Reklama

Reklama

Piotr Lisek: Nie wiem, czy jeszcze kiedyś skoczę 6 metrów

- Tak szczerze, skoro już tak fajnie nam się rozmawia, to coś panu wyznam. Wiem, że jeśli powiem, że stać mnie na więcej, to po prostu wszyscy mnie "zjecie", jeśli ta sztuka mi się nie uda - mówi w pierwszej części rozmowy z Interią Piotr Lisek, rekordzista Polski w skoku o tyczce. Dzisiaj będzie główną gwiazdą mityngu Orlen Cup, który od godz. 17.30 pokaże TVP Sport.

Po ustanowieniu nowego, halowego rekordu Polski 4 lutego na mityngu w Poczdamie (6,00 m), pana telefon był rozgrzany do czerwoności?

Reklama

- Dosyć mocno, co nie było dla mnie łatwe, bo jestem nastawiony trochę "anty" do telefonu oraz portali społecznościowych. Kontaktowało się też wiele osób, z którymi do tej pory nie miałem do czynienia.

Powoli odnajduje się pan w tej medialnej rzeczywistości?

- Może komuś innemu łatwo to przychodzi, natomiast mnie ciężko... Raczej nie jestem przyzwyczajony, a szczerze mówiąc nawet nie chcę się do tego przyzwyczajać.

Widzi pan w tym problem?

- Problemu żadnego nie ma. Tyle tylko, że skupienie ucieka na niepotrzebne rzeczy. Przede mną jeszcze trochę sezonu, więc muszę robić swoje, a nie skupiać się, że tak to ujmę kolokwialnie, na pierdołach (śmiech).

Szybko do pana dotarło, czego udało się tak naprawdę dokonać? Czy dopiero z upływem dni to pan zrozumiał?

- Już przed skokiem wiedziałem, że sześć metrów to będzie "coś". Natomiast, fakt faktem, nigdy nie myślałem, że to będzie miało aż taki odzew. Sądziłem, że o ile środowisko lekkoatletyczne zauważy ten wynik, o tyle inni ludzie niespecjalnie na to zwrócą uwagę. To przyjemne, że mogłem się przekonać, iż jako naród jesteśmy tak mocno kibicującą nacją. Mimo że pewna fala hejtu zawsze trochę się wylewa, bo ludzie też trochę są zawistni, to ja spotkałem się głównie z pozytywnym odzewem i z tego się cieszę.

Przekonał się pan na własnej skórze, że nawet taki wynik, który powinien wywoływać tylko pozytywne reakcje, wywołuje docinki?

- Myślę, że w każdej dziedzinie zdarzają się ludzie, którym zawsze coś nie pasuje. Mimo że czasami nawet się na tym niespecjalnie znają.

To tak szczerze: jaki zarzut pod swoim adresem pan "wyłapał"?

- Najbardziej absurdalną rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, był jeden komentarz. Ktoś napisał, że od teraz sportem narodowym staną się skoki w supermarketach, jako że zawody były rozgrywane w centrum handlowym w Poczdamie. Te słowa zapewne napisała osoba, która nie zdaje sobie sprawy, że mimo, iż konkurs odbywał się w galerii, to bieżnia, zeskok i wszystkie wysokości były tak przygotowane, jak na normalnych zawodach. W przeciwnym razie, gdyby organizatorzy nie dopełnili tych obowiązków i zabrakłoby odpowiednich sędziów, ten wynik by się nie liczył.

Format takich zawodów jest raczej oczywisty. Chodzi o wyjście do ludzi i propagowanie konkurencji.

- No jasne! A przecież, nie ukrywajmy, że lekkoatletyka, nie ma dużego rozgłosu w przestrzeni publicznej, też przez niektóre sytuacje. Najbardziej żyjemy piłką nożną, a w tym okresie również skokami narciarskimi. Nie mówię, że to jest złe, bo dla mnie mówienie o każdym sporcie jest dobre, ale faktem jest, że lekkoatletyka pozostaje w tyle za innymi dyscyplinami. Myślę, że takie wyjście do ludzi, jak to w Poczdamie, jest supersprawą.

Dodał pan, że osobiście kibicuje każdemu sportowi, bo na przykład pana kolega Marcin Lewandowski przekonał się, że pretensjonalny ton wypowiedzi nie przynosi korzyści.

- Ja na pewno nie poszedłbym aż tak daleko, bo sam nie zgadzam się z tym w stu procentach. Nikomu nie można narzucić, co powinno mu się podobać i nagle zawyrokować: "teraz kibicujemy lekkoatletom". Takie stawianie sprawy przynosi odwrotny skutek od zamierzonego. Inna sprawa, że osiągnięcia polskich lekkoatletów, zostawiając z boku mój wynik, są znaczące, a nie mówi się o nich wcale lub na zasadzie wzmianki.

A wracając do telefonów. Czyj komplement sprawił panu największą satysfakcję?

- Odpowiem tak: gratulacje spływały zewsząd i każde miłe słowo sprawiało mi radość.

Aktualny rekordzista świata, Francuz Renaud Lavillenie, też pospieszył z miłym słowem?

- Tak, z jego ust też usłyszałem "czyste" gratulacje, myślę że wypowiedziane bez żadnej zawiści. Do niego jeszcze dużo mi brakuje, więc sądzę, że nie czuł żadnego zagrożenia z mojej strony. Jego słowa odebrałem jako bardzo szczere.

To konkretnie: czego najbardziej panu brakuje do Francuza?

- Myślę, że przede wszystkim osiągnięć na imprezach mistrzowskich. Mimo że moje wyniki już jakieś są, to do takich, jakie stały się dziełem Renauda, czeka mnie jeszcze daleka droga. Francuz zdobył już praktycznie wszystko, poza tytułem mistrza świata na otwartym stadionie. Największym wyzwaniem jest oczywiście ten wspaniały rekord globu w hali (6,16 m - przyp. red.). Cały czas muszę szlifować swoje umiejętności, choć nie wiem, czy kiedykolwiek w karierze skoczę wyżej. Mam nadzieję, że tak, ale z pewnością będzie to twardy orzech do zgryzienia.

A bez fałszywej skromności, jest pan w stanie powiedzieć, że posiada ku temu wszelkie predyspozycje, żeby w przyszłości zagrozić nawet takiemu mistrzowi?

- Nie wiem... Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno będę robił, co tylko w mojej mocy, żebym skakał jak najwyżej. Ale to, czy jestem w stanie skakać jeszcze lepiej, tego nie wiemy. Mam nadzieję, że nie doszedłem do kresu swoich możliwości, ale istnieje takie niebezpieczeństwo, że już nigdy mogę nie powtórzyć sześciu metrów. Choć bez fałszywej skromności dodam, że jakieś tyczki, przewidziane na wyższe skakanie, jeszcze mam w zapasie. Jeśli uda się z nich skorzystać, to myślę, że może być ciekawie.

Skąd to asekuranctwo, gdy mówi pan, że być może już nigdy nie uda się przeskoczyć poprzeczki na wysokości sześciu metrów?

- Tak szczerze, skoro już tak fajnie nam się rozmawia, to coś panu wyznam. Wiem, że jeśli powiem, że stać mnie na więcej, to po prostu wszyscy mnie "zjecie", jeśli ta sztuka mi się nie uda (śmiech). Tylko z tego powodu mówię tak asekuracyjnie. A w ogóle, mam taki pogląd, że wolę myśleć negatywnie i zaskoczyć się pozytywnie niż na odwrót.

Pewnie bardziej kluczowe jest to, od czego pan zaczął. Ma pan przekonanie o własnej wartości, tylko nie chce pan wystawić się na "ostrzał" mediów i opinii publicznej.

- To prawda, ale też zdaję sobie sprawę, że jeśli w kolejnych zawodach będę skakał 5,80 m, to dla mnie też będzie wysokim i naprawdę satysfakcjonującym wynikiem. Z kolei myślę, że dla kibiców i dziennikarzy to może nie wystarczać, stąd ta moja filozofia i pewna ostrożność. Będę się jej trzymał, bo do tej pory dobrze na tym wychodziłem w życiu.

Potencjał jest ogromny, bo dotychczas tylko trzykrotnie ustawiał pan sobie poprzeczkę na wysokości co najmniej sześciu metrów.

- Moim najważniejszym celem jest ustabilizowanie formy na dużych wysokościach, typu 5,80-5,90 m. Liczę, że przy wypracowaniu takiej regularności, kiedyś przyjdzie kolejny "strzał" i ustanowię nową "życiówkę". To też odpowiedź na pytanie, dlaczego na treningach nigdy nie ustawiałem sobie poprzeczki na sześciu metrach. Wolałem systematycznie zaliczać niższą wysokość niż udawać, jak to było super z "szóstką", gdybym ją tylko trochę zahaczał. Wolę skakać trochę niżej, ale wiedzieć, na czym stoję.

Naprawdę nigdy na treningu nie podjął pan próby skoku na sześć metrów?

- Tak jest! Jedyne, co robiłem, to wieszałem sobie gumę lub poprzeczkę na tej wysokości i tylko truchtałem obok. Po prostu wzrokowo przyzwyczajałem się do tej wysokości, ale pierwszy skok na tym pułapie oddałem dopiero w Cottbus.

Nie chcę filozofować, ale może to był też innego rodzaju zabieg psychologiczny. Nie chciał pan się zdeprymować, gdyby kilka skoków treningowych panu nie wyszło, a tak z czystą głową od razu zaatakował pan magiczną granicę w konkursie.

- Możliwe, ale chciałbym zaznaczyć, że skoki na 5,80 m i wyżej są naprawdę takimi próbami, które muszą być niemalże idealne. Jeśli człowiek coś zepsuje, nawet najmniejszą rzecz, to nie ma szans tego skoczyć. Natomiast, jeśli już mówimy o sześciu metrach, to trzeba wszystko zrobić nie na 100, ale 110 procent, żeby się udało. Na treningach dyspozycja zawsze jest trochę mniejsza niż na zawodach, bo nie udziela się ranga wydarzenia i nie ma skoku adrenaliny.

Wpadł mi do głowy szatański pomysł. Jeśli w pana przypadku skuteczność jest taka wysoka, to może nagle zszokuje pan świat i na dużych zawodach zawiesi poprzeczkę na 6,20 m?

- Na razie mój szatański pomysł dotyczy wysokości 6,05 m, co byłoby czwartym wynikiem w historii w hali. Niewielu skoczków o tyczce skoczyło kilka razy sześć metrów. Często jest tak, że uda się to raz lub dwa w karierze.

Wszyscy panu gratulują wyniku, ale jednocześnie wielu "przyczepiło" się do pana sylwetki, a mówiąc konkretnie do wagi ciała.

- Jestem świadomy, że trwa dyskusja w tym temacie, ale mnie to nie przeszkadza. A ponieważ rzadko ściągam koszulkę na treningach, więc pozostaje mi zapewnić, że nie jestem otłuszczony. Nie jestem grubaskiem, który bierze kij, rozpędza się i skacze. Mam taką, a nie inną posturę, stąd zbiera się tyle kilogramów.

Przy tej posturze jest miejsce do korekty wagi?

- Ja z chudnięciem nie mam absolutnie żadnego problemu. Właśnie przez całe życie miałem problem w drugą stronę, żeby przybrać na wadze. Długo byłem za chudy. Dopiero w pewnym momencie, w trakcie dojrzewania, zacząłem nabierać kilogramów i to pomogło mi się rozwijać. Gdybym wiedział na sto procent, że pozbycie się 4-5 kilogramów, miałoby przełożyć się na skoki o kilka centymetrów wyższe, to nie miałbym żadnego problemu. Dlatego zostawiam sobie taką furtkę na przyszłość, że jeśli zdecyduję się schudnąć, bo to przełoży się na wysokość, wtedy zapewniam, że będę trzymał dietę.

Ponoć w pana przypadku to wcale nie wymagałoby specjalnie drakońskiej diety?

- Co prawda lubię jeść smakołyki i rarytasy, ale dałbym sobie radę. Przede wszystkim odstawiłbym kolorowe napoje, czy ziemniaki do obiadu i to by wystarczyło.

Gratulacje wysłała panu Anna Lewandowska?

- Tak, a dokładnie chyba przez Monikę Pyrek, bo obie panie są na stopie przyjacielskiej. Zresztą to właśnie dzięki Monice miałem okazję kontaktować się z Anią. Z tego, co wiem, ona nadal żyje moimi skokami i wciąż mi kibicuje...

Pana współpraca z Lewandowską odbywała się w trybie, nazwijmy to, zaocznym?

- Szczerze mówiąc, nigdy nie lubię o tym rozmawiać, bo nie wiem, jak to odbiera Ania. Być może jestem jej jedynym podopiecznym spośród sportowców, który nie przestrzegał jej diety.

To cenne, że przyznaje się pan do bycia niepokornym.

- Tak, jestem niepokorny i jest to tylko i wyłącznie moja wina. Uważam Anię za bardzo kompetentną osobę, która dokładnie wie, co robi. Zresztą jej mąż Robert jest tego doskonałym przykładem. Myślę, że stosowanie się do jej zaleceń mogłoby dać mi parę centymetrów, ale nie dałem się okiełznać. Ania jest superciepłą osobą, która robi wszystko, żeby były efekty. Moje sportowe życie, na jej diecie, pewnie byłoby lepsze, ale do tego jeszcze się dystansuję. Ze względu na to, że wciąż mam także inne rezerwy, mam tu na myśli deficyt w technice, więc na razie wolę iść w tę stronę.

Jak to w ogóle brzmi! Wymienił pan swoje rezerwy w doborze tyczki, technice, diecie... Z tego wynika, że drzemie w panu potencjał na niebotyczne skakanie.

- No tak, tyle tylko, że trzeba wybrać tę dobrą drogę. Mam nadzieję, że ja idę w dobrym kierunku i jeśli faktycznie wszystko wypali, to może być bardzo ciekawie. Ale może być też nieciekawie...

W życiu trzeba być optymistą, ale z pana filozofii wynika, że trzeba dopuszczać też niepomyślny scenariusz.

- Myślę, że wielu sportowców przejechało się na tym, że byli za bardzo buńczuczni. Kiedyś, w jednym z wywiadów powiedziałem, że nie lubię być zbyt pewny siebie, bo nie uważam tego za dobrą cechę. Później ktoś w komentarzu "najechał" na mnie, że pewność siebie jest dobrą cechą. Zgoda, byle nie przeszarżować w drugą stronę.

Rozmawiał Artur Gac

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Lisek | skok o tyczce | Renaud Lavillenie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje