, że Polacy interesują się tylko piłką nożną.

- 35 tysięcy ludzi przyszło oglądać strażaków (chodzi o mecz o mecz Polska-Gibraltar - przyp. red.). My o takiej publice możemy pomarzyć. Na ostatni miting w Berlinie sprzedano 55 tysięcy biletów. I nie kosztowały 19 złotych tak jak u nas, tylko dużo, dużo więcej. A niektórzy u nas nie chcą wejściówek nawet za darmo.

Z czego to wynika? Przecież odnosicie sukcesy, jesteś rozpoznawalni. 

- Nie ma dobrego przekazu w mediach, brakuje klubów, ligi, obiektów, cyklicznych zawodów. Kiedyś organizowano mecze międzypaństwowe. Polska-Niemcy, Polska-ZSSR czy Polska-USA to były gigantyczne wydarzenia. Na Stadion Dziesięciolecia przychodziło po 100 tysięcy kibiców, a ci co nie dostali wejściówek wisieli na pobliskich słupach i drzewach.

Reklama

Czyli brakuje wszystkiego. 

- Nie garną się też do tego sponsorzy. Jak kiedyś pojawi się opcja, że pieniądze ze sponsoringu będzie można odpisać od podatku, to więcej firm zechce reklamować się przez sport. Wtedy powinno coś drgnąć.

Podpowiadałeś już takie rozwiązanie ministrowi Korolowi?

- Owszem, ale nie wiem, co zrobi z tą wiedzą. Nie zmienia to faktu, że gdyby w naszej dyscyplinie było więcej kasy, to organizowano by więcej zawodów, powstałyby też obiekty dla młodzieży. Nie ma lepszego sposobu na konfrontację swoich umiejętności niż bezpośrednia rywalizacja. Zwłaszcza w międzynarodowych zawodach. Można być królem własnego podwórka, a gdy tylko wychyli się nos poza dom, kompletnie palić się psychicznie.

Wspomniałeś o pieniądzach. W rankingu stu najbogatszych sportowców jest tylko jeden lekkoatleta - Usain Bolt. W Polsce ciężko zarobić na uprawianiu Twojej dyscypliny sportu.

- U nas stypendia są weryfikowane co roku, jeśli nie osiągnie się zakładanego wyniku sportowego, to kasa przepada. A przecież w sporcie zdarzają się słabsze momenty czy kontuzje. Jestem tym szczęśliwcem, że mam sponsora. Umowa z Orlenem zapewnia mi wielki luz psychiczny. Niezależnie od tego, co się stanie, będziemy mieli za co żyć czy nakarmić rodzinę. W moim przypadku gdyby nie Orlen, to musiałbym pójść do pracy w wojsku. Jestem żołnierzem.

Jak to wygląda w innych krajach?

- Za medale mistrzostw świata (ministerstwo sportu za złoto w Pekinie płaciło 27 600 zł  - przyp. red.) czy igrzysk olimpijskich płaci się lepiej niż u nas. Robert Harting ma dziesięciu sponsorów na swojej koszulce, jeździ świetnym mercedesem. To samo Gerd Kanter. No ale w Polsce rzut dyskiem nie jest tak popularny jak w Niemczech czy Estonii.

Po sukcesie w Pekinie najpierw uroczyste powitanie na lotnisku, potem spotkania z premier, ministrem sportu, prezydentem Wrocławia. Nie masz tego dość?

- Widać, że władze doceniają nas, choć wiem, że też są opinie, że chcą ogrzać się w blasku naszych sukcesów. Dla nas to fajne i nowe przeżycie. Z ministrem Korolem znam się bardzo dobrze, razem startowaliśmy w igrzyskach olimpijskich. Z kolei nie miałem okazji wcześniej poznać pani premier. Wydawała mi się inną osobą. Jestem nią pozytywnie zaskoczony. Jest bardzo sympatyczna.

Zdobyła już twój głos w nadchodzących wyborach?

- Jestem żołnierzem zawodowym, więc nie zdradzam swoich preferencji politycznych (śmiech).

Rozmawiał Krzysztof Oliwa

Co? Gdzie? Kiedy? Bądź na bieżąco i sprawdź Sportowy Kalendarz!

Dowiedz się więcej na temat: piotr małachowski | lekkoatletyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje